Lewica – reaktywacja

Lewica – reaktywacja

Trzech tenorów. Każdy fałsz może ich drogo kosztować

Albo to będzie komedia, albo piękna historia. Mowa oczywiście o Lewicy. Ten projekt narodził się z rozpaczy. To nawet nie był plan B, ale coś jeszcze bardziej dalekiego, co mało kto brał pod uwagę. Pisaliśmy o tym w PRZEGLĄDZIE, pisały także inne media – zjednoczoną lewicę zafundował Polakom Grzegorz Schetyna, wykopując SLD z koalicji. I tak to się zaczęło.

Schetynie za to chwała. Bo żal było patrzeć, jak szefostwo SLD, partii kiedyś potężnej, która dała Polsce prezydenta i kilku premierów, chce przehandlować resztki wyborców za miejsca w parlamencie. Za kilka miejsc. A swoją przyszłość widzi tylko jako przystawka Platformy, bo nie ma już wiary, że Sojusz, startując samodzielnie, mógłby przekroczyć próg 5%.

W kiepskiej sytuacji byli również szefowie innych lewicowych podmiotów. Razem dostało w wyborach europejskich 1,24% głosów i nic nie wskazywało, że w kolejnych może zdobyć więcej. Adrian Zandberg miał w ręku projekt polityczny, który się wypalił, i de facto zero perspektyw. A Wiosna? Bohaterka ostatnich miesięcy? W Wiośnie ze zdumieniem patrzono, jak Robert Biedroń wybiera Brukselę i nie chce rezygnować ze świeżo zdobytego mandatu europosła. Czyli zamiast iść za ciosem, wywiesza białą flagę. Przez chwilę też mogliśmy oglądać różne manewry. Podczas Marszu Równości Robert Biedroń pofatygował się do autobusu SLD i tam namawiał Włodzimierza Czarzastego do wspólnego startu. Nadaremnie. Czarzasty wyśmiał go (wtedy jeszcze sądził, że Schetyna go kocha), dumnie mówiąc, że Sojusz idzie do wyborów w koalicji z PO.

A potem zdarzył się cud. Trzej panowie umówili się na spotkanie w warszawskiej restauracji Słoik, dwa kroki od siedziby SLD.

– Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic – zaśmiał się głośno. – To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką fabrykę.

Biedroń, Czarzasty i Zandberg błyskawicznie się dogadali, ominęli wszelkie rafy, przeszli do porządku dziennego nad sprawami, które dzieliły ich przez lata, i zaczęli układać wspólną listę Lewicy. Tak oto z trzech podmiotów, może nie w agonii, ale w ciężkiej sytuacji, wyłoniła się siła całkiem rześka, która regularnie zbiera w sondażach 10-14%.

Jak to się stało? Jak udało się wywalczyć coś, w co nikt parę miesięcy temu by nie uwierzył – czyli wspólną listę SLD i Razem?

Są w ojczyźnie rachunki krzywd

W 2015 r. Razem wszelkie sugestie, że mogłoby startować z SLD, odrzucało w sposób zdecydowany i jednoznaczny. „Nie usiądziemy do rozmów z SLD. Zwłaszcza gdy na czele stoją Leszek Miller i Włodzimierz Czarzasty” – to słowa Marceliny Zawiszy, członkini Rady Krajowej Razem. „Trzeba odciąć to, co zgniłe. SLD wielokrotnie udowodnił, że wartości lewicowe ma za nic”.

Minęły cztery lata i ta sama Marcelina Zawisza, która odmawiała podania ręki Włodzimierzowi Czarzastemu i rozmów z SLD, otwierała konwencję programową Lewicy i tuptała wesoło obok szefa Sojuszu do rytmu wyborczej piosenki „Łączy nas przyszłość”.

Jak nieznoszące SLD Razem przemogło się do rozmów? Dorota Olko, rzeczniczka partii i jedynka w okręgu siedleckim, tłumaczy, że działacze obu ugrupowań musieli się „obwąchać” i chodziło o granicę bardziej pokoleniową niż światopoglądową. Gdy ostatecznie – wskutek referendum – w Razem zapadła decyzja, by startować z list SLD, różnice programowe były już najmniejszą przeszkodą. „Oczywiście, że długo mówiliśmy, że nie chcemy startu z SLD – przyznaje Olko – ale gdy zmienia się świat dookoła, trzeba zweryfikować swoje założenia”. I dodaje: „Pojawiło się nowe »ciśnienie«. Może to tylko subiektywne wrażenie, ale po eurowyborach ludzie na ulicy, na forach i w komentarzach w internecie pytali mnie i nas przede wszystkim, dlaczego lewica nie idzie razem. Wcześniej dominowały głosy tożsamościowe, a teraz ucichły. Trochę trudno byłoby udawać, że tego nie ma”.

Wrażenia, prawdziwe czy nie, na bok – w Razem, zanim zdecydowano o wspólnym starcie z SLD, trzeba było przeprowadzić referendum wśród członków. W praktyce wewnątrzpartyjna ankieta musiała się odbyć na internetowym forum partii, i to w przyśpieszonym trybie – członkowie i członkinie pisali do siebie SMS-y, żeby zagłosować nad najważniejszą w krótkim życiu Razem decyzją. Zwolennicy startu z list KW SLD zdobyli jednak błyskawicznie przewagę. Szybko się okazało, że choć tuziny działaczy i sympatyków partii latami szermowały hasłem „Znajdzie się cela dla Leszka Millera”, członkowie Razem są znacznie mniej radykalni, niż wskazywałyby ich wpisy na FB. Pragmatyzm? Poczucie, że trzeba wreszcie dostać się do tego Sejmu?

Pomógł również ten trzeci – Robert Biedroń. Bo to nie było tylko tak, że Razem nie chciało z nikim koalicji, uważało się za ikonę lewicowej czystości i budowało tożsamość na krytyce SLD. Także Sojusz nie tęsknił za Razem. SLD uważał się za hegemona na lewicy i nie miał zamiaru nikomu ustępować. Wybory samorządowe i europejskie spowodowały, że te wyobrażenia należało zweryfikować. Co to za hegemon, który balansuje na poziomie 5% poparcia i którego strategia jest ograniczana myśleniem, jak przehandlować to poparcie za miejsca biorące w koalicji z PO? A jeśli chodzi o Razem – okazało się, że pielęgnowanie lewicowej czystości to droga donikąd.

W tej rzeczywistości pojawił się Robert Biedroń. Jego szarża pokazała, że można zmobilizować lewicowe resztki, wykopać je spod ziemi, wyrwać Platformie. 6% w wyborach europejskich… Wciąż słyszymy, że to znacznie poniżej oczekiwań i potencjału. A może przeciwnie? Bo przecież to pięć razy więcej, niż zdobyło Razem, i więcej, niż zgromadził SLD. Biedroń pokazał, że można przeskoczyć pięcioprocentowych próg. Tak od razu. Bo założył Wiosnę i przeskoczył. Bez struktur, bez historii. Poza tym okazał się pomostem między Razem a SLD. Wygładził kanty.

Piękna historia? Ależ skąd! Przecież trójka liderów musiała dokonać najistotniejszego aktu – ułożyć listy do parlamentu. Ustalenie ogólnych zasad przyszło im szybko. Przyjęto więc parytet 40-40-20, to znaczy, że po 40% pierwszych miejsc na listach biorą SLD i Wiosna, a Razem 20%. Umówiono się też, że trzy ugrupowania obsadzają pierwsze trzy miejsca. No i przy tych wszystkich manewrach zapomniano o innych.

Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

Gdy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego SLD wchodził do Koalicji Europejskiej, nie wchodził sam, lecz w grupie innych organizacji i ugrupowań lewicowych: Socjaldemokracji Polskiej, Wolności i Równości, Inicjatywy Feministycznej itd. Z kolei Razem szło do eurowyborów z Unią Pracy, a wcześniej, do samorządowych, z Janem Śpiewakiem i częścią środowiska warszawskich aktywistów.

Rychło się okazało, że ci mniejsi sojusznicy trójce liderów ciążą – porzucono ich i zignorowano ich kandydatów. „Czarzasty nam opowiadał, że chce być pierwszym przewodniczącym SLD, który nie będzie oszukiwał – mówi Wojciech Filemonowicz z SdPl. – I nas oszukał”. Bo porzucił mniejsze partie, żeby zawrzeć sojusz z Biedroniem i Zandbergiem. Filemonowicz nie ukrywa rozgoryczenia: „Można było iść do wyborów jako lewica partyjno-związkowo-społeczna, tak żeby wziąć 16-20%. A Czarzasty wybrał wariant tratwy ratunkowej”.

Podobne nastroje są w Unii Pracy, której działacze przy układaniu list zostali pominięci. Co z punktu widzenia polityki zupełnie nie ma sensu, bo wielu z nich jest w swoich środowiskach, w zachodniej Polsce, znanych i wpływowych. „Unia Pracy została wykiwana – mówi Waldemar Witkowski, szef UP. – A mnie Czarzasty okłamał. Puścił do mediów informację, że jestem kandydatem do Senatu z Poznania. A to nie było z nikim uzgodnione. Bo PO nie chce z nim rozmawiać”.

Oszukana przez Włodzimierza Czarzastego została także Monika Jaruzelska: „Było jego słowo honoru pół roku temu, że wystartuję do parlamentu z SLD. Nie jestem przyzwyczajona, że ktoś daje słowo i później zachowuje się tak, jakby nic się nie stało”. Wyjaśnia, że na początku sierpnia wysłała Czarzastemu informację o gotowości startowania do Sejmu. Bez odzewu. „Do dziś (Czarzasty) nie odpowiedział. Nie dowiedziałam się też od niego, dlaczego nie znalazłam się wśród kandydatów SLD. Niezależnie od tego, że moją kandydaturę zgłosiła oficjalnie warszawska rada SLD”, opowiada Jaruzelska.

Jak to wszystko wytłumaczyć? Wydaje się, że dosyć łatwo. Władza Włodzimierza Czarzastego w SLD jest jak władza Grzegorza Schetyny w PO. On może się prężyć i opowiadać, że każdego potrafi owinąć sobie wokół palca, ale rzeczywistość temu przeczy. Bo wciąż musi zapewniać rozmaite frukta sojusznikom i współpracownikom.

Listy wyborcze też tak wyglądają. Przez wiele dni podczas ich układania trwała przepychanka, kto ma być jedynką w Warszawie – Czarzasty czy Zandberg. Ostatecznie postawiono na tego drugiego, szef SLD wybrał okręg w Sosnowcu. Jest więc szansa, że w końcu, mając sześćdziesiątkę na karku (rocznik 1960), zadebiutuje w roli parlamentarzysty.

Z kolei jedynką w Toruniu został Robert Kwiatkowski (drugie miejsce na liście przypadło Joannie Scheuring-Wielgus), jedynką w warszawskim „obwarzanku” jest Andrzej Rozenek, jedynką w Kielcach Andrzej Szejna, a dwójką w Warszawie rzeczniczka SLD Anna-Maria Żukowska. Łatwo można się domyślić, że gdyby na warszawskiej liście znalazła się Jaruzelska, pewnie by ją przeskoczyła. Chodziło więc o to, by córkę generała z wyborczego wyścigu wyeliminować. A te opowieści, że nie chcieli jej na liście Zandberg i Biedroń, to pretekst. Owszem, w Razem i Wiośnie wielu świętowało pozbycie się Jaruzelskiej, ale trudno sobie wyobrazić, by byli gotowi z jej powodu zrywać sojusz wyborczy.

Mamy zatem „gołą” listę Lewicy w Warszawie, ustawioną tak, żeby nikt nie zagroził Żukowskiej. Oto myślenie szefów SLD. Nie dziwmy się więc słowom Moniki Jaruzelskiej, która przymierza się do samodzielnego startu do Senatu: „Nie chcę mówić źle o SLD, bo Sojusz to nie tylko władze partii. Wielu działaczy jest oburzonych, pomagają mi, mówiąc, że został szyld, ale nastąpiło »wrogie przejęcie« SLD. Przez Ordynacką i Ruch Janusza Palikota”.

Podobnych fauli jest dużo więcej. Na listach Lewicy nie znalazła się pokaźna grupa znanych działaczy. Czy raczej działaczek, bo to grono, Strajk Kobiet, Inicjatywa Feministyczna, zostało pominięte. Wypchnięty z obiecanej mu jedynki na liście wrocławskiej został Michał Syska, który z Wiosną pożegnał się hucznie. Za to w Warszawie i wszędzie indziej sporo jest noname’ów.

Jak więc to ocenić? Tę małość?

Bo jest życie piękniejsze, nowe,
i żyć warto, i umrzeć warto!
Trzeba nieść, jak chorągiew, głowę,
świecić piersią kulami rozdartą.

Okazuje się, że dla wyborców, którzy chcą oddać głos na lewicę, jest to sprawa drugorzędna. Lewica z tego powodu na razie nie traci w sondażach. Dlaczego tak się dzieje? Złożyło się na to kilka przyczyn.

Po pierwsze, upadł mit PO jako przystani dla lewicowych wyborców, jako rodzaju mniejszego zła. Przez lata pozwalał on, najpierw Donaldowi Tuskowi, potem Ewie Kopacz, przyciągać lewicowych wyborców dosłownie za nic, za obietnicę przeciwstawienia się PiS. Ten mit upadał powoli. Na pewno nadwyrężyła go historia projektu „Ratujmy Kobiety”, dotyczącego złagodzenia ustawy antyaborcyjnej. Lewicowe działaczki zbierały pod nim podpisy, projekt trafił do Sejmu, tam został poddany pod głosowanie i odrzucony. Nie, nie z powodu posłów PiS, bo część z nich była skłonna przekazać go do komisji sejmowej. Z powodu kilkudziesięciu posłów PO, którzy nie przyszli na głosowanie lub głosowali przeciw.

Czarę goryczy na pewno przelało wyrzucenie SLD z koalicji i wstawienie na listy PO grupy byłych polityków PiS, m.in. byłego wiceprzewodniczącego PiS Kazimierza Michała Ujazdowskiego. Te wszystkie elementy musiały uświadomić nawet najmniej bystremu wyborcy, że Platforma to nie lewica i absolutnie nie chce nią być.

Po drugie, zadziałał efekt jedności – przekaz, że lewica się jednoczy, na co wyborcy czekali. I co ich bardzo dziś cieszy.

Po trzecie, w tej nowej układance SLD nie jest hegemonem. Ma 40% udziałów. Lewica więc nie zniechęca, ale zaprasza.

Po czwarte wreszcie, ta orkiestra miło dla lewicowego ucha brzmi. Tak było podczas niedawnej konwencji programowej. Usłyszeliśmy na niej zestaw lewicowych haseł dotyczących spraw społecznych, światopoglądowych, równościowych i ekologicznych. Nie ma tu miejsca, by je wyliczać, kto chce, znajdzie wszystko w sieci. Ważniejsze było coś innego – te postulaty były głoszone z pełnym zaangażowaniem. Gdy Robert Biedroń mówi, że lewica będzie walczyć o prawa kobiet, osób LGBT czy o świeckie państwo, jest w tym autentyczny. O wiele bardziej niż PO. Gdy Zandberg mówi o budownictwie mieszkaniowym, też wiadomo, że mówi to, bo w to wierzy, a PO w tych sprawach palcem nie kiwnie. Nawet Czarzasty, gdy grozi Ziobrze, że postawi go przed Trybunałem Stanu, jest w tym prawdziwy. Pamiętamy zaś, że w poprzedniej kadencji mogła to zrobić Platforma, ale jej posłowie nie przyszli na głosowanie. To ważne.

Przez lata w środowiskach SLD sprawy programowe traktowano według opowieści Krzysztofa Janika – kupimy flaszkę, usiądziemy w trzech i przez noc się napisze. Program, tak jak w czasach schyłkowej PZPR, traktowano jako ornament, niezależny od prowadzonej polityki.

W efekcie w klubie SLD nie można było znaleźć posłanki, która przedstawiłaby w Sejmie projekt liberalizacji prawa antyaborcyjnego. Bo żadna nie chciała się narazić. A o gospodarce rozmawiano językiem liberałów i biznesu. Nowa formuła Lewicy to wszystko zepchnęła na bok. Biedroń i Zandberg dali jej wiele świeżości.

Jeszcze jedno było widać podczas konwencji programowej – nowa formuła Lewicy oznacza również zmianę pokoleniową. Kłopot SLD po utracie władzy polegał na tym, że partia ta nie przyciągała, starzała się i traciła wpływy. A gdy trafili się młodzi, tacy jak Krzysztof Gawkowski czy Paulina Piechna-Więckiewicz – opuszczali partię.

Wiosna i Razem to eksplozja młodości i „nowolewicowy” ferment, pierwsza poważna próba zaistnienia w polityce pokolenia milenialsów. Ze wszystkimi wadami i zaletami tej propozycji. Taki pokoleniowy miks jest z pewnością bardziej atrakcyjny niż każda z tych partii z osobna.

Podsumowując, wyborca lewicowy ma świadomość, że nowy sojusz jest robiony na sznurek, a o miejscu na listach w większym stopniu decydowały partyjne układziki niż potencjał kandydata. Ale ten sam wyborca chce wreszcie dobrego wyniku polskiej lewicy, tego, by weryfikowała się w parlamencie. Kupuje więc pakiet. Przemieszanie ludzi i rzeczy dobrych i złych.

A co dalej? Przez media przetaczają się różne komentarze, że trzech liderów to o dwóch za dużo albo że Czarzasty ogra młodych itd.

Oczywiście różnie może być. Na razie w sondażu dla „Rzeczpospolitej” na pytanie, kto powinien być rzeczywistym liderem zjednoczonej lewicy, najwięcej głosów padło na Roberta Biedronia. 20,6% wskazało go jako lidera Lewicy. 13,7% wskazań otrzymał Adrian Zandberg, Włodzimierz Czarzasty – 10,4%. Dodajmy, że 14,1% ankietowanych orzekło, że rolę lidera Lewicy powinien odgrywać inny polityk, 41,3% nie ma w tej kwestii zdania.

Sondaż nie jest więc dobry dla trzech tenorów. Wyborcy zachowują wobec nich dystans. Raczej się przyglądają, niż klaszczą. Ale też wszyscy trzej – Biedroń, Czarzasty i Zandberg – wyszli z kampanii wzmocnieni względem swoich aparatów partyjnych, uzyskali sankcję dla jednoosobowej władzy, przesunęli ugrupowania w stronę bardziej liderskiego modelu. Z tą nową władzą mogą więcej zrobić, ale i biorą na siebie większą odpowiedzialność. Kampania dopiero się zaczyna. Lewica ma zatem swoje okienko. Pytanie tylko, jak je wykorzysta.

Współpraca Jakub Dymek

Fot. Jakub Kamiński/East News

Wydanie: 36/2019

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. ireneusz50
    ireneusz50 3 września, 2019, 00:25

    dzis lewica to tylko inna forma uprawiana seksu.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Ireneusz Miesiac
      Ireneusz Miesiac 6 września, 2019, 13:01

      Nieudane porównanie, Lewica dzisiaj to sprzeciw wobec gwałtu na całym narodzie! Naród jeszcze o tym nie wie ze względu na brak edukacji.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Tata
    Tata 4 września, 2019, 17:12

    Serdecznie proszę Państwa o pomoc i wsparcie na leczenie syna, Siepomaga Kajetan Najdzion. Dziękuję! !

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy