PiS: miło już było

PiS: miło już było

100 dni Morawieckiego to klęska. A teraz przychodzi czas wewnętrznych wojen

Na prawicy rozlewa się defetyzm. „PiS ucieka w politykę zastępczą i wygląda to na początek równi pochyłej” – to Rafał Ziemkiewicz w tygodniku „Do Rzeczy”. „PiS przestał narzucać polityczną narrację i skupił się na gaszeniu pożarów. Mateusz Morawiecki nie ma zbyt wielu powodów do radości z okazji studniówki swego premierostwa. Wielu polityków obozu PiS w wewnętrznych rozmowach coraz częściej pyta: Z czyjej winy aż tyle rzeczy idzie nie tak?” – to z kolei Piotr Semka, w tym samym tygodniku.

Winnego wskazuje Tomasz Sakiewicz, redaktor naczelny „Gazety Polskiej”. To pisowski prezydent Andrzej Duda. „Duda miał szansę na to, by zapracować na schedę po Kaczyńskim. Po dwóch kadencjach prezydenckich mógłby stać się prawdziwym liderem tej formacji. Okazał się jednak wielkim rozczarowaniem”. Z kolei Michał Karnowski z tygodnika „Sieci Prawdy” jako kłopot obecnej władzy wskazuje ustawę o IPN i proponuje szybkie wycofanie się z niej. „Jakaś forma wyjścia z ustawy jest nieunikniona – mówi. – Owszem, to jest trudne, ale lepsze niż dalsze pogarszanie sytuacji. Opozycja nazwie to kapitulacją, ale to po prostu racjonalna polityka”.

I jeszcze jeden cytat: „Nie ma co ukrywać – to nie jest najlepszy czas dla partii rządzącej. Ba, ostatnie trzy miesiące to na wielu płaszczyznach zwyczajna katastrofa”. Tak zaczyna się wpis na portalu Salon24 zatytułowany „Alarm dla PiS. Czas wziąć się do pracy, bo skończycie jak Platforma Obywatelska”, a reklamowany czerwonym paskiem „Nie przegap”.

Katastrofa co drugi dzień

Nic więc dziwnego, że PiS 100 dni premiera Morawieckiego świętowało minorowo. Nikt nie mówił o sukcesach, trzymano się tezy, że premier trafił na trudny czas i się rozpędza.

No bo trudno mówić o sukcesach, jeżeli każdy tydzień przynosił katastrofę. Katastrofą była ustawa o IPN i związane z nią wypowiedzi premiera, że Żydzi też są współodpowiedzialni za Holokaust, a w roku 1968 Polski nie było. Katastrofą były kwiaty na grobach Brygady Świętokrzyskiej. Katastrofą okazały się stosunki z USA, bo premier i prezydent są w Białym Domu persona non grata. Katastrofą są nagrody, które wypłacił sobie rząd Beaty Szydło, w sumie 1,5 mln zł, a których wysokość została ujawniona. Wcześniej Morawiecki zdążył ujawnić swoje marzenie o rechrystianizacji Europy. A także pogląd, że przemoc „pojawia się częściej w związkach nieformalnych, a nie tych usankcjonowanych prawnie”. Miał być technokrata, wyszedł gawędziarz u cioci na imieninach.

Ta seria musiała zrobić w PiS wrażenie, więc sięgnięto po „fachowców”. Do kancelarii premiera wrócił duet specjalistów od PR, Piotr Matczuk i Anna Plakwicz. To ich spółka Solvere zajmowała się kampanią „Sprawiedliwe sądy”, zleconą przez Polską Fundację Narodową. Billboardy, strona internetowa i opowieści, że jakiś sędzia ukradł kiedyś kiełbasę, to ich robota. Jeszcze ciekawsza jest cena tego propagandowego szajsu. Według oficjalnej informacji podanej przez PFN firma Matczuka i Plakwicz miała zarobić na kampanii billboardowej 240 tys. zł. Ale oprócz tego, jak podał portal Onet.pl, Solvere wystawiła PFN cztery faktury: za badania socjologiczne na kwotę 44 987,69 zł, za promowanie treści internetowych na kwotę 246 000 zł, za produkcję TV, VoD i viral na kwotę 615 000 zł i za druk broszury na kwotę 285 360 zł. Czyli na 1 192 337,69 zł.

Te sumy kompromitują i Polską Fundację Narodową, i firmę Solvere. Tę pierwszą dlatego, że tak lekko traktuje publiczne pieniądze, tę drugą – bo nie zna umiaru. I teraz tacy rycerze mają bronić wizerunku premiera…

Skracanie frontów

Innym pomysłem na ratowanie notowań Morawieckiego jest skracanie frontów. W Sejmie pojawiło się kilka projektów nowelizacji. Dotyczą one m.in. ustawy o ustroju sądów powszechnych, o Sądzie Najwyższym, a także o trybie postępowania przed Trybunałem Konstytucyjnym i statusie sędziów TK. Politycy PiS oficjalnie mówili, że te projekty to krok w kierunku spełnienia oczekiwań Komisji Europejskiej. Wcześniej sejmowa Komisja Polityki Społecznej i Rodziny przesunęła na nieokreśloną przyszłość obrady nad społecznym projektem całkowitego zakazu aborcji. Rządzący potwierdzają też, że są zdecydowani na wycofanie się z niektórych zapisów ustawy o IPN. Na dno szuflady trafiły pomysł repolonizacji mediów i ustawa o pracowniczych programach kapitałowych. A także projekt ustawy o zbiórkach publicznych, uderzający w organizacje pozarządowe, przede wszystkim w Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

Czy to skracanie frontów da Mateuszowi Morawieckiemu konieczny oddech? Trudno przypuszczać, bo już na prawicowych portalach pojawiły się głosy rozczarowanych, że to kapitulacja (przed Angelą Merkel) i zdrada. Ten odwrót nie ujdzie mu więc na sucho. Poza tym polityka w PiS coraz bardziej zależy od wojen wewnętrznych, na które i Mateusz Morawiecki, i Jarosław Kaczyński mają coraz mniejszy wpływ.

Operacja Antoni

Można wręcz odnieść wrażenie, że najważniejsza bitwa personalna na prawicy, czyli wypchnięcie Antoniego Macierewicza z rządu, tak zmęczyła Jarosława Kaczyńskiego, że do dziś nie może dojść do siebie. Z perspektywy paru miesięcy widać bowiem, jaka to była skomplikowana operacja.

Najpierw mówiono o rekonstrukcji rządu. Potem pojawił się komunikat, że premier Szydło ma przedstawić prezesowi listę ministrów, którzy mają odejść. I wtedy decyzja zostanie podjęta. Tymczasem Szydło tej listy nie przedstawiała. Ewidentnie nie chciała Macierewicza usuwać. Tym samym wydała wyrok na siebie. Mówiła o tym zresztą w Telewizji Trwam w grudniu 2017 r., krótko przed swoją dymisją. Że nie widziała konieczności przeprowadzenia w rządzie zasadniczych zmian, bo „wszystko działało dobrze”. Czyli Macierewicz był OK.

W PiS zaczęto więc mówić o zmianie premiera. Beatę Szydło miał zastąpić Jarosław Kaczyński, co przyjmowano z szacunkiem i zrozumieniem. Potem, gdy działacze oswoili się z myślą, że Beata Szydło musi odejść, prezes zaproponował Morawieckiego. A ten, dopiero jak się zadomowił na nowym stanowisku, po paru tygodniach, dokonał zmiany szefa MON.

Ta operacja nie przeszła bezboleśnie. O Beatę Szydło upomniały się struktury PiS. O Macierewicza – „Gazeta Polska”. Tomasz Sakiewicz ogłosił publicznie, że to Duda jest winien dymisji Macierewicza i w związku z tym on już na niego nie zagłosuje. Po trzech miesiącach od tej deklaracji zdania nie zmienia. Teraz zarzuca prezydentowi, że nie wykazał się w sprawie Smoleńska. „Sam nic nie zrobił dla prawdy o tym, co się wydarzyło 10 kwietnia. A przecież był beneficjentem sprawy smoleńskiej – punktuje Sakiewicz. – Byłby politykiem kompletnie nierozpoznawalnym, gdyby nie to, że wystąpił w filmie »Mgła«. Zaistniał dzięki temu, że 5 mln osób zobaczyło jego twarz w filmie. (…) Poza tym gdzie jest aktywność prezydenta w sprawie Smoleńska na arenie międzynarodowej? Nawet nie próbuje rozliczyć Trumpa z obietnicy pomocy w wyjaśnianiu przyczyn”.

Nielojalność za nielojalność

Beata Szydło była na tyle mocna, że nie dało się jej zamontować na stanowisku wicemarszałka Sejmu, czyli dać jej gabinet, żeby siedziała cicho. Tę propozycję odrzuciła, za to przyjęła inną. Jest więc wicepremierem, jeździ po kraju, prezentując się jako ta bliższa ludziom twarz rządu, i punktuje Morawieckiego. W styczniu zapowiedziała np., że program 500+ zostanie rozszerzony. Co natychmiast w kancelarii premiera zdementowano. „Kwestia poszerzenia programu 500+ nie była na razie dyskutowana na obradach rządu; to indywidualny pomysł wicepremier Beaty Szydło; premier Mateusz Morawiecki dowiedział się o nim z mediów”, mówił szef gabinetu premiera Marek Suski.

Nie ma wątpliwości, że na Antoniego Macierewicza, Beatę Szydło i sprzymierzonego z nimi Witolda Waszczykowskiego Morawiecki nie może liczyć, oni tylko czekają na jego potknięcie.

Nielojalność za nielojalność. Mariusz Błaszczak, nowy szef MON, do spodu wyczyścił ministerstwo z ludzi Macierewicza. Zmiany nastąpiły także w podległej MON Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Jej szefami zostali Jakub Skiba, bliski współpracownik Błaszczaka, oraz Michał Kuczmierowski i Paweł Pelc. Obaj kojarzeni z Morawieckim, obaj byli działacze Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. Kuczmierowski zasłynął jako ten, który w kwietniu 2010 r. przyniósł drewniany krzyż na Krakowskie Przedmieście w Warszawie.

Podobne czyszczenie nastąpiło w centrali MSZ. Minister Jacek Czaputowicz pozbył się gabinetu politycznego poprzednika, a i kilku dyrektorów, m.in. kierującej Departamentem Polityki Europejskiej Barbary Ćwioro.

Teraz Ziobro?

Ale konflikty w rządzie to nie tylko kwestia urażonej dumy Beaty Szydło. To także rozgrywka przeciwko Zbigniewowi Ziobrze. Z Morawieckim walczył o wpływy jeszcze w czasach Beaty Szydło. Z Andrzejem Dudą konflikt jest starszy, ale rozkwitł latem, w czasie bitwy o sądy. Teraz jest na celowniku i premiera, i prezydenta.

Czy Ziobro się obroni? W każdym razie próbuje. Choć ostatnio ciężki cios zadał mu tygodnik „Sieci”, publikując informację, że wysłannicy zastępcy Ziobry Patryka Jakiego krążyli po redakcjach, oferując już przygotowane artykuły. Wydźwięk tych tekstów miał być prosty: premier Morawiecki chodzi na pasku Izraela.

Przyjmijmy, że tygodnik braci Karnowskich jest dobrze poinformowany w sprawach prawicy. A jeżeli tak, to mamy opis wojny na przecieki, którą Ziobro prowadzi przeciwko Morawieckiemu. Możemy również wnioskować, że Ziobro w tej wojnie jest na straconej pozycji, jeżeli można go tak „demaskować”.

O tym, że z Ziobrą może być krucho, pisze w tym tygodniku także Stanisław Janecki. „Jeśli ktoś sądzi, że trwająca wiele tygodni rekonstrukcja rządu na przełomie lat 2017-2018 wyłoniła ostateczną wersję gabinetu Zjednoczonej Prawicy do wyborów w 2019 r., powinien takie przekonanie porzucić. Z wiarygodnych źródeł dowiedziałem się, że Jarosław Kaczyński dopuszcza następne zmiany w rządzie, nawet bardzo radykalne (zmiana filozofii rządzenia i relacji między koalicjantami w ramach Zjednoczonej Prawicy)”, czytamy w jego artykule. Jest to jasno sformułowane ostrzeżenie pod adresem Ziobry i Gowina.

Obok ostrzeżeń są laurki. Janecki pisze o wzmacniającej się pozycji Morawieckiego i Dudy: „Scenariusz Jarosława Kaczyńskiego na lata 2018-2019 zakłada bliższe niż w latach 2016-2017 współdziałanie z prezydentem Andrzejem Dudą. (…) Co prezes Kaczyński podkreśla, jest on ideowo bliski obozowi Zjednoczonej Prawicy i będzie prezydentem przynajmniej do lata 2020 r.”.

Czy oznacza to, że teraz zaufanymi Jarosława Kaczyńskiego będą Duda i Morawiecki? Nic z tych rzeczy. Premier został obudowany ludźmi, którzy są lojalni przede wszystkim wobec prezesa. To szef jego gabinetu Marek Suski, wspomniani już PR-owcy oraz kluczowi ministrowie: szef MSWiA Joachim Brudziński, szef MON Mariusz Błaszczak i koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński. I na dobrą sprawę trudno sobie wyobrazić, by premier mógł im wydawać polecenia.

No to wojna?

Wojna wewnątrz obozu „dobrej zmiany” jest więc nieuchronna. Tym bardziej że tak wygląda polityka Jarosława Kaczyńskiego, który utrzymuje swoją pozycję, rozgrywając jedne koterie przeciwko drugim.

Aczkolwiek, jak dowodzą ostatnie miesiące, idzie mu coraz gorzej. Na pewno ma mniej sił – coraz częściej słyszymy, że jest chory i musi poleżeć w domu. Dziennikarze notują też opinie posłów PiS – że niełatwo spotkać się z prezesem, że interesuje go głównie sprawa pomnika smoleńskiego i upamiętnienie brata.

Poza tym coraz trudniej jest mu utrzymać jedność prawicy. Miesiące rozgrywania jednych przeciwko drugim zrobiły swoje. Dziś politycy PiS są tak skłóceni, że nie da się tego naprawić. Duda nie pogodzi się z Macierewiczem, a Szydło z Morawieckim. Ziobro również do PiS już nie wróci. Na te doznane krzywdy, prawdziwe lub urojone, nałóżmy jeszcze jedną perspektywę – jak mówią obserwatorzy, wygląda na to, że w PiS trwa już walka o schedę po Kaczyńskim. A przynajmniej o wykrojenie z elektoratu tej partii własnych wyborców.

Elektorat PiS był zawsze eklektyczny, ale jednoczyła go niechęć do PO i nadzieja na zmiany. Teraz, gdy straszyć PO już za bardzo nie można, wyborcy PiS zaczynają odkrywać, że jest inaczej, niż wyobrażali sobie dwa lata temu. Ten elektorat wchodzi więc w okres dekompozycji. Część woła, że „żadna zmiana” i że to skandal, że Morawiecki ustępuje Merkel i Izraelowi. Dla wielu, zwłaszcza tych, którzy zaangażowali się emocjonalnie w boje z Brukselą i Izraelem i dowodzili, że ani kroku wstecz, ostatnie zapowiedzi zmian w ustawie o IPN i druku wyroków Trybunału Konstytucyjnego są jak biała flaga. Oni czują się zdradzeni.

Prawicowe portale są zalane tymi żalami. „Smutne. Skundlenie PiS postępuje. Za chwilę będzie słychać skomlenie. Przed Brukselą, Tel-Awiwem czy Waszyngtonem? Honor, godność, poczucie własnej wartości to pojęcia obce. Kaczyński oklapł do reszty. Nie ma w rządzie nikogo, kto by jak Beck odpowiedział Żydom »My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenną. Tą rzeczą jest honor«”. To jeden z komentarzy z portalu Niezależna.pl pod informacją, że Zbigniew Ziobro ma wątpliwości co do skuteczności stosowania ustawy o IPN poza granicami Polski i de facto z niej się wycofuje.

Tymczasem zbliża się 10 kwietnia, ostatnia miesięcznica, czas odsłonięcia pomnika ofiar katastrofy i przede wszystkim moment, w którym, jak zapowiedział Jarosław Kaczyński, wszystko w sprawie Smoleńska ma zostać ujawnione. Wiemy już, że nie zostanie. Że podkomisja Macierewicza żadnego raportu nie ma, że prokuratura nie ma żadnych przesłanek, by wysunąć choćby hipotezę o bombie. Innymi słowy, zapowiada się wielka klęska PiS, ufundowanego na wierze w zamach na Lecha. Będą więc nowe pola konfliktów, czego zapowiedzią jest awantura między prokuraturą a podkomisją smoleńską. Czyli między Macierewiczem a Ziobrą.

Miło już było, panowie…

Wydanie: 13/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy