Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Mamy w MSZ geniusza. To Andrzej Papierz, dyrektor Biura Kadr. Ale zacznijmy ab ovo. Otóż w ubiegłym tygodniu miał miejsce w MSZ egzamin dyplomatyczno-konsularny. To był test, było 80 pytań, dobrze odpowiedzieć trzeba było przynajmniej na 50, i trzeba było się napocić, by na nie odpowiedzieć. I właśnie kilkanaście osób siedziało i głowiło się, gdzie wstawić krzyżyki, gdy nagle ku swojemu zdumieniu zobaczyli, że ledwie po kilkunastu minutach Andrzej Papierz zakończył egzamin. Wstał i z uśmiechem podał kartkę przewodniczącemu komisji, Jerzemu Chmielewskiemu. Skapitulował? Doszedł do wniosku, że nie da rady? Ależ skąd, zdał celująco!
Opowieść o tym wydarzeniu poszła w gmach i teraz pół MSZ trzęsie się ze śmiechu, bo to nawet nie są grube nici, tylko powrozy.
Chmielewski jest wicedyrektorem Departamentu Europy, no i bardzo chciałby awansować. Ma na to szanse, bo za granicę wyjechać ma obecny dyrektor Jerzy Margański. Ale żeby zostać tym dyrektorem, Chmielewski musi mieć przychylność ważnych ludzi w MSZ. Papierz do nich się zalicza. To były działacz Ligi Republikańskiej, razem z Mariuszem Kamińskim rzucał ze schodów kościoła Św. Krzyża różne rzeczy w pochód pierwszomajowy. Potem był wicedyrektorem CIR u premiera Buzka. I tuż przed wyborczą klęską tego rządu wyjechał do Sofii jako dyrektor tamtejszego Instytutu Polskiego. Tak z zadymiarza, krzyczącego o moralności i lepszej Polsce, przepoczwarzył się w aparatczyka. Teraz steruje kadrami i jest w tym wąskim gronie, które podejmuje w MSZ ważne decyzje.
Czy więc Chmielewski, w którym buzują ambicje, miał wybór? W MSZ mówią, że nie, i tym złośliwie tłumaczą nagły przypływ mądrości pana personalnego. Oto IV RP w MSZ.
Ale ta IV RP ma jeszcze ciekawszą twarz. To twarz Andrzeja Sadosia, rzecznika ministerstwa i dyrektora Departamentu Systemu Informacji. Otóż departament ten opracowuje codzienny przegląd prasy, tak żeby rano minister miał go na biurku. Nie tak dawno, za Rotfelda na przykład, taki przegląd to była dosyć gruba teka, bo zamieszczano w nim skserowane wycinki wszystkich artykułów i artykulików z polskiej prasy na temat MSZ, jego pracowników i polityki zagranicznej. Teraz jest inaczej. Pani min. Fotyga dostaje cienką prasówkę. To wygląda tak, że wycinki przygotowuje w DSI pani Anna Dębska. Potem idzie do Sadosia i pyta, czy dobrze; on to – mały cenzor IV RP – przegląda i aprobuje, co można pani minister pokazać, a czego nie. A czego nie można? Jak słychać na korytarzach, odpowiedź jest prosta: pani Fotydze można przekazywać tylko dobre informacje, żeby się nie zdenerwowała. I nie ma obawy, że gdzieś doczyta na boku coś złego, ona ma słaby wzrok, nie lubi czytać, jak czegoś nie dostanie od Sadosia, to tego nie ma.
Na przykład w dniu 19.01. br. w przeglądzie prasy, który trafił na jej biurko, nie było listu niedawnego wiceministra Witolda Sobkowa, opublikowanego w „Gazecie Wyborczej”. Sobków napisał w nim o kłamstwie gazety „Dziennik”, która napisała, że został on zdymisjonowany, bo ABW miała wobec niego zastrzeżenia. Sobków napisał potem sprostowanie do „Dziennika”, ale to pismo nie chciało go wydrukować.
Ten list to afera – prorządowa gazeta takim oskarżeniem opluła solidnego, jak najdalszego od polityki urzędnika. A MSZ – nic.
Była szansa, że Fotyga po tej publikacji się odezwie. Ale jak jej nie dostała? Po MSZ szybko poszło wyjaśnienie, dlaczego tak się stało. Otóż dobrze poinformowani twierdzą, że to sam Sadoś zadzwonił do dziennikarza „Dziennika” i „sprzedał” mu tę informację. Żeby do końca zniszczyć rywala. A dziennikarz bezmyślnie napisał. Obu rycerzom rewolucji moralnej, i panu rzecznikowi, i panu dziennikarzowi, gratulujemy formy i stylu.

Wydanie: 4/2007

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy