Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ rodzi się nowa świecka tradycja. Jej ojcem jest minister Bartoszewski, który w pałacyku MSZ na Foksal, w obecności wybranych dyrektorów departamentów, wręczył nominacje ambasadorskie wyjeżdżającym na placówki ambasadorom, m.in. Zbigniewowi Kuchciakowi i Jerzemu Bahrowi. Było uroczyście i w ogóle.
Do tej pory takie nominacje wręczano w Protokole Dyplomatycznym – ot, wpadał przyszły ambasador do departamentu odebrać potrzebny dokument. Teraz musi wbić się w lepszą marynarkę i pojechać na Foksal. Skąd ta nagła zmiana? Powód, jak mówi się w MSZ, jest prosty – otóż do ministra dotarła informacja, że w Kancelarii Prezydenta rozważany jest pomysł, by Aleksander Kwaśniewski wręczał nominacje tym, którzy w jego imieniu reprezentować będą Rzeczpospolitą za granicą. By więc ubiec prezydenta, czym prędzej wymyślono nową tradycję.
Pożytek z tego jest przynajmniej taki, że szybciej wyjedzie na Litwę Jerzy Bahr. Placówka w Wilnie od dawna czeka na ambasadora, jego brak nie służy stosunkom polsko-litewskim, dobrze byłoby więc tę lukę czym prędzej załatać.
Podobnie jest z Kijowem. Tu także nasza placówka jest bez ambasadora. I będzie jeszcze przez jakiś czas – bo Marek Ziółkowski pojedzie na Ukrainę dopiero pod koniec maja. Czyli przynajmniej o miesiąc później, niż planował. Na razie więc, jeszcze jako dyrektor departamentu Europy Wschodniej, Ziółkowski dopina ostatnie sprawy. Był więc m.in. w Tbilisi, by przekonać Gruzinów do kandydatury Piotra Iwaszkiewicza na szefa naszej placówki. Nadaremnie – Gruzini Iwaszkiewicza nie chcą i Ziółkowskiego nikt ważny w Tbilisi nie przyjął. Porażkę odniósł też w Warszawie. Co najmniej od kilku tygodni Ziółkowski próbował wprowadzić na stanowisko zastępcy dyrektora departamentu człowieka sobie bliskiego. Ale żeby tę operację przeprowadzić, musiał wpierw wypchnąć z tej funkcji Annę Tatarzyńską. Trwały więc takie dziwne podchody. I na razie skończyły się fiaskiem.
Sukcesem za to zakończyła się operacja powrotu do MSZ, “na kierunek wschodni”, Pawła Przeciszewskiego, brata redaktora naczelnego Katolickiej Agencji Informacyjnej. Przeciszewski jest przemiłym dżentelmenem, ale do pracy w dyplomacji drygu nie ma. Był już na kilku placówkach, m.in. w Petersburgu, Rydze, Mińsku, wszędzie po kilka miesięcy. Bo jakoś nie mógł przywyknąć do urzędniczej dyscypliny. Zamiast tego wolał jeździć na spotkania z księżmi, czy na oglądanie ikon, czy też na wycieczki krajoznawcze.
Teraz wraca do MSZ i jedzie na stanowisko wicedyrektora Instytutu Polskiego w Moskwie. “Do trzech razy sztuka” – mówiła Marzena Krulak, szefowa kadr, tłumacząc przed jednym z pracowników jego powrót. To wiele mówiące wytłumaczenie.
Ale nie popadajmy w pesymizm. Bo mądrzy ludzie w MSZ zderzają dwie informacje. Pierwsza to fakt, że rotacja wciąż nie została jeszcze zakończona, mimo że mamy kwiecień. Druga to spostrzeżenie, że MSZ nachodzą rozmaici posłowie, najwyraźniej lobbujący w sprawach kadrowych. Czy z tego może coś dobrego wyniknąć?

Wydanie: 16/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy