Dziewięć godzin na SOR-ze

Dziewięć godzin na SOR-ze

Czy SOR-y naprawdę muszą być zorganizowane w tak bałaganiarski sposób?

Prawa dłoń zaczyna wyglądać jak wyrośnięty bochen. To raczej nie jest stłuczenie. Dzwonię do przychodni. Długie 20 minut plumka melodyjka z filmu „Żądło”. Lubię ją, ale po 10. minucie mam ochotę rzucać komórką. Lekarz pierwszego kontaktu z miejsca informuje, że jeśli będę próbowała załatwić sprawę przez przychodnię, pochodzę ze złamaną ręką kilka dni, a chyba tego nie chcę. Każe natychmiast jechać na SOR. Jest czwartek, nie powinno być takiej kolejki jak w każdy poniedziałek.

Przed wejściem stoi kilka osób, sypie śnieg, jest zimno, tupiemy. Babcia, ledwo trzymając się na nogach, chodzi o balkoniku, ma planową wizytę. Na nerki. Połami płaszcza ściąga mokry puch. Jest z nią synowa. Prosi, żeby tę starą kobietę wpuścić do przedsionka – żołnierz, terytorials, zgadza się z wahaniem. W małym pomieszczeniu są już trzy osoby. Zaraz ktoś na niego huknie, bo od rana jest popłoch. Była kobieta z podejrzeniem covidu.

Bezradnie pytam marznących ludzi, co robić. Mam najprawdopodobniej złamaną rękę. – Niech pani zadzwoni domofonem.

Na przycisku obrzydliwy plaster, datuję jego pochodzenie na początek pandemii. Nawet nie chcę myśleć, co żyje na tym lepiącym się paskudztwie. Moja dłoń wygląda już naprawdę okazale, więc jakaś kobieta lituje się i wciska guzik. Pytam, gdzie się zgłosić ze złamaną ręką.

– A kiedy to się stało? – charczy domofon. Zgrzytam zębami, ale uprzejmie donoszę, że w nocy, jak brałam prysznic. Z tyłu głowy przemyka Teatrzyk Zielona Gęś Konstantego Gałczyńskiego i „Biurokrata na wakacjach”. Człowiek tonie, a on wypytuje o imię, nazwisko… Ci o okoliczności złamania pytają.

– Pani chwilę czeka – mówi domofon. No to potulnie czekam około 10 minut. Ale, kurczę, jest naprawdę zimno, nie pomaga dreptanie w tę i we w tę, nie pomaga nawet koncentrowanie się na kształtach śnieżynek. Lewą ręką sięgam do oblepionego przycisku.

– Czy nikt o mnie nie zapomniał? Bo stoję tutaj ze złamaną ręką, zimno jest.

– Pani zapuka w szklane drzwi, wpuści panią żołnierz.

Godz. 10.00

Terytorials uchyla drzwi. Ale tu znowu są trzy osoby. I na nowo opowiada o pani z podejrzeniem covidu. Szybko analizuję, czy bardziej opłaca mi się stanie na mrozie i śniegu, czy bycie w ciasnym przedsionku śmierdzącym resztkami jedzenia z kosza na śmieci. Wybieram smrodliwe ciepło. Jeżeli poranna pani rzeczywiście miała covid, to krąży on sobie jak panisko we wszystkich pomieszczeniach, a i tak pewnie czeka mnie kilkugodzinny pobyt na SOR-ze. Gnam do dystrybutora z płynem odkażającym, bo ten plaster na przycisku przecież…

Żołnierz bardzo przejęty rolą pomaga babciom w obsłudze telefonu komórkowego, bo dzwonią zaniepokojeni krewni, pomaga wypełniać dokumenty, sadza na wózek inwalidzki. Wreszcie celuje termometrem w moje czoło, na palec zakłada pulsoksymetr. – Uuu, dobrą ma pani saturację, dobrą.

I mnie cieszy taka paradna saturacja, bo, myślę sobie, może covidu jednak tak szybko nie złapię. Pędzę znów do dystrybutora płynu odkażającego, podtykam palec po pulsoksymetrze. Żołnierz zdziwiony, najwyraźniej ta procedura nie jest częsta.

Wreszcie mogę wejść na salę główną SOR-u. Uff, jestem ja i dwie babcie, do okienka rejestracji idziemy piorunem. Super. Ekstra.

No i siedzimy. Jedną godzinę, drugą. Babcie już dawno były u ratownika kwalifikującego wstępnie, a ja nic. Pytam długowłosą panią z okienka (że też nie boi się mieć tych włosów rozpuszczonych, covid przecież), czy nie zostałam przypadkiem zapomniana. Mam numerek 11., a właśnie 18. został poproszony. – Ortopeda ma jeszcze dwóch pacjentów, ale jak skończy, pójdzie szybko, góra godzina.

Tik-tak, minuty wloką się niemiłosiernie. Babcie przyjęte wraz ze mną również czekają: jedna potwornie kaszle, druga, skulona w tym swoim długim płaszczu do ziemi, czyta książkę, maleńkimi łykami popijając wodę. Idę do niej i pytam, czy nie powinna tej wody pić więcej, bo może źle się poczuć. Jakoś tak niewyraźnie wygląda.

– Dobrze się pani czuje?

– Tak, tak – i czyta dalej.

Godz. 14.00

Babcia bierze balkonik i drepce do toalety, zamiatając połami płaszcza brudną podłogę. Długo, długo jej nie ma. W tym czasie ortopeda z pewnością (pocieszam się) przyjmuje tych dwóch pacjentów.

Tik-tak, upływają kolejne minuty, oprócz mnie na ortopedę czeka pan skaczący na jednej nodze, jest pełen nadziei, tryska humorem. – Szybko pójdzie, nie? Bo tak nas mało.

Na pierwszym śniegu najprawdopodobniej złamał staw skokowy. Ale wkrótce już nas mało nie jest, ze 20 osób. W maseczkach przeważnie pod nosem. A dziewczyna obok wcale nie ma maseczki, za to twarz w kolorze sino-blado-żółtym. Siedzi skulona, wyskakuje do niej pielęgniarz.

– Pani założy maseczkę!

– Nie założę, bo będę wymiotować.

Terytorials pomaga dziadkowi i babci. Nowi wśród nas, zasiedziałych. Obydwoje w stanie nie najlepszym: ona ma coś na kształt ataku serca, on – drętwienie nogi, spod eleganckich spodni wystaje woreczek z moczem. Może cewnik się zapchał? Dziadek krzyczy: – O Jezu, o Jezu, pomocy, ja tu za chwilę umrę, kurwa, umrę.

Jest w końcu proszony do ratownika, nie wychodzi jak my, wkrótce jest proszona jego żona, też już nie wychodzi.

Tik-tak, na SOR-ze wlecze się czas. A internety informują, że Beata Kempa pisze list do Szanownego Pana Zbigniewa Ziobry. Kobiecina martwi się, że właśnie uroczyście oddaliśmy suwerenność pod rządy obcych państw, z uśmiechem, oprawą PR-ową i ku radości tych, którzy nigdy Polski nie mieli w sercu… Kempa, pisząc o sobie, używa liczby mnogiej: My, Jej Wysokość, Beata Kempa. Z listu pojęłam, że z Szanownym Panem Ziobrą sprawią, że nie będzie Niemiec ani inny Holender pluł nam w twarz. Niepocieszona jej stanem psychicznym pomyślałam, że fajnie by było, żeby wzięła jeden z tych plecaków dla dzieci z Aleppo, co to miały być pomocą, a gniją na jakimś strychu, i raz na zawsze zniknęła z życia Polaków.

Godz. 14.30

Tik-tak, tik-tak. Pan skacze na jednej nodze do personelu i wyraźnie już zniecierpliwiony (optymizm wyparował mniej więcej w drugiej godzinie czekania) pyta, co z ortopedą. – Uuu, jeszcze ze cztery godziny czekania, bo właśnie ortopedia ma cztery karetki na podjeździe…

No tak, dziś pierwszy śnieg, karetki zwożą połamańców.

Tik-tak, tik-tak. Pani bez maseczki coraz bardziej zielono-żółta, babcia czytająca książkę coraz bardziej przypomina kłębuszek, druga babcia coraz mocniej kaszle. Do ortopedy chce się szybko dostać (żartowniś) chłopak z zerwanym mięśniem. Pechowy zeskok z ciężarówki. Cierpi. Wspólnie podładowujemy telefony i googlujemy. Mateusz Morawiecki ogłasza na Fejsie, że odniósł w Unii Europejskiej podwójne zwycięstwo. W tym samym czasie Antoni Macierewicz powiada, że porozumienie z Unią jest bezprawiem i zamachem stanu. No to już głupia jestem. Nie wiem, czy to zwycięstwo, czy bezprawie i zamach stanu.

Moja ręka zaczyna naprawdę nieprzyjemnie pulsować bólem. Ortopedy ani widu, ani słychu. Na SOR ściągają kolejni kaszlący i prychający, kolejni zawodzący: pomocy! Niepokoi widok pani, której chce się wymiotować. Dla rozrywki obserwuję sypiący za oknem śnieg.

W tym czasie szpitalni konserwatorzy próbują naprawić jarzeniówki. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego w szpitalach musi być takie ohydne trupie światło jarzeniowe. Dwa plafony zdjęte, drabiny wokół nas. Konserwatorzy w strojach roboczych zwijają się, pani z odruchem wymiotnym też coraz mocniej się zwija. Babcia coraz bardziej kaszle, druga, ta w płaszczu, drzemie, oparta o blat stolika.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 1/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Filip Błażejowski/Forum

Wydanie: 1/2021

Kategorie: Kraj