Dziennikarska rzetelność

Dziennikarska rzetelność

Dziś w mediach króluje młode pokolenie dziennikarzy. Wprawdzie nie wszyscy dobrze opanowali język polski, tak w mowie, jak i piśmie, nie wszyscy mają pojęcie o elementarnym warsztacie dziennikarskim, ale wszyscy wiedzą jedno: są czwartą władzą. A nadto są sumieniem narodu. A władzy, wiadomo, wszystko wolno. Często pewność siebie młodego dziennikarza jest odwrotnie proporcjonalna do jego umiejętności. Rzetelność też niespecjalnie jest w cenie. Powszechne jest przekonanie, że dziennikarze mają prawo do pryncypialnej oceny zdarzeń i ludzi. Gdy w tej ocenie posuną się do zniesławienia lub pomówienia, gdy naruszą czyjeś dobra osobiste, a pokrzywdzony odwoła się do sądu, wrzeszczą w niebogłosy o tłumieniu wolności słowa. Co gorsza, całe środowisko natychmiast czuje się zobowiązane do głośnego wyrażenia swej solidarności. Nie z pomówionym czy zniesławionym, ale z oszczercą. Cóż się dziwić, guru wielu młodych prawicowych dziennikarzy, niespełniony grafoman, ma na swoim koncie prawomocny wyrok za oszczerstwo. Łatwo to sobie zresztą zracjonalizował: ten wyrok to dowód na to, że w sądach III RP rządzi postkomuna.
Wiedza młodych dziennikarzy też na ogół nie jest zbyt rozległa. Nie wymagam, by mieli wiedzę specjalistyczną, ale przynajmniej taką, jaka jest osiągalna dla człowieka, który zdał maturę. Szczególnie dziwi poziom wiedzy z historii najnowszej. Cały okres PRL to dla nich to samo co okupacja hitlerowska. Nic dziwnego, jeden z cierpiących na słowotok autorytetów moralnych wydał z siebie niedawno myśl wielką: między SB a gestapo nie ma żadnej różnicy. Jak się okazuje, jeszcze nie tak dawno ten autorytet moralny kierował instytucją, w której zatrudnionych było pełno eksgestapowców. Współpracę z wieloma z nich bardzo sobie cenił i publicznie ich chwalił. Czyżby ta iluminacja intelektualna dokonała się u niego dopiero niedawno? Dopiero ostatnio odkrył równanie SB=gestapo?
Skoro okres PRL od okresu okupacji niczym się nie różni, to tym samym między PRL a Generalną Gubernią nie ma żadnej różnicy. A skoro tak, to jest rzeczą oczywistą, że każdy, kto pracował w aparacie administracyjnym PRL (nie mówiąc już o organach ścigania), jest kolaborantem, jak folksdojcz w GG. Skoro PRL=GG, to naród powinien być w lesie (w partyzantce), a Kościół w katakumbach. Odkrywanie krok po kroku, że nie był, to odkrywanie kolejnych faktów narodowej zdrady. A to, że proboszcz spotykał się z urzędnikiem Urzędu Wyznań, a to, że biskup uzgadniał z władzami (z komunistami!) nominacje proboszcza, a to, że naukowiec przed wyjazdem za granicę przy odebraniu paszportu rozmawiał z funkcjonariuszem bezpieki. Gdzie sięgniesz w PRL, tam kolaboracja i zdrada.
Ostatnio grupa posłów, głównie SLD, ale nie tylko, zgodnie z zapowiedzią uczynioną w toku prac legislacyjnych nad ustawą obniżającą emerytury byłym funkcjonariuszom szeroko pojętego (nawiasem mówiąc, bardzo szeroko!) aparatu bezpieczeństwa PRL zaskarżyła tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego. Wnioskodawcy uważali bowiem, że ustawa narusza konstytucję: łamie zasadę podziału władz, wprowadza odpowiedzialność zbiorową, narusza zasadę zaufania do organów państwa. W szczególności autorzy wniosku uważają, że potępienie przez ustawę członków Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego i ukaranie ich obniżeniem blisko czterokrotnym emerytur w sytuacji, gdy przeciw nim toczy się proces przed sądem karnym, jest niedopuszczalne. Nie wiadomo bowiem, czy sąd uzna ich winę i skaże, czy uniewinni. Ingerencja władzy ustawodawczej w to, co nie tylko leży w gestii władzy sądowniczej, ale jest przez nią aktualnie rozpoznawane, wydaje się niedopuszczalna. Nawiasem mówiąc, ostatnio wnioskodawca tej ustawy, drugi po Czumie prawnik Platformy, wesoły poseł Karpiniuk, szczerze przyznał w wypowiedzi dla „Dziennika”, że „zapisy ustawy dotyczące WRON mogą budzić wątpliwości”. Ale u wnioskodawców skargi do Trybunału Konstytucyjnego wątpliwości budzą też inne przepisy ustawy. Te mianowicie, które obniżają emeryturę tym funkcjonariuszom służb PRL, którzy w 1990 r. przeszli weryfikację, a komisje weryfikacyjne w imieniu państwa uznały, że mają oni kwalifikacje moralne do służby w organach III RP, a w swej dotychczasowej służbie, przed 1990 r., nie naruszyli prawa, nie naruszyli godności innych osób, nie wykorzystywali stanowiska do celów prywatnych. Część z nich podjęła służbę w UOP, część w policji. Teraz z preambuły ustawy dowiedzieli się, że działali na szkodę Polski i za to obniża im się prawie czterokrotnie emeryturę.
Wniosek do Trybunału Konstytucyjnego dotyczył więc tych dwóch kategorii osób: członków WRON oraz funkcjonariuszy zweryfikowanych w 1990 r. Jak to przedstawiły media? „Lewica wybiela bezpiekę”, głosił tytuł w umiarkowanej w tych sprawach i zwykle dalekiej od zacietrzewienia „Gazecie Wyborczej”. Autor artykułu zarzucił wnioskodawcom, że we wniosku do Trybunału nie ma nic o ofiarach bezpieki! Drogi redaktorze, to był wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie niezgodności ustawy z konstytucją, nie monografia bezpieki.
Rekordy braku obiektywizmu i ordynarnej manipulacji biła TVN. O wniosku do Trybunału mówiono, pokazując jako tło dyżurną scenę ze stanu wojennego, sto razy już pokazywaną, brutalne ZOMO w akcji. Akurat zomowcom nikt emerytur nie zmniejsza, bo ich ta ustawa wcale nie dotyczy. Była też scena z Gdańska 1970, zwłoki niesione na drzwiach. Było o wyrywaniu paznokci. Pokazywano ofiary UB z lat 40. i 50. I pytano, co sądzą o emeryturach swoich oprawców. Zapewniam, że żaden z tych oprawców nie przeszedł weryfikacji w 1990 r., a nawet nie miał szans do niej stanąć, z możliwości weryfikacji bowiem wykluczeni byli funkcjonariusze, którzy mieli ukończone 55 lat. Wyłączało to faktycznie z weryfikacji wszystkich funkcjonariuszy dawnego UB. Po scenach z ofiarami UB puszczano fragment wypowiedzi posła – przedstawiciela autorów wniosku, mówiącego o krzywdzie moralnej wyrządzonej funkcjonariuszom. Wyglądało na to, że on się lituje nad tymi oprawcami, co wyrywali paznokcie, a on tymczasem mówił o tych zweryfikowanych w 1990 r.
Do tego dochodził jeszcze chamski komentarz dziennikarza: lewica broni ubeków.
Naprawdę nie wiem, czy w programach tych było więcej złej woli, czy głupoty. Jedno jest pewne, jedna i druga była w nich obecna. Mało, że obecna. Dominująca.
Niestety, takie są czasy, że telewizja edukuje naród, kształtuje jego pamięć historyczną, poglądy. Poglądy durnych dziennikarzy szybko stają się poglądami gawiedzi. Naprawdę nie wiem, jak można temu przeciwdziałać. A chyba trzeba.

Wydanie: 10/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy