Ekipa Belki

Ekipa Belki

Kto rządzi państwem?

Dwa notesy były najczęściej używane, gdy Marek Belka w kwietniu kompletował swoją ekipę. Pierwszy to notatnik samego premiera – stąd pochodzą nazwiska jego najbliższych współpracowników, a także ministrów resortów gospodarczych. Na czym jak na czym, ale na finansach i gospodarce Belka zna się doskonale, więc ministrów finansów, skarbu czy infrastruktury dobrał według własnego rozeznania.
Drugim był notes Barbary Labudy, minister w Kancelarii Prezydenta. Belka zna ją z czasów pracy w Kancelarii Prezydenta. Ich tymczasowe warszawskie mieszkania są w tym samym budynku. W trudnych dniach układania rządu premier schodził dwa piętra niżej, by przy herbacie przegadać państwowe sprawy. Notes Labudy zawierał nazwiska ludzi ze środowiska Unii Wolności, z organizacji pozarządowych, ekspertów. – Basia bardzo pomogła – przyznaje Jacek Kluczkowski, szef zespołu doradców premiera (oficjalnie nazywa się to: Zespół Doradczo-Analityczny Prezesa Rady Ministrów – Gabinet Polityczny). On i Labuda znają się świetnie, bo Kluczkowski przez wiele lat pracował w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego.
W notesie Labudy szukano kandydatów na szefów resortów zdrowia, sprawiedliwości, edukacji i środowiska. – Miał być ktoś z tamtego środowiska, ale fachowiec i nie kojarzony partyjnie – opisuje to jeden z bliskich współpracowników premiera. – No i były tam potrzebne nazwiska. Sęk w tym, że ludzie odmawiali. Z różnych przyczyn.
Jednym z tych, którzy nie odmówili, był obecny minister edukacji, Mirosław Sawicki. – To ja zadzwoniłam pierwsza do niego – przyznaje Labuda. – Zgodził się bardzo szybko. Powiedział: „Basia, daj mi 15 minut”. A ja na to: „Tak, tak, chcesz pewnie poradzić się Kuronia?”. Nie odpowiedział, nie wiem, do kogo dzwonił, ale po 15 minutach powiedział, że jest gotów.
Pytanie Labudy było jak najbardziej na miejscu z dwóch powodów. Po pierwsze, Sawicki to wychowanek Kuronia, walterowiec, do końca z nim związany. Po drugie, jeden z wcześniejszych jej rozmówców też poprosił o kilkanaście minut czasu, po czym odpowiedział, że rezygnuje. Że interesuje go następne rozdanie. – To był człowiek z kręgów Platformy. I od jej liderów otrzymał odpowiedź: jeżeli chce być brany pod uwagę w rządzie PO, nie może wchodzić do rządu Belki – wyjaśnia sprawę jeden z naszych rozmówców. – Więc wybrał Platformę. I pewnie będzie u nich ministrem.
Nasz rozmówca przyznaje, że tych odmów było dużo. Z rozmaitych powodów. Niektórzy bali się ostracyzmu swojego środowiska, inni nie chcieli się wiązać z rządem, któremu dawano trzy, cztery miesiące, jeszcze inni mieli zobowiązania, których nie mogli zlekceważyć. – To prawda, sporo osób premierowi odmówiło – potwierdza Sławomir Cytrycki, szef Kancelarii Premiera. – Zresztą w różny sposób, jedni telefonicznie, inni osobiście. Ale teraz wracają. Dzwonią, mówią, że jak będzie trzeba, to pomogą, pytają, w czym mogą być przydatni.
Nie tylko on potwierdza, że atmosfera wokół premiera i jego rządu znacząco się zmienia. Mniej więcej tak jak sondaże. – Belka założył sobie, że zbuduje ekipę zadaniową, czyli weźmie niekojarzonych z partyjniactwem fachowców do wykonania zadań – ocenia jeden z naszych rozmówców z Kancelarii Prezydenta. – I to w znacznej mierze mu się udało. Ma porządnych ministrów. Lepszych niż ich potencjalni następcy z rozdania PO i PiS. I nie ma tu nic do rzeczy, że wcześniej wielu ludzi Belce odmówiło. Bo i tak do większości z nich politycy prawicowi nie zadzwonią. Bo każdy następny rząd będzie bardziej partyjny niż obecny.

Inna polityka

To, że Belka wymyślił sobie rząd i sposób funkcjonowania wcześniej, jeszcze w Iraku, i przyjechał do Polski z ułożonym w głowie projektem, potwierdzają współpracownicy premiera. – To była koncepcja rządu zadaniowego – tłumaczy Jacek Kluczkowski. – Porządkowania państwa, skupienia się na najważniejszych zadaniach.
Marcin Kaszuba, który był rzecznikiem Belki, gdy ten pełnił jeszcze funkcję wicepremiera-ministra finansów, a potem, gdy Belka został premierem, pracował przez kilka miesięcy w zespole jego doradców, również jest przekonany, że szef miał ułożoną koncepcję rządzenia. I teraz ją realizuje. – To nie było tak, że gdy był w Iraku, nie wiedział, co się dzieje w Polsce. Uważnie to obserwował, gdy wpadał do kraju, zawsze pytał o opinię. Miał to wszystko dobrze przemyślane.
– Bo taki jest Belka – ocenia Stanisław Jaśkiewicz, jeden z najbliższych współpracowników premiera. – To typ naukowca. Działa w ten właśnie sposób – jest problem, więc zasięga opinii fachowców, dyskutuje, a potem sam szuka rozwiązania.
– Premier lubi zamknąć się w gabinecie, żeby przemyśleć jakiś problem. Lubi spędzać sporo czasu sam ze sobą – to z kolei opinia Jacka Kluczkowskiego. – A czego nie lubi? Gadulstwa i marnowania czasu. Niektóre spotkania wciąż go dziwią. Na przykład z własnym politycznym zapleczem. Że oni chcą tylko rozmawiać o personaliach, natomiast sprawy programowe niemal wcale ich nie interesują. Jak to jest – pyta – że można stracić pięć godzin i przez ten czas nie rozmawiać o żadnym z faktów realnej rzeczywistości?
Na podstawie słów bliskich współpracowników premiera można zrekonstruować sposób działania Marka Belki. Włodzimierz Cimoszewicz, gdy był premierem, co poniedziałek rano spotykał się z prezydentem, by omawiać najważniejsze sprawy. Leszek Miller z kolei miał zwyczaj stałych porannych spotkań z najbliższymi współpracownikami. Belka działa inaczej – spotyka się w grupach zadaniowych, zwoływanych ad hoc dla rozwiązania jakiegoś problemu. Biorą w nich udział premier, ktoś z jego najbliższych współpracowników, ministrowie i wiceministrowie odpowiedzialni za daną sprawę. Takie spotkanie ma formę i burzy mózgów, i sztabowej odprawy. Na nim właśnie zapadają decyzje.

Krąg pierwszy
Takie spotkania organizują mu najbliżsi współpracownicy. Do tej grupy zaliczani są: Sławomir Cytrycki, Jacek Kluczkowski, Stanisław Jaśkiewicz i Dariusz Jadowski. Oni mogą w każdej chwili wejść do premiera, pilotują najważniejsze sprawy, z nimi najczęściej premier przegaduje kolejne problemy. I nie zostali dobrani przypadkowo.
Sławomir Cytrycki odkąd zaczęto mówić, że Marek Belka zostanie nowym premierem, był murowanym kandydatem na stanowisko szefa jego kancelarii. Obaj znają się od lat, jeszcze z czasów Akademii Ekonomicznej w Łodzi, gdzie byli młodymi asystentami. Mieli pokoje na tym samym piętrze. Gdy w rządzie Leszka Millera Belka był wicepremierem i ministrem finansów, Cytrycki należał do jako najbliższych współpracowników. A w kwietniu, gdy Belka układał rząd, umieścił go na pierwszym miejscu swojej listy. – Mogę liczyć na ciebie? – zapytał, a Cytrycki, wówczas ambasador odpowiedzialny za kontakty firm polskich i amerykańskich, krążący między Warszawą a Waszyngtonem, odparł, że tak. Właśnie kończył swoją misję, maj miał przeznaczyć na zwiedzanie z żoną i znajomymi Ameryki. Potem zaś wrócić do pracy w sektorze bankowym. Za – jak oceniają koledzy pracujący w biznesie – 200-250 tys. dol. rocznie. W efekcie, 2 maja był w Warszawie, zostawiając żonę i znajomych w USA i wybierając pracę za miesięcznie 7,5 tys. zł na rękę.
To on też przypomniał premierowi o Dariuszu Jadowskim, dyrektorze Centrum Informacyjnego Rządu w czasach premierowania Włodzimierza Cimoszewicza, później konsulu w Nowym Jorku. Jadowski właśnie zjeżdżał do kraju, więc propozycja objęcia funkcji rzecznika przyszła w samą porę.
Z kolei z Jackiem Kluczkowskim (podsekretarzem stanu w KPRM) Marek Belka zna się z czasów pracy w Kancelarii Prezydenta. Kluczkowski kierował zespołem ds. wystąpień i pisał prezydentowi przemówienia, Belka był doradcą ds. ekonomicznych. Ich gabinety niemal sąsiadowały, mieli wiele okazji, by się spotykać i wymieniać poglądy.
Kluczkowski, podobnie jak Belka, nie lubi wielkich zbiórek, preferuje pracę w małych grupach. Jeszcze nigdy jego zespół nie zebrał się na wspólnym spotkaniu. On sam woli sytuację, kiedy zleca coś pracownikowi, a potem otrzymuje odpowiedź. – Mam w zespole ludzi na etatach, utrzymuję też kontakt z ekspertami z zewnątrz – mówi.
Na etacie w jego zespole pracuje m.in. Grzegorz Rydlewski, który tradycyjnie przygotowuje analizy polityczne i scenariusze ostrzegawcze. – I premier, i ja bardzo wysoko je oceniamy – mówi Kluczkowski. Z kolei Leszek Bieguński zajmuje się sprawami pomocy publicznej, Andrzej Szablewski – zagadnieniami paliwowo-energetycznymi, Andrzej Żor, były dyplomata, „pilnuje poprawności działania od strony prawa”. W zespole są też Olga Iwaniak, była korespondentka TVP w Kijowie, Bożena Messner, która pracowała z Leszkiem Millerem, i Jerzy Ciszewski, specjalista od PR, odpowiedzialny za budowę wizerunku premiera.
Kluczkowski ma opinię człowieka, który nie lubi SLD, natomiast lubi Unię Wolności. On sam widzi to inaczej. – W Polsce partie polityczne są bardzo słabe programowo, no i nie są miejscem rezerw kadrowych – ocenia. – Pomysły porządkowania państwa i naprawy finansów publicznych wychodzą nie z partii, bo stamtąd wychodzą głównie frazesy, ale ze strony środowisk uniwersyteckich, organizacji pozarządowych, środowisk ekspertów. Partie są zainteresowane głównie sprawami kadrowymi, nie proponują debat merytorycznych. A nas interesują przede wszystkim sprawy programowe. Co zresztą zostało dokładnie powiedziane w exposé premiera. To koncepcja rządu zadaniowego. Na tej podstawie przyjęliśmy harmonogram realizacji zadań. I pilnujemy go.
Ten harmonogram spoczywa w rękach Stanisława Jaśkiewicza, podsekretarza stanu, sekretarza Komitetu Rady Ministrów. Jaśkiewicz pracuje w Kancelarii Premiera „od zawsze”. I niewielu jest w Polsce ludzi, którzy wiedzieliby tak jak on, jak funkcjonuje państwowa machina, zwłaszcza na styku z gospodarką. W swej karierze był bliskim współpracownikiem Leszka Balcerowicza, potem Grzegorza Kołodki, potem Marka Belki, potem znów Balcerowicza, później Janusza Steinhoffa, potem znów Belki, Kołodki, Hausnera i jeszcze raz Belki.
Tym razem nastąpiło to wszystko w sposób jak najbardziej naturalny. W kwietniu Marek Belka zadzwonił do niego i zapytał, czy może wpaść. Jaśkiewicz był podsekretarzem stanu w rządzie Millera, urzędował jak zwykle w Kancelarii Premiera, a Belka, jako przyszły premier, miał już tam swoje biuro. Wpadł więc i po krótkiej rozmowie zadał to najważniejsze pytanie: – Chciałbym, żebyś był w mojej ekipie. Będziesz? Jaśkiewicz przytaknął: – Oczywiście, dziękuję.
Ale w tym rządzie oprócz spraw, którymi tradycyjnie się zajmował, prowadzi monitoring harmonogramu zadań, których realizację Marek Belka zapowiedział w exposé.
Co tydzień, co dwa tygodnie podczas posiedzenia Rady Ministrów harmonogram jest omawiany, a ministrowie są rozliczani z jego realizacji. Jak twierdzą świadkowie, bezlitośnie. Zadań jest 41, harmonogram zawiera datę realizacji, osobę za to odpowiedzialną oraz opis stanu realizacji. – 13 zadań już wykonano, 12 jest zaawansowanych, dziesięć ma drobne opóźnienia – wylicza Jaśkiewicz. – Ale uważam, że powinniśmy ze wszystkim zdążyć do 28 września. Nie jest więc tak, że rząd nie pracuje, jak napisała jedna z gazet.A potem? – Potem są dalsze zadania i też będzie ich harmonogram. Wszystko po kolei i porządnie – odpowiada.

Państwo Marka Belki

To powtarzane jest w Kancelarii Premiera jak mantra: Marek Belka chce prowadzić rząd, który odbudowałby standardy życia publicznego. Taki trochę profesorski, unikający awantur i opluwania. I partyjniactwa.
Czy to jest możliwe? Jacek Kluczkowski twierdzi, że tak: – Państwo może być bardziej uczciwe. Więc rozszerzamy zakres oświadczeń majątkowych, rozszerzamy konkursy na stanowiska w administracji, wzmacniamy służbę cywilną. To jest cały pakiet porządkowania państwa. I w tym wszystkim mieści się także filozofia posunięć kadrowych premiera. Że Mirosław Sawicki był związany z Unią Wolności? Jest świetnym ministrem, dziś jest już swój. Michał Gronicki? Jest swój. Andrzej Ananicz? Jest swój. Belka ma z nim świetny kontakt.
Kluczkowski przypomina lata 1993-1997, czasy premierowania Oleksego i Cimoszewicza. – Wtedy ministrem był Andrzej Bączkowski z „Solidarności”, wiceministrami byli ludzie z tamtej strony. Nikomu to nie przeszkadzało. Uznawano to za rzecz normalną. Dziś robi się wielkie halo, gdy do rządu trafiają ludzie przełamujący polityczne podziały. Krzywi się na nich SLD, krzywi opozycja. To pokazuje, jak bardzo od tamtego czasu Polska się zmieniła. Jak niezauważalnie partie polityczne zawładnęły krajem i naszym sposobem myślenia.
Rzeczywiście, od roku 1997 mamy proces upartyjniania państwa. – Bóg dał siłę swojemu narodowi – mówił w Sejmie po wygranych wyborach w roku 1997 Marian Krzaklewski. A ekipa AWS dokładnie wyczyściła ministerstwa i urzędy centralne z ludzi podejrzewanych o związki z SLD. W te buty wskoczyła ekipa Leszka Millera. Tu także trzeba było jasno się określić – albo jest się po jednej, albo po drugiej stronie. Marek Belka tę filozofię zanegował.
– To próba znoszenia ostrości podziałów na scenie politycznej – ocenia jeden z analityków. – Ta scena nie jest jeszcze ukształtowana według kryteriów programowych, pozostaje ukształtowana według rodowodów. Decyzje Belki otwierają możliwość takich przekształceń, żeby ludzie, którzy w większości spraw myślą podobnie, mogli być razem. Tworzy się infrastruktura dla nowego ukształtowania polskiej polityki. A także… dla płynnego przekazania władzy.
Politycy doskonale to wszystko widzą i próbują reagować. Mamy więc, z jednej strony, pomruki partii lewicowych, bo dla nich bilans Marka Belki przedstawia się inaczej. Te partie firmują ten rząd, chociaż nie przysparza to im popularności, poza tym przebudowa sceny realizowana przez Belkę może je zepchnąć na rzeczywisty margines. Lada dzień premier może zatem zderzyć się ze swoim zapleczem i tym razem to on będzie musiał przekonywać rozmówców, by mu zaufali. – Kłopot może być z tymi, którzy będą chcieli być i w rządzie, i w opozycji – prorokuje specjalista od przewidywania kłopotów, Grzegorz Rydlewski.
Z drugiej strony, zaniepokojona może być opozycja. Przez ostatnie trzy miesiące nie zdarzyło się nic, co by ją wzmocniło, a polityka Belki odbiera jej amunicję, którą dotychczas strzelała w publicznej debacie.
W interesie PO i PiS jest więc jak najszybsze wepchnięcie rządu Belki w koleiny rządu Leszka Millera. Podobnie zresztą jak w interesie jastrzębi z SLD.
Z tego punktu widzenia Marek Belka, prowadzący rząd w sposób niespodziewanie samodzielny, trochę przy tym amatorski, co zdążył mu już wytknąć Rokita, jest zagrożeniem dla partyjnego porządku, który się ukształtował w ostatnich latach.
Jest więc pewne, że partie w nadchodzącym jesiennym sezonie przypuszczą na jego rząd ofensywę. By zepchnąć go do narożnika. To wiadomo. Natomiast nie wiadomo, jak zachowają się w takiej sytuacji Belka i jego ekipa. No i opinia publiczna.
To jest w tym wszystkim najciekawszy test.


Ludzie Belki – krąg drugi

Marek Belka łamie dotychczasowe zasady. W jego rządzie są i politycy SLD, i dawni działacze „Solidarności”. Ludzie z banków i organizacji pozarządowych. Jego ekipa ma wiele twarzy.

MAREK BALICKI – minister zdrowia
Jego nominacja zaskoczyła wszystkich, bo senator Balicki był jedynym członkiem SdPl sprzeciwiającym się poparciu w Sejmie rządu Marka Belki. – Działalność publiczna zobowiązuje – tłumaczy swoją decyzję. – Byłem przeciw temu rządowi, chociaż podobały mi się program i podejście premiera Belki (np. zasada odpartyjnienia rządu). Jesteśmy też w sytuacji, kiedy nie można przyjmować postawy obserwatora czy cudotwórcy obiecującego rzeczy nierealne. Tu po prostu trzeba się zabrać za konkretną pracę.
Wszystko odbyło się błyskawicznie. W ciągu paru godzin, które upłynęły od telefonu premiera Belki, Balicki uzyskał zgodę partyjnego szefa, Marka Borowskiego, i otrzymał nominację z rąk prezydenta. – Pobiłem chyba rekord świata – mówi. Balicki chce po wakacjach przedstawić program działań rozpisanych na 12 miesięcy i mających poprawić sytuację w ochronie zdrowia.
Na pytanie, jaka jest różnica między stylem pracy rządu Millera a rządu Belki, odpowiada: – Nie chciałbym krytykować poprzedniego szefa, ale różnica jest kolosalna. Relacje z premierem Belką opierają się na zaufaniu. Belka szanuje decyzje swoich ministrów. To do mnie należy wskazanie kandydatów na wiceministrów. Belka zgadza się na wizję niepartyjnego spojrzenia na ministerstwo. Myślę, że to ogromna zaleta i siła tego rządu.
Podczas posiedzenia rządu Marek Balicki zapewne czuje się jak wśród dobrych znajomych. Ministra edukacji, Mirosława Sawickiego, zna prywatnie. Z uśmiechem mówi o wicepremier Izabeli Jarudze-Nowackiej i pełnomocniku ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, Magdalenie Środzie, które poznał, jeszcze gdy działał w „Solidarności”. W latach 1998-2001 Marek Balicki pracował w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego jako doradca ds. ochrony zdrowia. Z tych czasów zna obecnego ministra spraw wewnętrznych i administracji, Ryszarda Kalisza.

MAGDALENA ŚRODA – pełnomocnik ds. równego statusu kobiet i mężczyzn
Magdalena Środa, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego, jest doskonale znana w środowisku feministycznym, bo na rzecz kobiet i mniejszości seksualnych działa od lat. O prawa kobiet zaczynała walczyć jeszcze w ramach „Solidarności”, a później działając w Unii Wolności. Nigdy nie ukrywała też krytycznego stosunku do rządów SLD.
– Pomyślałam, że skoro wielokrotnie krytykowałam to, co się dzieje w polityce, teraz powinnam spróbować, jak sama się sprawdzę – tłumaczy powody, dla których dołączyła do ekipy Marka Belki. – Nie miałam wcześniej okazji pracować z Markiem Belką. Ale premier jest profesorem, a ja mam zaufanie do ludzi z tytułami naukowymi. Wiem, że na ten tytuł trzeba sporo pracować i mieć dużą wiedzę. Premier Belka jest profesorem ekonomii. To bardzo dobrze, bo oznacza, że ma wiedzę w dziedzinie, w której będzie podejmował decyzje. Polityka w takim wydaniu to nie tylko sztuka demagogii – dodaje.

MIROSŁAW GRONICKI – minister finansów
Doktor ekonomii Mirosław Gronicki (54 lata) zna premiera Belkę z czasów, gdy pracowali razem w Banku Millennium SA. Gronicki pracował wcześniej w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową. Ma spore doświadczenie międzynarodowe – pracował w Banku Światowym, ONZ, na Uniwersytecie Pensylwanii w Filadelfii, Uniwersytecie Karola w Pradze i na Uniwersytecie w Kitakyushu. Czy łatwo będzie mu przekonać premiera do swoich racji? – Ekonomista zawsze dogada się z ekonomistą. Kiedy nie byłem ministrem finansów, różnice zdań między mną a premierem zdarzały się częściej, teraz mamy wspólny cel – zaznacza.
Przy doborze najbliższych współpracowników premier dał mu wolną rękę. Teraz najważniejsze zadanie dla zespołu to opracowanie budżetu.
– Nie sądzę, aby ten rząd był – w potocznym rozumieniu – lewicowy. To znaczy, nie przyświeca mu idea – używając skrótów myślowych – lewicy zabierającej bogatym i oddającej biednym. Oczywiście, rząd bierze pod uwagę potrzeby najuboższych, ale przede wszystkim musi dać odpowiedź na pytanie, co zrobić, aby polska gospodarka była w dobrym stanie, bo wtedy wszystkim będzie lepiej – mówi minister Gronicki.

STANISŁAW STEC – sekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
Niewielu sekretarzy stanu jest działaczami SLD. Zasada, że sekretarzami stanu, a więc pracownikami merytorycznymi, nie mogą być posłowie, została uchylona w dosłownie paru przypadkach – np. Janusza Zemkego (MON) i Stanisława Steca.
– Jako sekretarz stanu jeszcze nie spotkałem się z kolegami z parlamentu, ale zapewne z ich strony będą oczekiwania, by rząd miał bardziej lewicowy charakter – przewiduje. On sam postrzega gabinet Belki jako rząd prezydencki, akceptowany przez większość polityków. – Apolityczny, ale uczulony na problemy społeczne – zaznacza.
Stanisław Stec, generalny inspektor kontroli skarbowej, przyszedł do resortu z konkretnymi pomysłami. Chce uczynić urzędy skarbowe bardziej przyjaznymi. Oczywiście, nie dla wszystkich. – Chciałbym, aby Polacy przestali się bać urzędów skarbowych. Jeśli podatnik nie robi świadomie błędów, krzywda mu się nie stanie. Zasada: zero tolerancji obowiązywać będzie jednak wobec oszustów podatkowych – przekonuje.
W planach są też prześwietlenie dochodów nieujawnionych i ściślejsza ewidencja obrotu gospodarczego. – Jak poszerzymy bazę podatkową, będziemy mogli pomyśleć o obniżeniu podatków – zapewnia.

ANDRZEJ JACASZEK – podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów
Do zespołu Ministerstwa Finansów dołączył też Andrzej Jacaszek. Minister Gronicki zaproponował mu stanowisko podsekretarza stanu odpowiedzialnego za sprawy związane z polityką finansową, analizami i statystyką oraz rachunkowością. Jacaszek (rocznik ’60) ma imponujące CV – był m.in. pełnomocnikiem zarządu i dyrektorem ds. sprzedaży i marketingu Grupy Agros Holding SA, wiceprezesem Zarządu TUiR Warta SA, prezesem Zarządu Powszechnego Towarzystwa Emerytalnego Norwich Union SA. Na początku swej kariery był specjalistą w Fundacji Gospodarczej NSZZ „Solidarność”. Ministra Gronickiego poznał w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową.Dlaczego, pracując w tak dochodowych i dobrze płacących firmach, zgodził się przejść na państwowy garnuszek? – Po wejściu do UE Polska znalazła się w szczególnej sytuacji. Nie wolno nam teraz spocząć na laurach, tym bardziej że według najnowszych danych jesteśmy najbiedniejszym państwem w Unii – tłumaczy i dodaje – Chciałem też sprawdzić, czy jednostka może mieć wpływ na to, co się dzieje w Polsce.
AGNIESZKA ODOROWICZ – sekretarz stanu w Ministerstwie Kultury
Znakomite wykształcenie to także wizytówka Agnieszki Odorowicz, Jej dzień pracy zaczyna się między godz. 8 a 9 i kończy się około 20. Od rana do wieczora wypełniony jest spotkaniami.
Nietypowo jak na Ministerstwo Kultury, Agnieszka Odorowicz jest absolwentką Wydziału Ekonomii Akademii Ekonomicznej w Krakowie. Belkę poznała właśnie dzięki ekonomii. – Od wielu lat podziwiam i szanuję pana prof. Marka Belkę jako znakomitego ekonomistę i stratega. Podziwiam dorobek naukowy i podzielam wiele poglądów pana premiera – zapewnia.
Niespełna 30-letnia pani minister ma na koncie liczne wyróżnienia za działalność na polu kultury, ze Srebrnym Krzyżem Zasługi na czele. Była wiceprezesem Stowarzyszenia Instytutu Sztuki w Krakowie, dyrektorem artystycznym Studenckiego Festiwalu Piosenki oraz Międzynarodowego Konkursu Współczesnej Muzyki Kameralnej im. K. Pendereckiego. W czerwcu 2003 r. minister kultury Waldemar Dąbrowski powołał ją na pełnomocnika ds. funduszy strukturalnych. Odorowicz zajmuje się więc przede wszystkim zdobywaniem dla resortu unijnych funduszy. Współtworzy także (pod kierunkiem naukowym rektora Akademii Ekonomicznej w Krakowie, prof. Ryszarda Borowieckiego) Narodową Strategię Rozwoju Kultury na lata 2004-2013.

Wydanie: 36/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy