Eksperymenty prof. Religi

Eksperymenty prof. Religi

Kolejny minister zdrowia puszcza wodze fantazji, a rozwiązań systemowych jak nie było, tak nie ma

Miało być tak dobrze, a wyszło jak zawsze. Lekarze zastrajkowali, zrobili wokół siebie nieco szumu, kilku polityków udało przejęcie. I co? I nic. Bo tylko największy optymista jest w stanie uwierzyć, że z ostatnich pomysłów prof. Religi miałaby płynąć dla naszej służby zdrowia jakaś realna korzyść. Wzrost udziałów sektora zdrowia w PKB (z 3,9 do 5%), nowe, obowiązkowe ubezpieczenia od starości i dodatkowe dobrowolne opłaty dla tych, którzy chcą się leczyć w lepszych warunkach. To wszystko już było. Jednak żaden z tych cudownych pomysłów nigdy jeszcze nie doczekał się projektu ustawy. Także teraz widać gołym okiem, że propozycje ministra zdrowia będą musiały stawić czoła ostrej krytyce. Bo jakim cudem zlikwidują kolejki do specjalistów, jak podniosą płace w służbie zdrowia, jak poprawią jakość świadczonych usług i jak sprawią, by szpitale przestały być placówkami balansującymi na granicy bankructwa? Podczas szumnie zapowiadanej debaty na temat służby zdrowia te wątpliwości miały zostać rozwiane. Jednak już po raz drugi dyskusja została przesunięta. Tym razem ze względu na wizytę Benedykta XVI. Ponoć sprawy doczesne nie powinny kolidować z uduchowionym nastrojem papieskiej pielgrzymki.
I tak na debatę przyjdzie nam czekać przynajmniej do początku czerwca. Jednak trudno się spodziewać, by kontrowersyjne pomysły przekształciły się do tego czasu chociażby w projekty projektów ustaw. – Marzy mi się, by znalazły się pieniądze na nowoczesne procedury w Polsce jeszcze niestosowane, np. sztuczną skórę przy oparzeniach i roboty stosowane w kardiochirurgii – rozmyślał niedawno prof. Religa. I aż chce się powiedzieć, że pomarzyć dobra rzecz…

Pomysł zły i gorszy

Organizatorskie pomysły polityków zawsze mają dobrą i złą stronę. Dobrą – bo w teorii brzmią całkiem nieźle. Złą – bo zazwyczaj są niewykonalne. Głośne propozycje ministra Religi zakładają wzrost nakładów na służbę zdrowia o 15 mld zł w ciągu trzech lat. Taka suma powinna cieszyć. Pytanie tylko, skąd ją wziąć?
Po pierwsze, budżet. Finansowanie służby zdrowia miałoby wzrosnąć z 3,9% do 5% PKB rocznie. I jak ujął to sam minister, byłby to historyczny wzrost nakładów na opiekę zdrowotną. Oczywiście, można tu przytaczać argumenty, że jesteśmy w niechlubnym ogonie państw Unii wydających najmniej na świadczenia medyczne. Nasz budżet rządzi się jednak na razie własnymi prawami, a sam minister Religa niechętnie przyznaje, że w sprawie zwiększenia nakładów na opiekę zdrowotną nie do końca porozumiał się z wicepremier, minister finansów Zytą Gilowską.
Po drugie, prof. Religa wymyślił, że potrzebne jest nowe źródło dochodów. Chodzi tu o tzw. składkę pielęgnacyjną na leczenie osób starszych. Kosztowałaby nas ona 1,2% dochodu. Później, podobnie jak obecnie składkę zdrowotną, moglibyśmy ją odliczyć przy rocznym rozliczeniu podatkowym.
W ten sposób system opieki zdrowotnej dostałby zastrzyk czystej gotówki, rzędu 4 mld zł. Minister zapewnia, że nie ma tu mowy o grzebaniu w naszych dziurawych kieszeniach i prędzej straci na tym państwo. Pytanie więc, czy to argument za takim rozwiązaniem, czy przeciw?
I po trzecie to, co czekających tygodniami na przyjęcie do lekarza pacjentów najszybciej wyprowadzi z równowagi. Okazuje się, że regularne odprowadzanie składek ZUS to stanowczo za mało, zdaniem ministra, by liczyć na rzetelną i sprawną opiekę medyczną. Tok rozumowania prof. Religi jest następujący: pacjent miałby płacić 5 zł za wizytę u specjalisty i 10 zł za jeden dzień pobytu w szpitalu przez pierwszy tydzień. Od razu nasuwa się niepokojący wniosek, że podział na pacjentów równych i równiejszych pogłębiłby się jeszcze bardziej. W imię zasady: płacę, to mam, a reszta do kolejki! Oczywiście, szef resortu zdrowia uspokaja, że nie każdy musiałby płacić i że dodatkowe opłaty ominęłyby osoby po 65. roku życia, dzieci i młodzież do 18 lat, kobiety w ciąży, bezrobotnych i osoby na zasiłkach socjalnych. Czy takie zapewnienia jednak wystarczą i czy wprowadzenie w życie współpłatności nie byłoby wyłomem na drodze do wprowadzenia w pełni odpłatnej opieki zdrowotnej? Co gorsza, sam minister nie jest najwyraźniej w pełni przekonany do tego pomysłu. Mówił niedawno, że dotąd był zdecydowanym przeciwnikiem podobnych rozwiązań. A do zmiany decyzji skłoniły go niemilknące propozycje środowiska lekarskiego.
Prawda to, ale nie do końca. Wywołany do tablicy Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy podkreślił, że udział środków prywatnych, obok publicznych, rzeczywiście podreperuje budżet służby zdrowia (zastrzyk rzędu 500-600 mln w skali roku), jednak wprowadzenie współpłacenia bez rozwiązań systemowych to stanowczo za mało.
I jeszcze jedno: zdaniem prof. Religi, leczenie ofiar wypadków komunikacyjnych powinno iść z ubezpieczenia OC. Pomysł słuszny. Problem jednak w tym, że zgłaszali go już poprzednicy pana profesora. W 1999 r. wiceminister Anna Knysok z AWS i w 2001 r. minister Mariusz Łapiński z SLD. Jak widać, nic z tego nie wyszło…

Karawana idzie dalej…

Pomysły godne rzeczywistości. Albo raczej: jaka rzeczywistość, takie pomysły.
Przewodniczący klubu parlamentarnego PiS, Przemysław Gosiewski, podkreślał niedawno w rozmowie z dziennikarzami, że w poprzedniej kadencji jego partia opowiadała się przeciwko dodatkowej odpłatności pacjentów za usługi medyczne. Jego zdaniem, budżetowe finansowanie służby zdrowia jest \”systemem sprawniejszym\”. Na jakie poparcie może więc liczyć prof. Religa? Raczej skromne.
– Ilekroć pan minister będzie w stanie opodatkować swoich kolegów w rządzie, opodatkować ich resorty, czyli wykonać cięcia budżetowe i przesunąć te pieniądze na służbę zdrowia, to będziemy popierać z entuzjazmem – mówił lider Platformy Obywatelskiej, Jan Rokita. Zaraz jednak dodawał: – Ilekroć zamiast opodatkowywać ministrów, zamiast dokonywać cięć budżetowych będzie chciał albo 1,2 % naszych dochodów załapać w roku 2007, albo zmusić starszych ludzi, aby 5 zł wpłacali lekarzowi do ręki, to nasza odpowiedź brzmi „nie”.
Wtórowała mu rzeczniczka PO ds. zdrowia, Ewa Kopacz. Według niej, propozycja dopłacania lekarzom specjalistom jest równie zła, co niemoralna. – Może będziemy montować kasy fiskalne w gabinetach – pytała ironicznie, zastanawiając się, w jaki sposób pacjenci mieliby płacić specjalistom. Niemal w tym samym czasie, kiedy prof. Religa przedstawiał swoje pomysły, Zarząd Krajowy OZZL poinformował, że do strajkujących dotychczas 54 szpitali w województwach śląskim, łódzkim, mazowieckim, opolskim, pomorskim i lubelskim dołączyły kolejne dwa. Tym razem w Bychawie (Lubelskie) oraz Wojewódzki Szpital Psychiatryczny w Andrychowie (Małopolska). Padły zapowiedzi, że protest potrwa do czasu spełnienia żądań lekarzy. Czyli natychmiastowego wzrostu wynagrodzeń o 30%, stuprocentowej podwyżki w przyszłym roku i zwiększenia publicznych nakładów na ochronę zdrowia do wysokości co najmniej 6% PKB. Wyścig żądań i pomysłów w służbie zdrowia rozpoczął się więc na dobre. W rankingu nierealnych rozwiązań minimalnie prowadzi prof. Relig.

Wydanie: 21/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy