Dzień po…

Dzień po…

Zwycięzcy otwierają szampana, a przegrani szukają winnych

Wieczory wyborcze zawsze są podobne. Tańce i śpiewy w obozie zwycięzców, wielkie nadzieje i niepewność tam, gdzie jeszcze wyniki są nieznane, a smutek tam, gdzie nastąpiła porażka.
W III RP mieliśmy siedem wyborczych maratonów do parlamentu. I zawsze, z wyjątkiem jednego razu, w roku 2011, zmieniała się władza, zmieniał się układ na górze. Tylko dwukrotnie premier wybrany na początku kadencji dotrwał do jej końca. I niemal zawsze powtarzał się scenariusz, że na początku rządzący to była potęga, mogli niemal wszystko. A pod koniec – nie mogli nic.

Rok 1991 – Sejm polski

To było niemal dokładnie 24 lata temu, 27 października 1991 r. W studiu wyborczym TVP pokazywano słupki z wynikami sondażowymi i miny obecnych wydłużały się z minuty na minutę. Miało być święto demokracji, pierwsze całkowicie wolne wybory w III RP, tymczasem stawało się jasne, że święto, owszem, jest, ale coraz bardziej kłopotliwe. Oto bowiem dostaliśmy Sejm, który prawdopodobnie bił wszelkie rekordy politycznego rozdrobnienia.
Uchwalona po ciężkich bojach z prezydentem Lechem Wałęsą ordynacja sprzyjała temu rozdrobnieniu. Podziału mandatów dokonywano metodą Sainte-Laguë, nie było progu 5%, za to były okręgi wielomandatowe. Do Sejmu weszli więc przedstawiciele… 29 komitetów wyborczych (przy czym 11 uzyskało po jednym mandacie). Najpotężniejsza partia, Unia Demokratyczna, zdobyła 12,32% poparcia, czyli 1,34 mln głosów. Dało to jej 62 mandaty. Kolejny był SLD (11,99% i 60 mandatów). Ale specyfika tamtego, tak podzielonego Sejmu polegała na jeszcze jednym – były w nim ugrupowania izolowane, z którymi (przynajmniej na początku) nie współpracowano. Najważniejsze to SLD – gdy Leszek Miller wchodził na mównicę sejmową, posłowie postsolidarnościowi wychodzili z sali. Izolowano też PSL (8,6% poparcia i 48 mandatów) i na nikim nie robiło wrażenia, że jego liderem jest 29-letni Waldemar Pawlak. W oślej ławce usadzono również Konfederację Polski Niepodległej, w tamtym czasie partię antysystemowego protestu (7,5% poparcia i 46 mandatów).
Ten Sejm stał się więc szybko europejską atrakcją, we Włoszech ukuto wręcz termin „sejm polski” na okreś-
lenie parlamentu skrajnie rozdrobnionego.
A jakie miało to efekty polityczne? Przede wszystkim nie sposób było sformować stabilnego rządu. Na początek udało się złożyć rząd mniejszościowy Jana Olszewskiego, którego zapleczem były cztery partie, mające w sumie 27% mandatów w Sejmie. Później był parotygodniowy czas Waldemara Pawlaka (od 5 czerwca do 10 lipca), czyli uspokojenie sytuacji po „nocy teczek”, a potem rząd Hanny Suchockiej, który popierało siedem partii, mających 30% mandatów. To nie miało prawa długo trwać, wniosek o wotum nieufności wobec gabinetu złożył Alojzy Pietrzyk, poseł Solidarności, która rząd popierała. I wniosek ten przeszedł jednym głosem, do czego przyczynił się poseł ZChN Zbigniew Dyka (ZChN też popierał rząd), były minister sprawiedliwości, który nie dotarł na salę sejmową z powodu niedyspozycji żołądkowej.
Dziś śmiejemy się z tamtego Sejmu, w powszechnej świadomości funkcjonuje on jako ciało niezdolne do czegokolwiek (co jest nieprawdą), ale przecież to wówczas na scenę polityczną weszła cała grupa polityków, którzy trzęśli Polską w następnych latach, a niektórzy trzęsą do dziś.
W Unii Demokratycznej byli Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Andrzej Celiński, Jan Rokita… W SLD to czas Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. Porozumieniem Centrum kierował Jarosław Kaczyński, a w skrzącym się młodością klubie Kongresu Liberalno-Demokratycznego brylował Donald Tusk, dyżurnym polemistą Zjednoczenia Chrześcijańsko-Demokratycznego był zaś Stefan Niesiołowski.
I jeszcze jedna uwaga: słabość tamtych rządów oraz chwiejność i nieprzewidywalność Sejmu sprawiały, że w sposób naturalny ośrodkiem siły stawał się urząd prezydenta. Lech Wałęsa miał wielki wpływ nie tylko na Sejm, lecz także na rząd. No i wielki wpływ miały podłączone pod prezydenta służby specjalne.
Przekonaliśmy się o tym kilka lat później, kiedy na światło dzienne wyszła sprawa tzw. szafy Lesiaka i inwigilacji prawicy. Nawiasem mówiąc, ta sama inwigilowana przez UOP prawica również nie ma czystego sumienia. Z relacji wiceministra obrony Romualda Szeremietiewa jednoznacznie wynika, że ludzie w rządzie byli pewni, że za sprawą teczek zachowają władzę, a nawet ją wzmocnią.

Rok 1993 – Sejm bez prawicy

Sejm I kadencji (tak się nazwał) był do tego stopnia rozdrobniony, że posłowie uchwalili nową ordynację wyborczą, wprowadzającą pięcioprocentowy próg dla partii politycznych i ośmioprocentowy dla koalicji. Cel był jasny – chodziło o to, żeby wyciąć najmniejszych, żeby w Sejmie były tylko ugrupowania liczące się w skali kraju.
Ta bariera okazała się zabójcza dla polskiej prawicy, i tak już w tamtym czasie skłóconej. Tworzyło ją kilka sił. Pierwszą był Bezpartyjny Blok Wspierania Reform, partia Lecha Wałęsy. Gdy latem 1993 r. ludzie prezydenta ją tworzyli, miała w sondażach nawet 18% poparcia. W ostatnich tygodniach kampanii BBWR musiał się zadowolić głosami 5,4% wyborców i 16 mandatami.
Kolejna to Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe, które zawarło koalicję z mniejszymi ugrupowaniami (m.in. z Partią Chrześcijańskich Demokratów). Koalicję pod nazwą Katolicki Komitet Wyborczy „Ojczyzna” zawiązano 13 lipca 1991 r. w Gdańsku, a patronat nad nią objął abp Gocłowski. Niewiele to pomogło, KKW „Ojczyzna” zdobył 6,3% głosów, nie przekroczył więc progu dla koalicji i nie dostał się do Sejmu.
Inaczej potoczyła się sytuacja w obozie Jana Olszewskiego i Jarosława Kaczyńskiego. Obaj mieli swoje ugrupowania (Ruch dla Rzeczypospolitej i Porozumienie Centrum), rozpoczęli zatem rozmowy o wspólnym starcie. Trwały one dwa miesiące, co relacjonowały media. Ostatecznie obie partie poszły do wyborów oddzielnie (RdR pod nazwą Koalicja dla Rzeczypospolitej) i obie poniosły klęskę. PC zdobyło 4,42% poparcia, natomiast KdR ledwie 1,34%.
Progu pięcioprocentowego nie przekroczyły również NSZZ „Solidarność” (4,9% głosów) oraz KLD (3,99%). Wynik ten odesłał Donalda Tuska na polityczny odpoczynek.
W ten sposób po wyborach 19 września 1993 r. bez reprezentacji parlamentarnej zostało 4,5 mln wyborców! A ponieważ mandaty tych, którzy odpadli, zostały podzielone między tych, którzy do Sejmu weszli, mieliśmy Sejm z potężną nadreprezentacją lewicy.
Sojusz Lewicy Demokratycznej, który prowadził spokojną i wyważoną kampanię pod hasłem „Tak dalej być nie musi”, zdobył 20,41% głosów i aż 171 mandatów poselskich. Polskie Stronnictwo Ludowe otrzymało 15,4% i 132 mandaty. I te dwa ugrupowania, po pewnym wahaniu, gdy okazało się, że koalicją z SLD nie jest zainteresowana Unia Demokratyczna, utworzyły rząd, mogąc od czasu do czasu liczyć również na Unię Pracy (7,28% głosów i 41 mandatów, m.in. dla Ryszarda Nowaka, dzisiejszego lidera Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i Przemocą).
Prawicę w tym Sejmie tworzyły… Unia Demokratyczna (10,59% poparcia i 74 mandaty), KPN (5,71% głosów i 22 mandaty) i BBWR (16 posłów).
W takiej sytuacji naturalną rolę opozycji odgrywał prezydent Wałęsa. I to jego walka z kolejnymi premierami, Waldemarem Pawlakiem i Józefem Oleksym, była lejtmotywem życia politycznego.
Apogeum nadeszło tuż po wyborach prezydenckich w 1995 r., kiedy przegrany Lech Wałęsa rzucił na stół granat – oskarżył premiera Oleksego o współpracę z rosyjskim wywiadem. Afera Olina zatruła polskie życie polityczne na lata. A granie hakami i wykorzystywanie służb specjalnych w życiu politycznym stało się wręcz obyczajem.

Rok 1997– zjednoczona prawica bierze władzę

Dla prawicy po klęsce w 1993 r. czas rewanżu przyszedł cztery lata później – 21 września 1997 r. Wyciągnęła ona wnioski z przeszłości i do wyborów poszła zjednoczona – w koalicji Akcja Wyborcza Solidarność. Hegemonem w tej koalicji był NSZZ „Solidarność”, to jego szef Marian Krzaklewski opracował logarytm określający, ile która partia może dostać miejsc na listach, i to on powiódł koalicję do wyborów.
Koncepcja jedności sprawdziła się. AWS zdobyła 33,83% głosów i 202 mandaty. Drugi do mety przybiegł SLD – mimo że zdobył więcej głosów niż cztery lata wcześniej, 27,15% i 164 mandaty, musiał się zadowolić miejscem w ławach opozycji. A to dlatego, że jego dotychczasowy sojusznik, PSL, poniósł klęskę – uzyskał 7,31% poparcia i 27 mandatów, czyli aż o 105 mniej niż cztery lata wcześniej. Do Sejmu weszły również powstała z połączenia UD i KLD Unia Wolności (13,37% i 56 posłów) oraz firmowany przez Jana Olszewskiego Ruch Odbudowy Polski. ROP zdobywając 5,56%, z trudem przekroczył sejmowy próg i wprowadził ledwie sześciu posłów. Ale wśród nich był Jarosław Kaczyński.
Na progu potknęła się natomiast Unia Pracy (4,74%), co trwale zepchnęło ją do drugiego szeregu.
Jeśli popatrzymy na tamten Sejm dzisiejszymi oczami, to i on był dość dziwny. Unia Wolności od razu zadecydowała, że tworzy koalicję z AWS, nawet nie rozpatrując możliwości koalicji z SLD i PSL. Wolała koalicję „historyczną”, postsolidarnościową, niż programową. Ogłosiła to praktycznie kilka godzin po wyborach. Potem zresztą zapłaciła za tę decyzję, wychodząc z rządu i przegrywając walkę o istnienie z PO.
W AWS pierwsze skrzypce grali Marian Krzaklewski i desygnowany na premiera Jerzy Buzek. Później znajdziemy ich na listach Platformy Obywatelskiej. Marszałkiem Sejmu został Maciej Płażyński – jeden z założycieli PO.
Jarosław Kaczyński był zaś posłem samotnym, kontestującym AWS. To on mówił o partii TKM – Teraz, k… My, i KPP – Kompromitacja Polskiej Prawicy. Te określenia bardzo celnie charakteryzowały stan AWS, która już po kilku miesiącach pogrążyła się w wewnętrznych swarach, oskarżeniach i lustracjach. AWS nic nie wychodziło – ani „cztery wielkie reformy”, ani współpraca z koalicjantem, ani wewnętrzne ucieranie poglądów. Do wyborów w 2001 r. szła więc rozbita, w konkurencji z nowymi partiami powstałymi na gruzach koalicji AWS-UW – Platformą Obywatelską i Prawem i Sprawiedliwością.

Rok 2001– teraz lewica

23 września 2001 r. był dniem jednego z największych triumfów Leszka Millera – kierowana przez niego koalicja SLD-UP zdobyła 41% głosów i 216 mandatów. Nie miał więc większości, ale koalicja z PSL (8,98% i 42 mandaty) szybko tę większość zapewniła.
Pierwsze w XXI w. wybory wyłoniły nam Sejm z jedną wielką partią, ocierającą się o większość, i z rozbitą, niewielką opozycją. Tworzyły ją Platforma Obywatelska (12,68% i 65 mandatów), Prawo i Sprawiedliwość (9,5% i 44 posłów) oraz Liga Polskich Rodzin (7,87% i 38 mandatów). Interesujące jest to, jak później owe partie i ich liderzy się rozwinęli…
Ewenementem była Samoobrona, która uzyskała 10,2% poparcia i 53 mandaty. I początkowo, nie żądając niczego, poparła nowy rząd. „Ten kraj jest nasz i wasz”, śpiewali jej zwolennicy na wiecach, a w Sejmie szokowali, idąc zwartą grupą, w biało-czerwonych krawatach. Andrzej Lepper potrafił zbudować formację, która była wyrazem buntu i reprezentowała środowiska pokrzywdzone transformacją.
W tamtym czasie, we wrześniu 2001 r., potęga SLD przygniatała. Leszka Millera nazywano kanclerzem, fetowano go tytułami polityka roku, wydawało się, że cała Polska leży u jego stóp.
I leżała, tylko krótko. Już rok później rozpoczęło się kruszenie potęgi SLD. Sojusz kończył kadencję z premierem Markiem Belką, w obliczu odejścia kilkudziesięciu posłów pod szyldem SdPl, z sondażami na poziomie 10%.

Rok 2005 – POPiS, który się rozleciał

Polityka nie zna próżni. Wiadomo było, że miejsce SLD musi zająć inne ugrupowanie. Ale które?
W wieczór wyborczy 25 września 2005 r. tej odpowiedzi nie usłyszeliśmy. A przynajmniej nie usłyszeliśmy jej do końca. W kampanii i PO, i PiS występowały samodzielnie, zapowiadając jednak, że po wyborach utworzą koalicję, że łączy je wspólny postsolidarnościowy „korzeń”. I że premiera desygnuje ta partia, która zdobędzie więcej głosów.
Sądzono zatem, że będzie to Platforma, która prowadziła w przedwyborczych sondażach, i że szefem rządu będzie „premier z Krakowa”, czyli Jan Rokita. Tymczasem wybory wygrało Prawo i Sprawiedliwość, dystansując PO na finiszu. Ten finisz był zresztą mało elegancki, wtedy właśnie wyciągnięto Tuskowi „dziadka z Wehrmachtu”, a Platformę zaatakowano lodówką, z której znikały artykuły spożywcze.
W ten sposób PiS (26,99% poparcia i 155 mandatów) przeskoczyło PO (24,14% i 133 mandaty). Na dalszych miejscach zameldowały się: Samoobrona (11,41%, 56 posłów), SLD (11,31% i 55 mandatów), LPR (7,97% i 34 reprezentantów w Sejmie) oraz PSL (6,96% i 25 posłów).
Dodajmy, że pięcioprocentowy próg tym razem zatrzymał Socjaldemokrację Polską Marka Borowskiego (3,89% głosów) i Demokratów.pl (2,45%). W ten sposób głosy 750 tys. wyborców zostały zmarnowane…
Niesnaski w kampanii szybko urosły do generalnych różnic. Partie, które jeszcze na początku roku 2005 niewiele różniło – działacze przechodzili z jednej do drugiej, np. Beata Szydło wahała się, z której listy startować do Sejmu, z PO czy PiS – szybko zaczęły się rozjeżdżać.
Ostatecznie PiS postawiło na rząd mniejszościowy, który trochę później uzupełniło przystawkami – Samoobroną i LPR. Po drugiej stronie, w opozycji, stanęła Platforma, zawierając sojusz z PSL.
Koalicja rządząca nie pracowała harmonijnie, ostatecznie rozleciała się latem 2007 r., po aferze gruntowej, która – jak wiemy z uzasadnienia sądu – miała być pułapką na Andrzeja Leppera.

Rok 2007 – Tusk musiał

21 października 2007 r., w wyniku skrócenia kadencji Sejmu, odbyły się wybory przedterminowe, które – jak teraz już wiemy – na wiele lat zdeterminowały polską scenę polityczną.
PiS postawiło w nich wszystko na jedną kartę – i przegrało. Czy dlatego, że ludzie mieli dość IV RP, ciągłych awantur, afer i aresztów? Akcji służb specjalnych i prokuratorów, kiedy zatrzymywany jest minister spraw wewnętrznych, podsłuchiwany i inwigilowany wicepremier, a telewizja robi show z zatrzymań znanych postaci?
Co interesujące, PiS jeszcze dwa tygodnie przed wyborami prowadziło w sondażach, wiele wskazywało, że może wybory wygrać. 21 października te rachuby okazały się płonne.
Platforma wygrała potężną większością, otrzymując 41,51% głosów i 209 mandatów. Jej koalicjant, PSL, otrzymał 8,91% głosów i 31 mandatów. PiS z kolei dostało 32,11% poparcia i 166 miejsc poselskich, a koalicja Lewica i Demokraci 13,15% i 53 mandaty.
Sejm więc ukształtował się według systemu dwublokowego: Platforma i jej sojusznik kontra PiS. Oraz Lewica i Demokraci, którzy przez całą kadencję nie mogli znaleźć sobie miejsca.

Rok 2011 – Tusk raz jeszcze

Jarosław Kaczyński z pełną premedytacją budował jak najostrzejszy podział między PO a PiS, znajdując w tym dwie korzyści. Po pierwsze, dzięki temu wykluczał możliwość podziałów na prawicy. Przeciwko monopolowi PiS po tej stronie sceny politycznej powstawały różne inicjatywy i każda dość szybko obumierała, bo przy układzie dwóch bloków nic, co jest poza nim, nie ma szans na przeżycie. Po drugie, ten system dawał szansę na zdobycie władzy. Logiką demokracji jest bowiem to, że nie rządzi się na zawsze, w którymś momencie władzę trzeba oddać.
Ten moment nie nastąpił w roku 2011. 9 października 2011 r. okazał się wielkim sukcesem Platformy i Donalda Tuska. Po raz pierwszy w III RP partia rządząca utrzymała władzę. Platforma w tych wyborach zdobyła 39,18% poparcia, co dało jej 207 mandatów, PiS zajęło drugie miejsce (29,89% i 157 posłów), na trzecim miejscu sensacyjnie uplasował się Ruch Palikota (10,02%, co oznaczało 40 poselskich miejsc). Czwarte było PSL (8,36% głosów, czyli 28 mandatów), a piąty – sensacja in minus – SLD (8,24% poparcia i ledwie 27 posłów).
W porównaniu z poprzednim Sejmem zaszły niewielkie zmiany – na pewno było to ewenementem, bo dotychczas każde wybory oznaczały zmianę warty i polityczne trzęsienie ziemi.
Jedyną nowością okazało się wejście do Sejmu Ruchu Palikota, formacji protestu, kontestacji, co samo w sobie nowością już nie było.
Poza tym odwzorowany został wcześniejszy układ dwubiegunowy, oś PO kontra PiS, bardzo użyteczna dla obu ugrupowań, ale niszcząca dla poziomu debaty publicznej.

Rok 2015– ?

Który z wcześniejszych Sejmów będzie przypominał ten wybrany w niedzielę?
Bo chyba wszystko już było. Mieliśmy Sejm składający się z 29 ugrupowań i taki, w którym powstał twardy podział na władzę i opozycję, w którym były cztery partie. Był też moment, że jedna partia dominowała, zbliżając się do większości, a opozycja była rozbita, podzielona na niewielkie ugrupowania.
Opozycja też bywała różna – raz zwarta, innym razem skłócona. Raz poważna, innym razem mocna ugrupowaniami antyestablishmentowymi, ugrupowaniami buntu.
Co się powtarzało najczęściej? Wielkie nadzieje jednych i wielkie obawy drugich.
Gdy w roku 1993 zwyciężał SLD, publicyści postsolidarnościowi wieszczyli nawrót hiperinflacji, powrót gospodarki socjalistycznej i bez mała upadek Polski. W roku 1997, gdy władzę brali Krzaklewski z Balcerowiczem, przepowiadano wielkie reformy i rozkwit państwa. I tak dalej.
To wszystko wkrótce okazywało się mitem. Po paru miesiącach słabł impet rządu, nowe elity mościły się w zdobytych fotelach, przychodził czas rozwiązywania problemów i zaczynały się schody. Nawet ci, którzy – wydawało się – mają innych u stóp i zapewnione rządy na lata, rychło orientowali się, że jest zupełnie inaczej.
Taki to już urok polskiej demokracji.


Rok 1991
– Niech będzie pochwalony. Wygraliśmy wybory – powitał kilkunastu swoich partyjnych przyjaciół Sławomir Wiatr, kandydat z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej (…).
„Gazeta Wyborcza”

Jacek Maziarski, przewodniczący Zarządu Głównego Porozumienia Centrum:
– To jest kompletna kasza. Wynik wyborów potwierdza niebezpieczeństwa ordynacji, o których mówiliśmy. To jest kryzys państwa. Wszyscy są przegrani, nikt nie ma prawa do dobrego samopoczucia.
„Gazeta Wyborcza”

Rok 1993
List pasterski bp. Józefa Życińskiego:
Trudno sobie wyobrazić, aby po upadku hitlerowskich Niemiec dawni członkowie NSDAP wystąpili z żądaniem ponownego powierzenia im władzy, obiecując, że pod ich kierownictwem nastąpi szybki rozkwit państwa niemieckiego. Tymczasem w polskich warunkach wizję dobrobytu roztaczają nierzadko ci sami działacze, którzy przez lata konsekwentnie prowadzili nasz kraj do ruiny.

Rok 2001
Rafał Ziemkiewicz,
„Rzeczpospolita”:
Mamy więc obdarzony ogromnym zaufaniem wyborców SLD – i magmę mniej więcej równych siłą partii, których, poza mocno skopanym PSL, jeszcze niedawno nie było bądź znajdowały się na marginesie. Żadna z tych partii nie ma trwałych struktur (PO nawet jeszcze nie jest partią) i żadna nie daje gwarancji, że długo potrwa. (…) Żadna z partii opozycyjnych nie będzie w stanie rywalizować z SLD, ich główną troską będzie więc niszczenie się nawzajem i walka o rangę głównej siły opozycyjnej (…). Zważywszy, że tworzone ad hoc partie wprowadziły do parlamentu sporo ludzi przypadkowych, znajdą się zapewne wśród nich sprawcy rozmaitych skandali, które konkurencja będzie sobie wzajemnie wywlekać. Mówiąc brutalnie – na Wiejskiej szykuje się niezły Muppet Show i konia z rzędem temu, kto umie zgadnąć, ile partii będziemy mieli w Sejmie pod koniec kadencji, jakich, i kto do której będzie należał.

Rok 2005
Grzegorz Gauden, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”:
Mandat upoważniający do tworzenia rządu otrzymały dwa ugrupowania: Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. Rząd tworzyć będą zatem formacje wywodzące się wprost z tradycji Sierpnia ‘80. (…) Obydwie partie wygrały wybory pod hasłami walki z korupcją, doskonalenia i wzmacniania państwa. Wzięły na siebie zobowiązanie do zaniechania partyjniactwa w polskim życiu politycznym i kierowania się wyłącznie interesem Polski.
(…) Pierwszym testem prawdy na obietnicę nowego stylu uprawiania polityki będzie sposób wyłaniania rządu. Niezrozumiałe dla elektoratu zwycięzców będzie np. ustalanie parytetów stanowisk, przeliczanie wojewodów na ministrów czy napastliwa wzajemnie kampania prezydencka. Wyborcy oczekują sprawnej, bezinteresownej, kompetentnej i uczciwej władzy. Taką nam obiecywali zwycięzcy. To wyzwanie i odpowiedzialność tych formacji za dorobek polityczny, moralny i intelektualny Sierpnia ‘80. Za tamte marzenia o uczciwym państwie i mądrym rządzie.

Jarosław Kaczyński, w noc wyborczą:
Czy dopuszcza pan możliwość jakiejś innej koalicji (niż z PO) w tym Sejmie? Na przykład z LPR i Samoobroną?
– Nie wiem, czy widział pan ostatnią debatę przedwyborczą pod Sejmem, słyszał to wycie i kwakanie. To właśnie byli zwolennicy LPR i Samoobrony. To mówi wszystko. To są partie, które darzą nas bardzo głęboką niechęcią. Taka koalicja jest bardzo mało prawdopodobna.

Rok 2007
Premier Jarosław Kaczyński po ogłoszeniu wyników wyborów:
– Nie daliśmy rady potężnemu frontowi, frontowi, który się rozciągał od „Faktów i Mitów”, pisma, które zatrudniało kiedyś Grzegorza Piotrowskiego, mordercę ks. Popiełuszki, aż po „Nie”, „Gazetę Wyborczą”, różne telewizje, Platformę Obywatelską, LiD itd., itd. Nie daliśmy rady. Jak się okazało, byliśmy za słabi, wielka manipulacja się udała. Ale zdobyliśmy 5 mln głosów, o połowę więcej niż w poprzednich wyborach. Zmieniliśmy Polskę, ale przerwano nam w połowie drogi. Będziemy opozycją inną niż ta, z którą zetknęliśmy się przez ostatnie dwa lata. Będziemy także opozycją zdecydowaną i twardą, która rozlicza z obietnic, bo obiecano cud i niebywałe wręcz rzeczy w polskiej gospodarce i budżecie.

Wydanie: 44/2015

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy