Etycy czasem słyszący

Etycy czasem słyszący

Dopiero zmiana prezesa Polskiego Radia sprawiła, że kilka osób na Malczewskiego odzyskało słuch. To wydarzenie ocierające się o cud, bo pracować w radiu i przez kilka lat niczego nie słyszeć, to zjawisko paranormalne. I możliwe tylko w IV RP. A było przecież tak, że za prezesury Krzysztofa Czabańskiego, pisowskiego nominata, paru jego politycznych znajomych wychodziło z radia tylko po to, by z Programu I pojechać do Trójki. I z powrotem. Redaktorzy Sakiewicz, Wildstein, Zaremba, Warzecha i Karnowscy uwielbiali spotkania we własnym gronie. I wspólne gaworzenie na antenach radiowych. Szkopuł w tym, że na ich monotematyczne tyrady skazani byli słuchacze publicznego w końcu radia. Słuchacze protestowali, rzucali wyrazami i odchodzili do konkurencji. Komisja Etyki Polskiego Radia, czyli Marek Cajzner, Alicja Grembowicz, Bożena Sarnowska i Krzysztof Łuszczewski, oczywiście niczego zdrożnego w tych pisowskich pogwarkach nie widziała. Do czasu. Odszedł Czabański i komisji słuch wrócił. Pod lupę wzięto Jana Ordyńskiego i oskarżono o naruszenie zasad i misji. Dlaczego? Bo zaprosił do niedzielnej audycji „W samo południe” redaktorów Jonasa, Walenciaka i Blumsztajna oraz Celińskiego, Godlewskiego i Michalskiego. W istocie czarna to lista. Można oczywiście żartować. Tym bardziej teraz, gdy PiS nie ścina już głów. Choć trochę umiaru by się przydało. Cieszymy się, że słuch wrócił. A jeszcze bardziej ucieszy nas, gdyby wróciła odrobina uczciwości. Za dużo chcemy?

Wydanie: 51-52/2010

Kategorie: Przebłyski
Tagi: Przegląd

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy