Franek Tiszbierek nie fanzolił

Franek Tiszbierek nie fanzolił

Śląsk Opolski, którego już nie ma, czyli historia ocalona ze śmietniska

Opolszczyzna współcześnie kojarzy się nie tyle z polskością, ile z liczną mniejszością niemiecką i z podwójnym nazewnictwem miejscowości. Ma niejednoznaczną historię – to twór administracyjny raczej, niedookreślony historycznie, geograficznie, narodowościowo w zależności od zmieniających się granic. Dolny Śląsk ma swoje publikacje, Górny Śląsk – swoje. – Jakby między nimi nie było miejsca na Śląsk Opolski. Nazwy województw: dolnośląskie i śląskie, także sugerują, że jest jakaś „przerwa w Śląsku” – Opolszczyzna – mówi Małgorzata Goc z Muzeum Śląska Opolskiego, autorka wyjątkowego albumu „Tiszbierkowe losy, czyli wieś opolska na starej fotografii”.
Już same zdjęcia nieistniejącego świata, obyczajów, strojów, architektury regionu pewnie wystarczą, by z zachwytem się nad nimi pochylić. Duża część tych fotografii to znalezisko na śmietniku – szczęśliwie szklane płyty fotograficzne były niezdatne do domowego użytku. I tak wiejski fotograf amator, nazwisko Śmieszek ze sklepu kolonialnego, widoczne w rogu zdjęcia drogowskazy z odległością do Oppeln i Gogolina pomogły etnografom (w tym autorce) i historykom w odtworzeniu wydarzeń, a tym samym historii Opolszczyzny.
Przewodnikiem w wędrówce po nieistniejącej Opolszczyźnie jest młody chłopak, Franciszek Tiszbierek z Zalesia, urodzony 16 kwietnia 1891 r. Zostały po nim dwa gęsto zapisane zeszyty (trzeci zaginął). Pamiętnik nazwał „Lósy i przygody moje. Napisano w Czerwcu i Lipcu roku Pana 1910”. Absolwent szkoły powszechnej, potem rolniczej w Jaworze na Dolnym Śląsku, pracował jako nadzorca w dużym majątku ziemskim w Wielkopolsce. Zapewne stamtąd został powołany do wojska pruskiego i zginął na froncie I wojny w Serbii w 1918 r.
Rodzina Tiszbierków w Zalesiu wciąż żyje, nadal stoi tu dom, zagroda, wspominana przez Franka bożamęka.
Franciszek nie zdążył się ożenić, zostać ojcem. Dobrze, że pisał. Pięknie, ciekawie, o wszystkim, co widział, z nerwem etnografa. Fragmenty pamiętnika po raz pierwszy opublikował w 1966 r. polonista, dawny pracownik Muzeum Śląska Opolskiego, Czesław Wawrzyniak. Doprowadził do wydania całości w 2006. – Tiszbierek nie fanzolił (czyli nie plótł bzdur, był konkretny). Pisał po polsku, czuł się Polakiem. Jemu nawet nie przyszło do głowy, że nie ma Polski! – mówi leciwy Wawrzyniak. A było to w roku 1910, w zaborze pruskim. Pewnie Mickiewicza nie czytał…
„Zalesie! Jakże to piękna nazwa! Zalesiem nazywa się ma wioska rodzinna i przeto o niej chcę się tu rozpisać. (…) Może przed około pięcset laty, podług rachuby ludzkiej, zawitali tu pierwśi osadnicy (…)”, pisał Franek i drobiazgowo przedstawiał swoją małą ojczyznę. W domu wyliczył i obrazki święte, i wizerunek Piusa X, i dwie fotografie rodzinne, zegar, zwierciadło, komodę z ważnymi familijnymi aktami. A w kościele „na ołtarzu bocznym z lewej strony znajduje się obraz Jana Nepomuckiego, kanonika w Pradze czeskiej. (…) Na ołtarzu strony przeciwnej znaleziony obraz bogobojnych rodziców Najśw. Panny, to jest św. Joachima staruszkiem i św. Anną, jako też i jej corką w chwili ucząc ją w księdze Mojrzeszowej zawartych nauk religii żydówskiej”.
Nie dziwią Tiszbierka Żydzi na obrazach w kościele katolickim. Pewnie traktował to z taką samą oczywistością jak polski język w oficjalnie pruskiej rzeczywistości. I dzielenie się opłatkiem w Wigilię, na koniec wieczerzy. – Choć wielu mówi, że Ślązacy opłatkiem się nie łamali – zaznacza Czesław Wawrzyniak, poszukujący wciąż trzeciego zeszytu pamiętnika, może już z zapiskami wojennymi Tiszbierka.
„W każdej prawie polskiej wiośce stoi u wjazdu do wsi, przy jednym i przy drugim końcu, bożamęka i dlatego i u nas to samo się znajdzie. Zaś w filarze wedle furtki wchodowej znajduje się mała kapliczka z figurą św. Jana Nepomuckiego. Wrota wystają wysoko, tak że do podworza dojrzec wiele nie można. To wszystko nadawa zagrodzie ważniejszy urok, gdyż przed innemi zagrodami figur tych się nie znajdzie”. Małgorzata Goc wyjaśnia, że bożemęki wachowały, czyli pilnowały, granic wsi, w szczytach domów. – W formie skromnych skrzyneczek z obrazkiem, często w postaci niewielkich domków. To przy nich odbywały się uroczystości religijne, stanowiły swego rodzaju próg – „do figury” odprowadzano wychodzących z wioski, tam witano się z ojcowizną, powracając do domu – wyjaśnia autorka.
Franciszkowi Tiszbierkowi nie udało się wrócić z wojny do domu pod numerem 65, prawie w środku wsi. Ale zdążył odmalować słowami ludzi i Zalesie, leżące pod „prześliczną Górą Chełmską, dziś pospolicie w języku ludowym Górą Świętej Anny zwaną”. Resztę Tiszbierkowych losów dopełniły znaleziska fotograficzne, wspomnienie dawnego świata, widzianego okiem fotografów zawodowych i amatorów z Opolszczyzny sprzed 100 lat. Jest szansa poznać jej odcienie.

Małgorzata Goc, Tiszbierkowe losy, czyli wieś opolska na starej fotografii, Muzeum Śląska Opolskiego, Opole 2014

Wydanie: 26/2015

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy