Algorytmy nienawiści

Algorytmy nienawiści

Demokracja przegrywa z potęgą cyfrowych monopoli takich jak Facebook

Dziennikarze, eksperci, sygnalistki mówili o tym od lat. Niekontrolowany wzrost potęgi platform cyfrowych w końcu zagrozi demokracji. A gdy to zagrożenie stanie się już widoczne dla wszystkich, najprawdopodobniej będzie za późno. Cyfrowi giganci, podobnie jak banki i fundusze inwestycyjne w czasie kryzysu z 2008 r., okażą się too big to fail – zbyt duże, by pozwolić im upaść. Tak się stało. Nie brakuje dziś polityków, którzy bardzo by chcieli ukarać internetowych oligopolistów za kłamstwa i nadużycia. Ale zasięg i wpływ tych platform są tak wielkie, że nie sposób wprowadzić jakiejś politycznej regulacji internetu, która nie tworzyłaby zagrożeń dla dobra wspólnego czy swobód obywatelskich. Biznes cyfrowych gigantów tak bardzo zrósł się z naszym codziennym życiem, że coraz trudniej wyobrazić sobie inny internet. Choć wiemy, że ten, który urządzili nam giganci z Doliny Krzemowej, działa źle i sprzeniewierza się właściwie wszystkim ideałom wolnej, otwartej i wspierającej indywidualną twórczość sieci.

Rzeka skandali

Inżynier danych Frances Haugen ujawniła się 3 października 2021 r., wcześniej przez dwa lata pracowała w dziale Facebooka zajmującym się monitorowaniem dezinformacji. Odkryła, że firma Marka Zuckerberga ma dużo większą wiedzę o problemach, jakie stwarza, niż przyznaje się do tego publicznie. Od dobrych kilku lat wiemy, że decyzje podejmowane przez olbrzymie platformy cyfrowe mają wpływ na nasze życie publiczne: polaryzację polityczną, wiarę w szczepienia i zaufanie do instytucji, a nawet kondycję psychiczną całych społeczeństw.

Sam Facebook wiedział to już lata temu, bo przeprowadził na swoich użytkownikach – odłóżmy na bok etykę takich działań – eksperyment. Okazało się, że ci, którzy wystawieni są na więcej negatywnych i agresywnych treści, sami wlewają do sieci więcej agresji. I odwrotnie. Konkluzje nie były może rewolucyjne w świecie behawiorystyki czy psychologii społecznej, ale tym bardziej zasadne było pytanie: skoro wiedzieli, że tak może być, dlaczego przez całe lata nie usunęli z platformy bodźców zachęcających do toksycznych i agresywnych postaw?

Haugen zebrała tysiące stron wewnętrznych notatek, prezentacji i korespondencji pracowników Facebooka, które potwierdzały intuicje i tezy największych krytyków firmy. Najpierw anonimowo przekazała je redakcji dziennika „Wall Street Journal” oraz amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd. Dokumenty trafiły też do konsorcjum dziennikarzy i redakcji kilkunastu tytułów, by mogli na ich podstawie opracować własne teksty i śledztwa. Potem Haugen – już pod nazwiskiem – wystąpiła w amerykańskim Kongresie i ruszyła do Europy. Czego się dowiedzieliśmy? I czy w ogóle czegoś nowego?

Coś tu nie gra

Facebook – według śledztw opartych na dokumentach Haugen – wiedział o szkodliwości swoich usług dla nastolatków skarżących się na depresję czy problemy z samooceną, ale coraz agresywniej szukał sposobów na poszerzanie swojej bazy użytkowników o najmłodszych. Celebryci i osoby publiczne cieszyli się przywilejami, które pozwalały im na szerzenie dezinformacji i łamanie regulaminu bez konsekwencji, które dotknęłyby zwykłych użytkowników. Firma – choć cieszy się opinią liberalnej i postępowej – nagminnie przykrawała swoją politykę i regulaminy działania pod Trumpa i amerykańską prawicę. Platforma nie nadąża z ograniczeniem wpływu fałszywych i sprzecznych ze stanem wiedzy naukowej teorii antyszczepionkowych i doniesień o COVID-19. Zdecydowana większość wysiłków Facebooka związanych z ograniczeniem mowy nienawiści skupia się na USA – a reszta świata, w tym kraje, gdzie przemoc polityczna jest na porządku dziennym, na liście priorytetów firmy z Doliny Krzemowej zajmuje dalekie miejsca.

Mało? Jest więcej. Ale Facebook przez swoich rzeczników i ustami założyciela, Marka Zuckerberga, zaprzecza oskarżeniom: „U podstaw wszystkich tych zarzutów leży przekonanie, że przedkładamy zyski nad bezpieczeństwo i samopoczucie naszych użytkowników. To po prostu nie jest prawda”. Firma potrzebowała trzech dób na reakcję na wystąpienia Haugen, również dlatego, że wskutek awarii serwerów wszystkie należące do Facebooka usługi zwyczajnie padły na kilka godzin.

Pośród licznych doniesień prasy na temat globalnych konsekwencji uzależnienia od Facebooka pojawia się – i to nie na marginesie! – bliski nam wątek.

Halo, Dolina Krzemowa, mamy problem

W tekstach, najpierw w „Wall Street Journal”, a potem w „Washington Post”, jest mowa o tym, że politycy z pewnego europejskiego kraju zwracali uwagę badaczom pracującym dla Facebooka na destrukcyjny wpływ algorytmów na debatę publiczną. Zmiana algorytmu w 2018 r., która miała doprowadzić do tego, że dyskusja na Facebooku będzie mniej toksyczna i upolityczniona, wywołała dokładnie odwrotne skutki. Mowa o naszym kraju. „W Polsce rozgorzała społeczna wojna domowa, bo Facebook promował internetowy gniew”, głosił tytuł artykułu opublikowanego przez „Washington Post” 27 października.

Autor cytuje osoby związane z Platformą Obywatelską, Razem czy Konfederacją. Wszystkie mówią mniej więcej to samo. Algorytm, który wynagradzał treści budzące większe emocje (i zachęcał ludzi do klikania w ikonki „gniewu” czy „szoku”), doprowadził do sytuacji, w której najlepszym rozwiązaniem dla partii było nieustanne atakowanie innych i wzbudzanie w swoich wyborcach i sympatykach wściekłości czy oburzenia. Wcześniej – twierdzą cytowane przez „Washington Post” osoby związane z tymi ugrupowaniami – można było prowadzić skutecznie profil partii, mieszając treści pozytywne i negatywne mniej więcej po równo. Po zmianie algorytmu trzeba było „dorzucać do pieca” coraz więcej hejtu. Osoby wypowiadające się w imieniu partii twierdzą, że zaszkodziło to ich komunikacji z wyborcami. Z wyjątkiem przedstawiciela Konfederacji. Paradoksalnie jednak to właśnie dyrektor biura prasowego Konfederacji Tomasz Grabarczyk nazywa problem po imieniu: „algorytm nienawiści”. Przy czym nie ukrywa przed dziennikarzami, że jego partia umiejętnie wpisuje się w narzucone zasady gry.

To, co ujawniają dokumenty i śledztwo dziennikarzy, nie jest zaskoczeniem dla nikogo, kto obserwuje polską debatę publiczną. Nawalanka i prześciganie się w pustych oskarżeniach oraz pompowanie balonu oburzenia jest w naszym życiu publicznym codziennością. Podobnie jak nie są zaskoczeniem doniesienia o wpływie algorytmu na radykalizację czy zdrowie psychiczne, które wypływają ze śledztw „Facebook Papers” i „Facebook Files”. Różnica polega na tym, że teraz mamy nie tylko intuicję, ale i dowody na to, że wszystkie te negatywne tendencje były zapisane w kodzie. I że wiele bolączek naszych społeczeństw naprawdę da się prześledzić wstecz do decyzji programistów z Doliny Krzemowej.

Fasada demokracji

Polaryzacja polityczna to tylko jeden z problemów, które dla demokracji liberalnej stworzył internetowy oligopol kilku korporacji. Ale trudno kłócić się z tym, że wolne i demokratyczne społeczeństwo nie może funkcjonować bez fundamentów w postaci sfery publicznej, elementarnej wiary w naukę, wolnego przepływu informacji czy zdolności władzy do rozumienia i nadzorowania (przez swoich demokratycznie wybranych przedstawicieli) procesów rynkowych. Media społecznościowe podmyły te fundamenty w każdej z powyższych dziedzin. Społeczeństwo, w którym istnieją osobne prawdy i bańki informacyjne, a prywatne firmy mogą według własnych zasad udzielać prawa głosu politykom lub im je odbierać, może być demokratyczne z nazwy, ale nie w praktyce. To fasada.

W ciągu zaledwie kilku lat od momentu, w którym platformy społecznościowe pożarły naszą debatę publiczną, doszło do brexitu, wygranej Trumpa, zalewu sponsorowanej przez wrogów Zachodu propagandy i skoordynowanych kampanii dezinformacyjnych, a zaufanie do demokracji czy nauki niebezpiecznie spadło. W trakcie globalnej pandemii tryumfy święcą teorie spiskowe, a skrzyknięci na platformach społecznościowych demonstranci nieuznający wyniku amerykańskich wyborów wdarli się na waszyngtoński Kapitol. Spór o to, czy i jak bardzo należy za to winić konkretnie Facebook, Twitter czy YouTube, jest jak najbardziej na miejscu. Jedni mogą uważać, że to wyłącznie wina cyfrowych korporacji, drudzy zaś mogą podkreślać, że demokracje mają swoje problemy i wszystkie te zjawiska to tylko symptom głębszego kryzysu.

Ale wiemy też dobrze, że te firmy kłamią. Przy każdej okazji umywają ręce, pozorują skruchę, obiecują poprawę – i niewiele z tym robią. Politycy, którzy chcieliby jednak uregulować platformy cyfrowe, są w klinczu. Sami na nich polegają, sami często biorą od nich pieniądze, sami nie wyobrażają sobie, jak świat miałby wyglądać bez np. Facebooka. „Jeśli twoja firma jest tak wielka, że nie może podjąć żadnych decyzji, a każda zmiana, jakiej się podejmiesz, zagraża dobru wspólnemu, to znaczy, że twoja firma jest po prostu zbyt wielka”, mówił profesor ekonomii i ekspert od gospodarki cyfrowej Scott Galloway. Ten błyskotliwy bon mot oczywiście się sprawdza. Tylko co zrobić z tą wiedzą? Jeśli nie rozbijemy cyfrowego oligopolu teraz, nie stanie się to być może nigdy.

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Shutterstock

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy