Ekologiczna biurokracja

Raporty środowiskowe robi się nawet dla… cmentarzy

Niepostrzeżenie, a może niepostrzeżenie tylko dla mniej spostrzegawczych, komercjalizuje się i biurokratyzuje ochrona środowiska. Opłaty i kary są już od dawna głównym argumentem za ograniczeniem uciążliwości ekologicznych, lepsza pozycja konkurencyjna jest podstawową przyczyną wdrażania certyfikacji z serii ISO 14001, handlujemy śmieciami i odpadami niebezpiecznymi, niedługo będziemy sprzedawać i kupować emisję. Jednocześnie dobre papiery są lepsze od dobrej technologii, a interpretacja niekiedy zawikłanego prawa ważniejsza od rozpoznania ukrytego w łańcuchu przyczyn i skutków zagrożenia. Tak już będzie. Codzienna staranność o zachowanie środowiska we właściwym stanie wymaga przede wszystkim respektowania prawa i baczenia na koszty.

Prawo na papierze a prawo natury

Prawo dotykające sfery naturalnej, czyli niejako próbujące regulować to, co przyroda dawno wyregulowała, nie może antycypować zagrożeń dziś nierozpoznanych. Urzędnik przerzucając setki spraw, wpada w rutynę sprawdzania poprawności formalnej, nie mając czasu, a także chęci, na zastanowienie się nad zawikłanymi detalami, które niekiedy mogą więcej oznaczać dla środowiska niż wypełnienie ogólnie znanych i stosowanych ograniczeń.
Anglojęzyczny zapis środowiskowych reguł Unii Europejskiej na określenie administracji odpowiedzialnej za wprowadzanie i stosowanie prawa wspólnotowego używa zwrotu competent authority. Tłumacząc ten zwrot urzędowo, piszemy “właściwe organa”, myślimy jednak “kompetentne”. Tego nam z Unii najbardziej potrzeba. Niska kompetencja urzędników ochrony środowiska w Polsce jest smutną oczywistością wynikającą z mizerii ich statusu, możliwości edukacyjnych oraz liberalnego nadzoru.

Urzędnicze raporty najczęściej tylko nudzą

To, co jest raczej nieuniknione w przypadku urzędnika, nie może być jednak zwyczajem eksperta. Tymczasem przeglądając większość ocen z obojętnością, przerzucamy dziesiątki stron zapisanych tymi samymi co zwykle cytatami z ustaw, rozporządzeń i wytycznych, z coraz mniejszym szacunkiem patrzymy na plik wydruków powstałych według znanej zasady, że z jednej rzeczywistej informacji można, stosując kilka teoretycznych współczynników, uzyskać dowolną mnogość nowych, budzących respekt swą rachunkową dokładnością danych.
Kostnienie wzorców, nadmiar podstaw praktycznych i upraszczanie analiz wynika także z utrwalonego już ustawowego zapisu zawartości różnego rodzaju raportów środowiskowych. Obecnie poszczególne punkty tego swoistego spisu treści zna już każdy parający się ocenami i nawet bezwiednie sprawdza jakość opracowania, kontrolując wypełnienie punktów. Nawet takich, które w konkretnym przypadku nie mają zastosowania. Stąd analizy wpływu cmentarzy na klimat akustyczny i studia rozprzestrzeniania się zanieczyszczeń powietrza z najszczelniejszych nawet zbiorników. Z kolei najtrudniejszy do wypełnienia wymóg uwzględnienia oddziaływań na zdrowie doprowadził do ustalenia się akceptowanego standardu polegającego na wymienianiu możliwych dolegliwości zdrowotnych teoretycznie związanych ze zidentyfikowanymi uciążliwościami obiektu. Oczywiście, bez oceny prawdopodobieństwa oraz analizy rzeczywistych powiązań. Tu kłopot jest innego rodzaju – wymagania ustawowe zdecydowanie wykraczają poza możliwości jednostkowej oceny. Dawno już zwracaliśmy uwagę na potrzebę wprowadzenia czytelnej metodyki szacowania zagrożeń zdrowotnych. Byłaby to okazja do podwyższenia standardu tego aspektu w ocenach i jednocześnie urealnienia zakresu do możliwości. Podobną sprawą jest wymóg oceniania naturalnych i antropogennych trendów w środowisku otoczenia obiektu. Zadanie dla sporej grupy specjalistów na kilka lat. Znów potrzebne są szczegółowe rekomendacje.

Przerost formy nad treścią

Wracamy do przewodniej myśli tego tekstu. Rozszerzanie zakresu stosowalności procedur oceniania środowiskowych skutków przedsięwzięć przy rosnącej pozycji zarządzania środowiskiem w Polsce i w Europie musi prowadzić do unifikacji metod, wprowadzania wzorców postępowań, a także określania zawartości ekspertyz. Grozi to zauważalnym już przerostem formy nad treścią, ucieczką w legislacyjno-proceduralne niuanse, porzucaniem istoty, tzn. wykrywania możliwych negatywnych wpływów na środowisko. Nie ma na to formalnego sposobu. Weryfikatorem będą zawsze sumienia osób uczestniczących w rozszerzającej się obecnie procedurze: ekspertów, urzędników, projektantów, samorządów, różnych reprezentantów społeczeństwa. Można im podpowiedzieć, żeby szukali w ocenach autentycznych, związanych z konkretem ocenianego obiektu zagrożeń środowiska wraz z nietuzinkowymi propozycjami przeciwdziałania im. Mogą to być sprawy drobne, ale świadczące o owej wnikliwości. Jeden dobrze rozpoznany i wyeliminowany lub ograniczony niekorzystny ekologicznie skutek realizacji przedsięwzięcia jest ważniejszy niż cytowanie kilkudziesięciu ustaw i rozporządzeń.
Kiedy to wszystko się stanie, będzie można na nowo przetłumaczyć unijne competent authority.

 

Wydanie: 28/2003

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy