Ocena niedostateczna

Ocena niedostateczna

Wstydliwe wpadki Anny Zalewskiej

– Nie będziemy mówić o szczegółach, bo istnieje niebezpieczeństwo dowolnego interpretowania każdego słowa – obwieściła minister Anna Zalewska już na początku posiedzenia sejmowej Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży, które odbyło się w pierwszych dniach nowego roku szkolnego. – Jak nauczyciel mówi państwu, że czegoś nie wie, to proszę dzwonić do dyrektora. Nauczyciele i samorządy znają już cały harmonogram zmian.
Ponad dwa miesiące po prezentacji zmian w oświacie minister Anna Zalewska nie chciała rozmawiać o konkretnych problemach, np. wynikających z likwidacji gimnazjów. Nie ma ustawy, podstaw programowych, jest natomiast parę kartek ogólników – takie opinie można było usłyszeć. Za dwa miesiące minie rok, odkąd objęła urząd, zapowiadając rewolucję w systemie edukacji.
Wypowiedź pani minister rozgrzała fora internetowe: „Po pierwsze, to pani minister posługuje się fatalną polszczyzną (»jak nauczyciel mówi państwu«), po drugie, po prostu kłamie. W szkołach znamy jej bardzo ogólnikowe pismo, nie mamy rozporządzenia, szczegółowego harmonogramu, przepisów zapisanych w Dzienniku Ustaw. A tylko na takiej podstawie może pracować szkoła, na pewno nie na podstawie jakichś mglistych zapewnień i deklaracji. Tak więc przykro to mówić – ta pani po prostu kłamie”.

Jestem za, a nawet przeciw

Punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia – tak można podsumować ewolucję poglądów minister Anny Zalewskiej na temat gimnazjów.
W interpelacji do minister edukacji narodowej Krystyny Szumilas (lipiec 2013 r.) protestowała przeciwko kumulowaniu pod jednym dachem uczniów ze szkoły podstawowej i z gimnazjum. „Skoncentrowanie w jednej placówce dzieci i młodzieży prowadzić będzie nie tylko do »przeludnienia« szkół, ale co więcej, prowadzić będzie do wzrostu zachowań agresywnych, szerzenia się w szkołach przemocy oraz innych patologicznych zjawisk (narkomania, alkoholizm)”.
Niewiele ponad dwa lata później jako świeżo upieczona szefowa resortu edukacji uzasadniała konieczność likwidacji gimnazjów i przesunięcie uczniów dwóch klas gimnazjalnych do szkoły podstawowej: – Będziemy wygaszać gimnazja. Chcemy wychowywać młodego człowieka. Patrzymy na 13-, 14-latka jako na osobę, która opiekuje się młodszymi.
W tym miejscu przypomina się jeszcze jedna interesująca koncepcja, którą minister Zalewska przedstawiła pod koniec czerwca w Toruniu na konferencji podsumowującej ogólnopolską debatę o edukacji „Uczeń. Rodzic. Nauczyciel – dobra zmiana”. Zgłosiła propozycję obowiązkowego wolontariatu: – Wolontariat ma być nauką odpowiedzialności za siebie i drugiego człowieka. To nie tylko akcje charytatywne. Wolontariat to też robienie zakupów sąsiadce.
Obowiązkowy wolontariat, ciekawa figura retoryczna znana poetom, np. zimny ogień lub gorący lód. Najwidoczniej na tym polega poezja wprowadzanych reform. A może eksperci zatrudnieni przez MEN opracowaliby taką grę edukacyjną: szukamy pokemona wolontariusza?
Jednak w każdej kampanii propagandowej wypalają się argumenty nadmiernie eksploatowane i najwyraźniej ograły się te o wadach gimnazjum. W liście skierowanym pod koniec lipca do samorządowców pani minister pisze: „Pragnę podkreślić, że główną przyczyną projektowanych zmian w strukturze jest diagnoza obecnego stanu liceów. Warto zauważyć, że 26 z 37 rektorów szkół wyższych wyraziło negatywną ocenę przygotowania absolwentów szkół ponadgimnazjalnych do podjęcia studiów”.

Gra półsłówek

Rozmiękczanie wyborczych zapowiedzi, gdy przyszedł czas na pokazywanie konkretów dotyczących reformy systemu edukacji – tak można zdefiniować retorykę pani minister. Podczas kampanii wyborczej medialni politycy PiS, powołując się na program swojej partii, powtarzali: musi nastąpić likwidacja gimnazjów, i to jak najszybciej. Prof. Piotr Gliński, szef rady programowej PiS, mówił nawet, że można je zlikwidować już od września 2016 r. Natomiast tuż po objęciu urzędu, pod koniec 2015 r., Anna Zalewska podczas spotkania z dziennikarzami w Sejmie złagodziła ton tych zapowiedzi i zapewniła, że „uczniowie nie zauważą likwidacji gimnazjów, żaden nauczyciel nie zostanie zwolniony, a szkoły nie zostaną zamknięte”. Wraz z narastającymi protestami środowisk nauczycielskich i coraz częściej pojawiającymi się krytycznymi opiniami ekspertów oświatowych zaczęto wprowadzać do obiegu słowo wygaszanie – zamiast likwidacja.
W sierpniu Związek Nauczycielstwa Polskiego przedstawił szacunki, z których wynika, że zagrożone będą etaty co najmniej 37 tys. nauczycieli gimnazjów, a wypowiedzenia otrzymają dyrektorzy 7,5 tys. placówek. ZNP w ubiegłym roku przeprowadził ankietę wśród ponad 71 tys. nauczycieli gimnazjalnych – 82% uważa, że nie znajdzie pracy w zawodzie nauczyciela, jeśli ich szkoły zostaną zlikwidowane. Dziś szefowa MEN nie upiera się, że nie będzie zwolnień, ale podkreśliła: nie ma zagrożenia zwolnieniami nauczycieli w związku z reformą – będą one wynikały z niżu demograficznego. Tymczasem likwidacja, czy też wygaszanie, gimnazjów oznacza w praktyce, że duża część nauczycieli z tych szkół po prostu nie znajdzie pracy w podstawówkach lub w liceach, w których ich koledzy i koleżanki mają nadgodziny.
Zgodnie z zapowiedziami reformatorów oświaty gimnazja miały być wygaszane i zniknąć z edukacyjnej mapy kraju w ciągu trzech lat. Jednak nie uwzględniono faktu brzemiennego w skutki. Od 2017 r. gimnazja, które funkcjonują samodzielnie – a stanowią one 40% wszystkich gimnazjów – muszą się połączyć ze szkołami podstawowymi. Szkopuł w tym, że duża część tych placówek korzysta z pieniędzy, które pozyskały z programów unijnych, i wymóg jest taki, że gimnazja te muszą prowadzić działalność edukacyjną co najmniej przez pięć lat. Ale z każdej sytuacji można wybrnąć i wpadkę przerobić na sukces. Ogłoszono, że – w wyniku konsultacji oraz wychodząc naprzeciw oczekiwaniom środowiska – do pięciu lat przedłużono okres przejściowy dla tych gimnazjów.
I jeszcze jeden przykład braku wyobraźni, a może niekompetencji oświatowych reformatorów. Otóż w pierwszej klasie nowego, czteroletniego liceum spotkają się w roku 2019 dwa roczniki uczniów – 2003 i 2004. Razem to aż 726 tys. dzieci, a nie jak dotąd ok. 350 tys. Największy problem dotyczy szkół prestiżowych, w których dotąd co roku uruchamiano np. po sześć równoległych klas. W 2019 r. potrzeba by ich dwa razy więcej. I jak to się ma do zapewnień minister Zalewskiej, że wygaszanie gimnazjów będzie przebiegać tak, „by rodzice i uczniowie tego procesu nie zauważyli”?

Nauka ręcznego sterowania

Rezygnacja z utworzenia szkół powszechnych jest jeszcze jednym przykładem nie tylko na to, jak wycofywać się rakiem z zapowiadanych zmian. Pokazuje też, w jaki sposób cele polityczne mogą zdominować kalkulację ekonomiczną. Zgodnie z założeniami reformy w miejsce podstawówek miały powstać ośmioletnie szkoły powszechne. I tak naprawdę nie bardzo było wiadomo, o co chodzi. Jednakże ta pozornie kosmetyczna zmiana oznaczałaby w praktyce obciążenie samorządów milionowymi kosztami związanymi m.in. z wymianą tablic na budynkach, pieczęci urzędowych, dokumentów czy sztandarów. Ale to i tak byłby tylko ułamek kosztów – taka zmiana wymaga uchwały rady gminy o likwidacji szkoły podstawowej. Z kolei to oznacza, że gmina będzie musiała wypłacić każdemu nauczycielowi odprawę z tytułu likwidacji zakładu pracy, a każdy zwolniony nauczyciel mający pełne uprawnienia może liczyć na sześciomiesięczną odprawę. Jeżeli dodatkowo ma uprawnienia emerytalne, samorząd będzie musiał wypłacić równowartość ośmiu pensji. Ponadto w opinii Związku Nauczycielstwa Polskiego ta „kosmetyczna” zmiana oznaczałaby wymianę ponad 12 tys. dyrektorów podstawówek, nowy typ szkoły wymaga bowiem konkursu na nowego dyrektora. Natomiast w ocenie kandydatów na nowych dyrektorów wiodący głos będą mieli nowi kuratorzy. MEN błyskawicznie obsadziło stanowiska nowymi ludźmi – z których większość to lokalni działacze PiS lub nauczycielskiej Solidarności – dając im jeszcze większe kompetencje. Zwolniono też dyrektora Ośrodka Rozwoju Edukacji, a to tam są olbrzymie fundusze unijne na e-podręczniki i kształcenie nauczycieli. Na dodatek kuratorom przyznano zwiększone kompetencje.
A wszystko to w jakim celu? Trzeba być naiwnym, by się nie domyślić intencji – planowana reforma oświaty wymaga „swoich” ludzi, chociażby po to, żeby pilnowali realizacji zmienionej podstawy programowej, która przewiduje nowe przedmioty, takie jak wychowanie patriotyczne. Łatwiej też będzie sterować innymi treściami nauczania, np. na lekcjach wychowania do życia w rodzinie, tak aby przebiegały zgodnie z jedynie słuszną linią moralną. Pani minister zapowiedziała: – Nie wpuszczę seksedukatorów do szkół. Zewnętrzne zespoły są zagrożeniem dla dzieci, bo ich nie znają. Mogą im tylko zaszkodzić. Trzeba szanować intymność młodych ludzi. Poza tym wychowanie jest po stronie rodziców. To rodzic jest najważniejszy.
Kto lepiej tego dopilnuje niż zaufani dyrektorzy? Ewentualnie kto inny bardziej zadba, by jak najwięcej uczniów poszło na „Smoleńsk”? Przecież nie może być podejrzeń, że w grę wchodzi ręczne sterowanie procesem wychowania. „Jeśli chodzi o film »Smoleńsk« i każdy film – to autonomiczna decyzja dyrektora, nauczycieli, uwaga: rodziców – bo o nich zapominaliśmy, ja o nich cały czas przypominam. Tak brzmią zapisy prawne, w związku z tym to oni zdecydują. Ja tylko powiedziałam, że warto oglądnąć”, pani minister stwierdziła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej.”
Oczywiście proponowane są także zmiany, które można by uznać za słuszne. Na przykład w ubiegłym roku internet rozgrzała sprawa maturzystki Kingi Jasiewicz, która przed sądem walczyła o weryfikację oceny egzaminu maturalnego z biologii. Była przekonana, że otrzymała za mało punktów i z tego powodu nie dostała się na wymarzone dzienne studia stomatologiczne. Sąd pozew oddalił. Konieczność zmian tak uzasadniał Mirosław Sanek, szef gabinetu politycznego minister Zalewskiej: – Brak procedury odwoławczej od wyniku matury jest bardzo niebezpieczny i pani minister nie ma najmniejszych wątpliwości, że należy to zmienić. Ludzie wchodzący w dorosłość na starcie przekonują się, że jednostka nie ma szans w zderzeniu z urzędem. Mówimy o wychowaniu społeczeństwa obywatelskiego, a jednocześnie wysyłamy komunikat młodym: nie pytać, nie dyskutować, nie jesteście pełnoprawnymi obywatelami, którym damy prawo do walki o własne racje.
Warto tylko dodać, że w cieniu całej sprawy jest taki oto fakt: dwa lata temu maturę z biologii pisała córka Anny Zalewskiej. Jak informowała prasa, „po konsultacjach z niezależnymi ekspertami zakwestionowała ocenę swoich odpowiedzi na 14 pytań. Wrocławska Okręgowa Komisja Egzaminacyjna była nieugięta. By dostać się na medycynę, dziewczyna musiała ponownie napisać maturę za rok”.

Na pierwszej linii frontu

Minister Zalewska ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Wrocławskim, podyplomowe studia z zakresu ekologii oraz zarządzania oświatą. Była nauczycielką, następnie wicedyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Świebodzicach. Karierę polityczną rozpoczęła kilkanaście lat temu, w latach 2002-2007 zasiadała w radzie powiatu świdnickiego, gdzie była również wicestarostą. Jej samorządowa działalność nie zawsze była pozytywnie oceniana zarówno przez lokalne media, jak i partyjnych kolegów.
Portal Świebodzice.naszemiasto.pl w listopadzie 2010 r. pisał pod znamiennym tytułem „Mąż, brat i córka, czyli rodzina na listach wyborczych”: „Na listach wyborczych w regionie znalazły się całe rodziny albo też namaszczeni przez lokalnych posłów i polityków mężowie lub żony. W Świebodzicach na liście PiS do rady powiatu jest mąż posłanki PiS z tego miasta Anny Zalewskiej, a jej brat Marek Gąsior jest jedynką PiS na liście do rady miasta”. Po wyborach samorządowych lokalni działacze partii zarzucali jej nepotyzm, m.in. członkowie PiS z Kotliny Kłodzkiej, którzy napisali skargę do prezesa Kaczyńskiego, zarzucając „tolerowanie nieobyczajnego zachowania w partii i usuwanie z PiS tych, którzy się jej przeciwstawiają”.
Początkowo związana była z Unią Wolności, potem zmieniła barwy polityczne i w 2005 r. wystartowała w wyborach parlamentarnych z list PiS. Mandatu nie zdobyła, udało się za to w 2007 r. PiS wystawiło ją również dwukrotnie w wyborach do Parlamentu Europejskiego, lecz ani w 2009, ani w 2014 r. nie zdobyła biletu do Brukseli.
Jak pisała „Gazeta Wyborcza” (9 listopada 2015 r.), „Zalewska przed ostatnimi wyborami nie miała najlepszych notowań wśród partyjnych kolegów. Mówi się o niej, że »rządzi silną ręką«. Ale nie to było problemem. Lokalni działacze nie chcieli, by została liderem wałbrzyskiej listy PiS do Sejmu, i poskarżyli się na nią do władz krajowych PiS. Zarzucili jej m.in. nepotyzm, przypominając, że w ubiegłorocznych wyborach samorządowych Zalewska bez zgody lokalnych struktur partii na pierwszym miejscu listy do Rady Powiatu w Świebodzicach umieściła swojego męża. »Nie może być tak, że takie osoby jak pani Anna Zalewska reprezentują nas, sympatyków tej partii, w wyborach do parlamentu RP«”.
Powierzenie jej stanowiska szefowej MEN było sporą niespodzianką, na parlamentarnej giełdzie bowiem mówiło się o stanowisku wiceministra w resorcie zdrowia, co bardziej uzasadniała jej poselska aktywność – od 2011 r. była członkiem Komisji ds. Unii Europejskiej oraz Komisji Zdrowia. Obserwując samodzielnie przez nią złożone w tych latach interpelacje, którym nadano bieg, można dojść do wniosku, że w Sejmie niespecjalnie interesowała się problemami edukacji – tylko dwie adresowane były do MEN. W 2013 r. wspomniana „Interpelacja nr 19996 w sprawie zmian w polskim systemie oświatowym wobec planowanych masowych zwolnień kadry pedagogicznej”, w której m.in. przestrzegała przed łączeniem uczniów gimnazjum i szkół podstawowych w jednej placówce. W 2014 r. „Interpelacja nr 27269 w sprawie wyeliminowania z treści ogólnopolskiego podręcznika szkolnego dla dzieci przygotowywanego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej nazwy: Święta Bożego Narodzenia”. Posłanka pytała: „Czy w toku prac nad podręcznikiem na zespół redakcyjny wywierane były naciski ze środowisk skrajnie lewicowych lub deklarujących poparcie dla ideologii gender albo innych jeszcze lobby, co doprowadziło do usunięcia nazwy świąt Bożego Narodzenia z treści wskazanego podręcznika?”. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że akcja zakończyła się sukcesem, do podręcznika wprowadzono nazwę świąt.
Spośród złożonych interpelacji uwagę zwracają dwie z końca minionej kadencji Sejmu – dotyczyły „złotego pociągu” ukrytego w okolicach Wałbrzycha. Zalewska pytała ówczesnych ministrów spraw wewnętrznych oraz kultury i dziedzictwa narodowego: „Czy podległe Ministrowi służby podjęły działania polegające na przeciwdziałaniu wykorzystaniu ewentualnej zawartości znaleziska w postaci broni i amunicji przeciwko bezpieczeństwu Państwa Polskiego i jego Obywateli – w szczególności ze strony ugrupowań terrorystycznych lub służb specjalnych państw pozostających poza strukturami NATO? Czy Ministerstwo jest w stanie jednoznacznie ocenić prawdopodobieństwo istnienia przedmiotowego znaleziska?”.
W świetle poselskiej działalności Anny Zalewskiej w minionej kadencji nieodparcie nasuwa się więc pytanie, które oczywiście można uznać za naiwne: jakie kwalifikacje zadecydowały o powierzeniu jej stanowiska ministra edukacji? Może zatem warto sięgnąć do dorobku z lat wcześniejszych? Jako przedstawicielka PiS (wraz z Wojciechem Szaramą) uczestniczyła w pracach sejmowej komisji śledczej wyjaśniającej okoliczności śmierci posłanki SLD Barbary Blidy. Z wnioskami raportu nie zgodziła się razem z Szaramą – określili je mianem skandalicznych i nieopartych na faktach. Zgłosili wówczas 160-stronicowe zdanie odrębne do raportu.
W poprzedniej kadencji Sejmu reprezentowała Klub Parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość podczas odwoływania ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Przedstawiała również stanowisko PiS w sprawie nieudzielenia wotum zaufania premier Ewie Kopacz.
– Naprawdę jestem odpowiedzialna. Ja myślałam, że zapracowałam na wiarygodność. Dlatego, że i sześciolatki w szkole, i subwencja dla sześciolatka, i brak testu po szóstej klasie, i pieniądze dla samorządowców, i arbitraż dla maturzystów, i prawie 50% mniej biurokracji, i pierwsza w Polsce debata, na której cały czas mówiłam: w połowie września ustawa – oceniała swoją pracę na antenie RMF FM.


Do czego zmierza minister Zalewska?

Krystyna Łybacka,
była minister edukacji, europosłanka, SLD
To, co zapowiada pani minister Zalewska, nie jest reformą. Reforma musi być przemyślana i mieć określony cel. Na razie go nie wytyczono. Jest rzeczą paradoksalną, że likwidować gimnazja chce władza, która w zasadzie je ustanowiła. Bo przecież dawna AWS to obecne PO i PiS. Minister występuje więc niejako przeciw własnemu prezesowi, który wówczas głosował za reformą. Przypominam, że SLD, w tym ja, był krytyczny wobec powoływania gimnazjów. Uważaliśmy, że w newralgicznym momencie rozwoju dziecka nie można go przenosić do zupełnie nowego środowiska, bo to może spowodować poważne problemy wychowawcze. W przypadku gimnazjów zbyt szybko też następowała selekcja na uczniów zdolnych i mniej zdolnych. To determinowało późniejsze wykształcenie. Krytycyzm jednak nie oznacza zgody na rewolucję. Edukacja nie ma barw politycznych. Jeśli chce się wprowadzać w niej zmiany, powinno się zebrać fachowców, podsumować to, co dotychczas osiągnięto, i przemyśleć nowe cele. Minister Zalewska tego nie zrobiła. Efekt jest taki, że kolejnymi zapowiedziami zaskoczone są samorządy, będące przecież partnerami w prowadzeniu szkół. To samorządy muszą zapewnić odpowiednie warunki dzieciom.
Minister mówi, że wszystko konsultowała, ale nie bardzo wiadomo z kim. Jeśli dokonujemy zmian, to nie struktura jest najważniejsza, ale program. Strukturę dobiera się do jego realizacji. Programu na razie nie znamy, a struktura opiera się na zapowiedziach. Wszystko wprowadza się szybko, chociaż powinien to być proces długotrwały. Tempo zmian i brak celu budzą poważne zastrzeżenia. W efekcie podejmuje się błędne decyzje, tak jak w przypadku sześciolatków, które odesłano do przedszkoli. Przy okazji wydłużono nauczanie zintegrowane, przez co dzieci dwa lata później zaczną się uczyć konkretnych przedmiotów. Dla mnie to infantylizacja polskiej szkoły. Obecnie dzieci dojrzewają szybciej niż kilkadziesiąt lat temu. Niestety, minister jednego dnia mówi jedno, a następnego drugie. Na razie nie ma projektu aktu prawnego zmian w edukacji ani projektu nowego programu. Nie wiemy, do czego minister Zalewska zmierza.

Sławomir Broniarz,
prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego
Formalnie, z samego faktu bycia ministrem, pani Zalewska oczywiście ma kompetencje do tego, aby zajmować się sprawami edukacji. Gorzej jednak, kiedy odnosimy się do tego, czy pani minister jest przygotowana merytorycznie i czy ma potencjał pozwalający jej na podejmowanie i realizowanie działań w zakresie edukacji. W tym przypadku mam poważne wątpliwości. I mówię to na podstawie obserwacji dotychczasowych zdarzeń. Weźmy chociażby tzw. godziny karciane. Pani minister albo oszukuje środowisko nauczycielskie, albo nie rozumie materii prawa oświatowego. Konsekwencje miało również szybkie wycofanie się z dyskusji o tzw. szkole powszechnej. To pokazuje, że pani minister powoduje chaos w edukacji. Nie panuje nad zadaniem, którego się podjęła. Może też dlatego, że po prostu nie ma na kim się oprzeć. Rzuciła się na głęboką wodę, nie zadając sobie pytania, czy w ogóle potrafi pływać. Jako nauczyciel wolałbym już, żeby minister edukacji, korzystając z gruntownej wiedzy i znajomości materii, manewrował nauczycielami, niżby nie miał żadnej wiedzy na temat zagadnień, których modernizacji się podejmuje.

Magdalena Milczewska,
Fundacja „Przestrzeń dla Edukacji”
W naszej fundacji, w związku z planowanymi zmianami w oświacie, zadajemy sobie pytanie, o jaką szkołę walczymy. Przedstawiciele ministerstwa ciągle podkreślają, że chcą zbudować nowoczesną szkołę. Przy tej okazji na prezentacjach najczęściej pokazują interaktywne tablice, klasy z dostępem do internetu oraz e-zasoby. Pamiętajmy jednak, że to tylko narzędzia. A jakie są cele? Jaki model edukacji chcemy wprowadzić? Anglosaski czy skandynawski, ku któremu skłaniamy się w fundacji? A może chcemy zbudować własny, polski model? Nieznane są także długofalowe cele proponowanych zmian. Na razie widzę zaledwie reformę strukturalną. Aspekty merytoryczne cały czas są jedynie sloganami. Obawiam się, że koncepcja zmian w edukacji nie jest jeszcze doprecyzowana. Nikt nic nie wie. To przeraża najbardziej. Trudno ocenić kompetencje samej minister Zalewskiej. Nie chodzi o to, że stanowisko ministra edukacji narodowej powinien piastować wyłącznie wybitny ekspert. Ważne, aby osoba na tym stanowisku potrafiła zebrać odpowiedni zespół doradców. Jednak z pewnością pani minister nie powinna popełniać podstawowych błędów, takich jak mylenie programu z podstawą programową.

Waldemar Witkowski,
przewodniczący Unii Pracy
Kiedy usłyszałem wypowiedzi pani minister Zalewskiej na temat Jedwabnego, straciłem wobec niej wszelkie złudzenia. Wolałbym, żeby ministrem edukacji narodowej była osoba, której zależy na tym, aby uczyć dzieci prawdy, a nie czegoś, co jest z nią sprzeczne. Przypominam, że Unia Pracy sprzeciwiała się powoływaniu powiatów oraz gimnazjów, które często były tworzone w sztuczny sposób. Podstawówka i gimnazjum mieściły się np. w jednym budynku i oddzielała je krata. Uważamy, że odwrócenie tych złych zmian jest możliwe. Ale edukacja nie potrzebuje zmian rewolucyjnych. Wszelkie reformy powinny być przeprowadzane z dużą rozwagą. Błędem była decyzja minister Zalewskiej o powrocie sześciolatków do przedszkoli. Dzieci w tym wieku są dużo bardziej rozwinięte niż w przeszłości. Zrobiono krzywdę zarówno im, jak i całemu systemowi oświaty. To miało konsekwencje dla wielu rodziców, którzy nie mogli umieścić dzieci w przedszkolach, bo nie było w nich miejsc.
Not. Wiktor Raczkowski

Wydanie: 37/2016

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy