Tam było jak u Dantego – rozmowa z Jackiem Najderem

Tam było jak u Dantego – rozmowa z Jackiem Najderem

Do Moskwy polecieliśmy jako urzędnicy, którzy mają zapewnić sprawną organizację, a musieliśmy identyfikować ciała i pomagać rodzinom

Jacek Najder – (ur. 1960 r.) socjolog, dyplomata; pracował w placówkach dyplomatycznych w Korei Południowej i Pakistanie, w latach 2007-2008 ambasador RP w Afganistanie, w latach 2008-2011 wiceminister spraw zagranicznych; od 2011 r. ambasador RP przy NATO. Odznaczony m.in. Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2011).

– Od razu powiem, że nie pamiętam ciągu zdarzeń. Tylko emocje, sceny, które jak w filmie szybko następują jedna po drugiej, jakoś się łączą, ale nie tworzą ciągłej narracji. Ta narracja rwie się w najważniejszych odsłonach.

Kiedy dowiedział się pan o katastrofie?

– Około godz. 9. Od pani minister Grażyny Bernatowicz. Jak jest taka informacja, to wsiada się w samochód i przyjeżdża. W MSZ byłem między godz. 10 a 10.30. Pierwsze kroki skierowałem do naszego Centrum Operacyjnego, a potem spotkaliśmy się na gorąco w gabinecie dyrektora Króla, szefa sekretariatu ministra, z ministrem Wojciechowskim i panią minister Bernatowicz, która wróciła właśnie z podróży służbowej. Zaraz potem kolejna informacja – jest spotkanie u pana premiera, więc pojechałem do KPRM.

Minister Sikorski już tam był. Na spotkaniu u premiera przede wszystkim padały pytania, czy ktoś przeżył, w jakim stanie jest samolot, co się dzieje z ciałami. Byliśmy w lepszej sytuacji niż po katastrofie autobusu pod Berlinem, bo w Smoleńsku mieliśmy kolegów – ambasadora Bahra i Dariusza Górczyńskiego, którzy na bieżąco mogli na te pytania odpowiadać. Pan premier podjął decyzję, że leci do Smoleńska.

Wróciłem do MSZ. Najważniejsza sprawa – uzyskanie zgody na przelot samolotu. Koledzy z Departamentu Wschodniego prowadzili rozmowy z ambasadą białoruską i rosyjską, żeby je uzyskać. Potem – zorganizowanie kolumny transportowej z Witebska. W trakcie – spotkanie różnych służb i instytucji w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, żeby ocenić sytuację, co możemy i co powinniśmy zrobić.

Wsiedliśmy do samolotu. Nie pamiętam, o której godzinie.

Dlaczego to pan poleciał?

– Dlaczego ja? Bo w kolejności zastępstw ministra spraw zagranicznych jest pani minister Bernatowicz i ja. Poza tym byłem w Afganistanie, a wcześniej w Iraku i mam pewne doświadczenie działania w trudnych sytuacjach. A kilka miesięcy wcześniej byłem członkiem zespołu zajmującego się sprawą porwania i zabójstwa w Pakistanie polskiego obywatela Piotra Stańczaka.

Wiem, że człowiek koncentruje się wtedy na pracy, którą ma do wykonania. Zaskoczyło mnie – pozytywnie – jak szybko zadziałały władze, najpierw białoruskie, potem rosyjskie. Przejazd z Białorusi na terytorium Federacji Rosyjskiej odbył się bez żadnego problemu, przesiedliśmy się z jednej kolumny w drugą.

Nie bał się pan lecieć samolotem?

– Nie. To był samolot wyczarterowany od LOT. Leciało kilkanaście osób. Poza panem premierem m.in. minister Graś, minister Arabski, minister Miller, minister Kwiatkowski, szef BOR gen. Janicki, lecieli też asystenci, pracownicy Kancelarii Premiera, była pani dyrektor Agnieszka Wielowieyska. Jechałem z nią potem samochodem do Smoleńska.

Do Witebska przylecieliśmy o szarówce.

Podobno jechaliście 170 km na godzinę?

– Nie wiem. Ale szybko.

Widzieliście kolumnę Kaczyńskiego?

– Tak, minęliśmy ich.

Kto z Kancelarii Premiera dzwonił do Jarosława Kaczyńskiego, żeby się zabrał z wami?

– To się działo poza mną. Mój udział zaczyna się w Smoleńsku. Poseł Kowal zadzwonił, ale jak już byliśmy na miejscu. Esemesowałem z nim, a potem rozmawiałem. Znałem go, był wiceministrem w MSZ w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Zadzwoniłem do niego, żeby mu powiedzieć, że widzę, co się dzieje, i że te zarzuty wobec nas są – w mojej ocenie – kompletnie pozbawione podstaw; że z mojej strony wyglądało to zupełnie inaczej.

Czyli jak?

– Nie wiem nic o tym, żeby ktokolwiek w jakikolwiek sposób wywierał presję na stronę rosyjską w celu spowolnienia ich przejazdu. I sądzę, że nikt rozsądny nie mógł nawet wymyślić takiego scenariusza, ponieważ koszty działań tego rodzaju byłyby ewidentne. Sądzę, że zadziałał tu bardzo prosty mechanizm. Z całym szacunkiem dla pana prezesa Kaczyńskiego – kolumna z premierem miała priorytet i policja rosyjska to respektowała. I jakkolwiek to sucho brzmi, sądzę, że taka jest logika w każdej służbie, która ma doprowadzić VIP-a na miejsce. A to premier jest VIP-em. Tyle.

Nie mogliście zatrzymać się chociaż przy nich na tej drodze?

– Powiem szczerze: było ciemno, więc nawet nie wiem, czy autokar z prezesem, kiedyśmy go mijali, stał czy jechał.

Później, kiedy esemesowałem i rozmawiałem z panem posłem Kowalem, powiedział mi, że czekają przed miastem, potem – że kierowca nie zna drogi do miasta, jeszcze później – że stoją pod bramą.

Lotnisko otaczał mur z prefabrykatów, po części rozwalony, leżały jakieś wycięte drzewa, pamiętam brzozy. Na lotnisku stał jeden duży namiot. Był oświetlony. Taka jasna plama światła.

Weszliście tam?

– Ja nie. W namiocie odbywała się rozmowa z udziałem pana premiera, ministra Kwiatkowskiego, był tam też chyba minister Graś. Premierzy Tusk i Putin rozmawiali w tym namiocie, a potem przeszli razem na miejsce katastrofy.

Był pan przy tym?

– Nie. Uznałem, że w roli, w której tam byłem, nie jest to niezbędne i byłoby niepotrzebną ingerencją w bardzo osobistą sytuację. Nie byłem też przy tym, kiedy podszedł pan Jarosław Kaczyński. Podeszliśmy do nich później. Chyba rozmawiałem wtedy z posłem Kowalem i z kimś jeszcze z zespołu, który towarzyszył premierowi Kaczyńskiemu.

Nagle od kogoś z otoczenia pana Kaczyńskiego dowiedzieliśmy się, że samolot, którym pan prezes Kaczyński przyleciał do Witebska, zamierza przylecieć po niego do Smoleńska. Na lotnisku w Smoleńsku nikt o tym nie wiedział. Strona rosyjska była kompletnie zaskoczona i zdziwiona. Powiedziano nam, że to jest niemożliwe, bo lotnisko jest zamknięte.

Proszę sobie wyobrazić tę sytuację i te emocje. Samolot już leci i nie ma zgody na lądowanie. Coś trzeba zrobić. Trzeba to było wziąć na siebie i rozwiązać problem. Podeszliśmy z ministrem Arabskim do Siergieja Iwanowa, wicepremiera i byłego ministra obrony Rosji. Powiedzieliśmy mu, że ten samolot już leci. Te dwie czy trzy rozmowy z wicepremierem Iwanowem trwały długo. Ostatecznie samolot wylądował.

A wy nie chcieliście sprowadzić swojego samolotu?

– Nie. Od początku było ustalone, że lądujemy i odlatujemy z Witebska.

Po zakończeniu rozmów premierów Tuska i Putina pojechaliśmy do Witebska i przylecieliśmy do Warszawy. Wróciłem do domu chyba o 2.30. I wtedy zadzwonił telefon, że pan premier zaprasza na spotkanie w nocy w KPRM. Zapadła decyzja, że rano lecimy do Moskwy.

Przyjechałem do Kancelarii Premiera, podzieliliśmy się zadaniami, kto co ma przygotować. Wiedzieliśmy, że będą leciały rodziny i trzeba będzie się nimi tam zająć. Placówka w Moskwie jest liczna, ale zadania, które przed nią stanęły, przerastały jej możliwości. Trzeba było zabrać tłumaczy z MSZ. Przyszedłem do MSZ, uruchomiliśmy nasze Centrum Operacyjne, zaczęto kompletować zespół, nikt nie odmówił. Rano mieliśmy dziesięciu młodych ludzi z Departamentu Wschodniego i Konsularnego znających język rosyjski.

Wizy miały być wystawiane na lotnisku w Moskwie. Odprawa – na podstawie przygotowanych przez stronę polską list, tak zostało ustalone ze stroną rosyjską. Tego wszystkiego, co wiązało się z organizacją przelotu tej pierwszej ponadstuosobowej grupy, a potem drugiej, nie bylibyśmy w stanie przeprowadzić bez pomocy strony rosyjskiej. To Rosjanie załatwili hotel, a także samochody, ponieważ hotel był dość daleko od lotniska. Pokryli wszystkie koszty pobytu naszego i rodzin w Moskwie. To była decyzja premiera Putina. Nie wiem, gdzie i kiedy zostało to ustalone. Zakładam, że te decyzje zapadły w czasie spotkania premierów. Pomoc logistyczna i organizacyjna ze strony rosyjskiej była niesamowita.

Pan uważa, że premierzy omawiali takie rzeczy?

– Nie znam faktów. Ale przypuszczam, że kiedy premier Putin mówi do premiera Tuska: – Mówcie, jeśli będziecie czegoś potrzebować, to zakładam, że to obejmuje wszystko. Ale to tylko moje przypuszczenie.

Czy już wtedy, w drodze do Moskwy, mieliście świadomość, że jest jakaś umowa chicagowska, jakieś procedury śledztwa?

– Na pewno o tym rozmawiano, ale ja w tym nie brałem udziału. Moim i moich kolegów zadaniem było zapewnienie bieżącej współpracy z Rosjanami. Polecieliśmy do Moskwy, bo tam przewożono ciała i tam miały przylecieć rodziny ofiar. Trzeba było zorganizować pobyt dla blisko 200 osób. Ustaliliśmy wspólnie z panią minister Kopacz i z ministrem Arabskim, że gdy przyjadą rodziny, musimy im przedstawić schemat procedowania, spotkać się z nimi w hotelu i przygotować na sytuację, z którą będą musiały się zderzyć.

Najtrudniejszy moment?

– Kiedy jechałem na lotnisko.

Wieczorem w niedzielę, 11 kwietnia.

– Byliśmy dużą grupą. Niesamowita była ta niepewność – w jakim stanie będą te rodziny? Czy strona rosyjska sprosta temu wyzwaniu? To były obawy o stan emocjonalny tych, którzy przylecą.

Były problemy?

– Nie. Wszystko poszło nad wyraz sprawnie. Potem były bardzo trudne nocne rozmowy.

Zdecydował pan o sprowadzeniu trumien z Włoch.

– Pokazano nam, co strona rosyjska proponuje. Ich trumny spełniały wszystkie wymogi. Ale to, co my stosujemy w służbie konsularnej, ma trochę inny standard. Nie mówię o jakości, tylko o rozwiązaniach technicznych. W wariancie rosyjskim trumna jest drewniana, przykryta metalową skrzynią. U nas w drewnianej trumnie znajduje się metalowa wkładka.

Drogie były te włoskie trumny?

– Nikt nie myślał o pieniądzach.

Kategoria „koszty operacji” nie była brana pod uwagę. Chodziło o pewność, że to, co robimy, odpowiada naszym wyobrażeniom, spełnia nasze standardy.

Kiedy zaczęło do pana docierać, że to Ruscy ich zabili, że w chmurach grzebali?

– To są zupełnie abstrakcyjne historie. Płyną oddzielnym nurtem i ja nie zamierzam do tego nurtu wchodzić.

W Moskwie zmieniła się nasza rola – polecieliśmy tam jako urzędnicy, którzy mają zapewnić sprawną organizację, a skończyło się na tym, że musieliśmy identyfikować ciała, pomagać rodzinom. To wszystko okazało się niezwykle trudne dla młodych ludzi, którzy z nami polecieli, zwłaszcza dla dwóch tłumaczek.

Bo tłumacze wchodzili w bardzo bliski, intymny kontakt z rodzinami, które były w traumie, w ogromnym stresie. Towarzyszyli im podczas okazania zwłok, podchodzili z nimi do trumny. Tak więc nagle weszliśmy w bardzo intensywne relacje z rodzinami, z Rosjanami, między sobą. Przez głowę mi nie przeszło, że znajdziemy się w takiej roli.

Dlaczego Rosjanie nie zgadzali się, żeby włożyć jakiś przedmiot do trumny?

– Na początku chcieli być bardzo rygorystyczni. Ich przepisy nie pozwalają, by poza ciałem i ubraniem wkładać coś do trumny. A rodziny chciały włożyć zdjęcie, medalik, krzyżyk, coś osobistego.

Pamiętam, że nie mogliśmy znaleźć osoby, którą dobrze znałem. Mijają godziny, pierwszy dzień, drugi. Patomorfologowie powiadamiają nas wreszcie, że może teraz. Podchodzi do mnie pani psycholog, opowiada, w jakim stanie jest ciało, i że ona odradza. Idę do tej rodziny, mówię, że zrobimy tak: ja wejdę pierwszy, zobaczę, opowiem i wtedy państwo podejmą decyzję. Rodzina zdecydowała: wchodzimy razem. I weszliśmy razem. Na tym właśnie polegała ta zmiana roli.

Nie byliśmy na to psychicznie przygotowani. Ani pani minister Kopacz, ani minister Arabski, ani ja, ani moi koledzy. Teraz można oczywiście rozbierać wszystko na detale, racjonalnie odtwarzać fakt po fakcie, ale wtedy zdarzenia miały inną dynamikę. Nie sposób było się jej nie poddać. Bo to była kwestia: a może mogę pomóc, może akurat będę miał więcej szczęścia albo przypomnę sobie coś takiego, co pomoże zidentyfikować ciało.

Psychologowie już na samym początku powiedzieli nam o pewnym mechanizmie psychologicznym. Otóż rodziny przechodzą przez trzy fazy. Pierwsza, jeśli podczas rozpoznania pojawia się jakaś wątpliwość, mówią: na pewno nie, szukamy dalej. Potem ten zbiór się kurczy, bo część osób już jest zidentyfikowana. I te rodziny, na początku sceptyczne, uświadamiają sobie, że możliwość wyboru się zmniejsza. Wtedy ich determinacja, żeby odnaleźć i podjąć decyzję na tak, rośnie z każdą godziną. Nie tylko dlatego, że są zmęczeni, ale też, a może przede wszystkim, dlatego, że kurczy się możliwość wyboru. Towarzyszą temu coraz mocniejsze emocje. Tak właśnie było.

Psychologowie wykonali tam wielką pracę. I, co chcę podkreślić, przylecieli, żeby pomagać rodzinom, ale widzieliśmy, że nas także obserwują. Nas, czyli minister Kopacz, ministra Arabskiego i mnie. A przecież sami też byli pod ogromną presją. Jak więc słyszę teraz jakieś zarzuty, że rodziny były przesłuchiwane – w podtekście, że źle te rozmowy były przeprowadzane przez rosyjskich urzędników – to tego rodzaju wypowiedzi zrzucam na karb stanu emocjonalnego, w którym rodziny ofiar się znajdowały.

Pan też identyfikował ciała?

– Tak. Czasami jedna osoba nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić: tak, to ten człowiek, więc pomagaliśmy sobie. Wśród osób, które tam zginęły, byli nasi koledzy albo osoby publiczne, które znaliśmy.

W czwartek wczesnym popołudniem jeszcze raz pojechałem do MORG-u – Centralnego Biura Ekspertyz Medyczno-Sądowych.

Nie było już rodzin, patomorfologów, nikogo. Pierwsze piętro, najbardziej emocjonalnie naznaczone. Tam właśnie czekały rodziny, przychodziło bardzo dużo ludzi. Miałem w uszach tamten gwar, pełne napięcia rozmowy. Tego dnia była kompletna cisza. Niesamowita. To było dla mnie najbardziej wstrząsające doznanie, to zderzenie dwóch sytuacji – tego wrzenia, a potem ciszy. Przeszedłem korytarzami, przez wszystkie sale. Było cicho i pusto.

Zszedł pan na dół?

– Nie. Na dole było przyziemie, skąd ciała, czy raczej ich szczątki, windami wwożono na górę. Nie odważyłem się. Tam było jak u Dantego. Kolejne piętra…

Wróciłem do Warszawy w czwartek wieczorem, 15 kwietnia.

Czy wcześniej latał pan z prezydentem?

– Tak. W kwietniu 2009 r., na Wielkanoc, byliśmy w Afganistanie. Siedziałem w drugiej salonce. Lot przebiegł bez żadnych niespodzianek.

Szef protokołu MSZ odpowiada za płynny przebieg wizyty od początku do końca. Takie ma zadanie. I to, że przemieszcza się między pierwszym salonikiem a drugim, jest absolutnie normalne. Czy wchodził do kabiny pilotów? Nie można tego wykluczyć. Zdarzało się to pewnie w przeszłości, nic w tym ekstraordynaryjnego. Szef protokołu musi wiedzieć np., czy jest opóźnienie, bo to może wpłynąć na plan wizyty. Jeśli trzeba w nim coś zmienić, lądując, musi być już na to przygotowany. Z reguły po wylądowaniu na pokład samolotu wchodzi ambasador, odbywa się ostatnia odprawa, ambasador informuje, jaka jest sytuacja, i mówi: robimy to i to i jedziemy tu i tu. Dopiero po tym goście wychodzą z samolotu. Najpierw główny gość, potem szef protokołu z ambasadorem. Ambasador przedstawia osoby czekające na głównego gościa na lotnisku, ten wita się, wsiada do samochodu i odjeżdża.

Kto odpowiadał za przygotowanie wizyty w Smoleńsku?

– Merytorycznie odpowiada podsekretarz stanu w MSZ, w którego zakresie odpowiedzialności terytorialnej znajduje się dany kraj. W tym wypadku był to świętej pamięci Andrzej Kremer. Mówiłem o tym na otwartym wspólnym posiedzeniu sejmowych komisji: Spraw Zagranicznych i Spraw Wewnętrznych i Administracji. W skrócie: wizyta premiera Tuska była na zaproszenie premiera Rosji, natomiast wyjazd świętej pamięci Lecha Kaczyńskiego był podróżą pana prezydenta w ramach obchodów 70. rocznicy zamordowania polskich oficerów w Katyniu, ich zagraniczną częścią. Organizatorem był pan minister Przewoźnik.

Obie wizyty przygotowywano równolegle, z taką samą atencją i zaangażowaniem. Jest tylko kwestia, czy to była wizyta oficjalna czy nieoficjalna. Żeby ją uznać za oficjalną, prezydenta Kaczyńskiego musiałby zaprosić prezydent Miedwiediew. Nie było takiego zaproszenia, ale nie zapominajmy, że na świętej pamięci pana prezydenta Kaczyńskiego w Smoleńsku czekał wiceminister spraw zagranicznych Rosji. Tak że nie można powiedzieć, że strona rosyjska zlekceważyła prezydenta i nie potraktowała go z należytym szacunkiem. Kiedy się przygotowywałem do wystąpienia przed komisjami, sprawdziliśmy, że grupa przygotowawcza, która była w Rosji w marcu, składała się z przedstawicieli obu kancelarii, premiera i prezydenta. Więc mówienie, że w zależności od rangi wizyty można było coś zmienić, jest kompletnie pozbawione podstaw.

Kiedyś premier Jarosław Kaczyński nie doleciał do Iraku.

– Kontrola powietrzna odmówiła wpuszczenia samolotu premiera Kaczyńskiego w przestrzeń powietrzną Iraku.

8 kwietnia 2010 r. leciałem z panem premierem Tuskiem do Pragi, gdzie premier miał wziąć udział w spotkaniu z prezydentem Obamą, tym właśnie samolotem, który się rozbił. Podróż prezydenta Lecha Kaczyńskiego do Katynia wydawała się prosta. To nie był lot na nieznane lotnisko i z partnerem, z którym się to robi po raz pierwszy. Nasze samoloty latały tam wielokrotnie. Ten sam samolot lądował tam 7 kwietnia. Logistycznie znacznie trudniejsza była np. wizyta, którą pan premier odbył kilka tygodni wcześniej w Indiach i Wietnamie. Lądowaliśmy w Bangalore, a nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek lądowały tam polskie samoloty. Trudniejsza była też chyba wizyta ministra sprawiedliwości Andrzeja Czumy w Pekinie jesienią 2009 r.

Tupolew jest bardzo dobrym samolotem, przede wszystkim jest szybki. Jego wadą jest tylko to, że zużywa dużo paliwa.

Zawsze jest wyznaczone lotnisko zapasowe. W tym przypadku były wskazane dwa: na pewno Witebsk i chyba Mińsk albo Moskwa. Darek Górczyński z Departamentu Wschodniego MSZ, kiedy zobaczył, jaka jest pogoda w Smoleńsku, zadzwonił do naszej placówki w Mińsku i powiedział, że muszą być przygotowani na to, że wyląduje u nich samolot prezydencki. W Mińsku wiedzieli o tym, że są lotniskiem zapasowym, ponieważ występując o zgodę na przelot samolotu nad Białorusią, musieli podać tę informację władzom białoruskim. Ci sami ludzie w sobotę w ciągu kilku godzin byli w stanie przygotować dwie kolumny, najpierw dla Jarosława Kaczyńskiego, a następnie dla premiera Tuska. Byli więc przygotowani do działania. I działaliby, gdyby prezydent znalazł się w Mińsku.

Ile pan spał?

– Pierwszej nocy z soboty na niedzielę w ogóle. Drugiej i trzeciej – może po dwie godziny. Przez te trzy doby spałem nie więcej niż pięć godzin.

Był pan na pogrzebie na Wawelu?

– Byłem w Krakowie, bo zakładaliśmy, że będzie sporo delegacji. Ostatecznie było ich niewiele, ze znanych powodów. Głównym organizatorem pogrzebu na Wawelu był pan minister Boni. Naszą rolą, grupy z MSZ, była obsługa delegacji zagranicznych. Z obszaru, za który odpowiadam, miało być kilka delegacji, w tym prezydent Obama, emir Kataru, premier Maroka. Przyleciał tylko premier Maroka. Spotkaliśmy się z nim potem na lunchu w hotelu Sheraton, gdzie zatrzymały się wszystkie delegacje.

Premier Abbas El Fassi szedł w kondukcie na Wawel, a ja z grupą współpracowników zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie przy pochylni prowadzącej na Wawel zaczynała się strefa wyłączona z ruchu. Nagle koło nas zatrzymuje się kolumna samochodów. Z jednego z nich wyskakuje prezydent Gruzji Saakaszwili i zaczyna biec pod górę. Przyjechał dosłownie w ostatniej chwili, kondukt docierał właśnie na Wawel, do bramy było ze 30-40 m. Minister Michał Kamiński go zauważył i zbiegł. Kondukt się zatrzymał i razem do niego dołączyli.

Pomyślałem, że gdyby ktoś chciał kiedyś kręcić film o pożegnaniu przyjaciela, to taka scena byłaby bardzo wymowna i wyrazista.

W ilu pogrzebach brał pan udział?

– Ze wszystkimi osobami, na których pogrzeby powinienem pójść, pożegnałem się tam, w Moskwie. Nie byłem w stanie jeszcze raz tego przeżywać. Można to różnie oceniać, ale taką podjąłem decyzję.

Nie korzystał pan potem z pomocy psychologów?

– Nie. Sądzę, że większość z nas nie korzystała. Człowiek nagle odkrywa w sobie możliwości, o które by siebie nie podejrzewał. Byłem w różnych miejscach i w różnych sytuacjach, ale nigdy w życiu nie przeżyłem tego, co w ciągu tych sześciu dni. Sobota, niedziela, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek to były najintensywniejsze dni w moim życiu. Nigdy wcześniej nie byłem poddany takiej presji psychologicznej, takiemu napięciu. Nigdy wcześniej nie czułem takiej odpowiedzialności w wymiarze osobistym i publicznym.

Wymiar osobisty – to były emocje, stres, że muszę się spotkać ze stu kilkudziesięcioma osobami i nie wiem, jak to emocjonalnie udźwignę. A wymiar publiczny? Byliśmy tam jako urzędnicy państwowi i mieliśmy świadomość, że sposób, w jaki wypełnimy to zadanie, będzie rzutować na ocenę całej administracji państwa. Wiedzieliśmy, że każdy błąd z naszej strony będzie miał wpływ na to, co będzie się w Polsce dalej działo. To był ten kontekst. Mieliśmy tę świadomość od samego początku.

Coś można było zrobić lepiej?

– Spotkaliśmy się potem, rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że niesamowite było to, że każdy z nas, chociaż nigdy nie był w takiej sytuacji, wiedział, co ma robić, i nie miał wątpliwości, jak to zrobić. Ani minister Kopacz, ani minister Arabski, ani inni, którzy tam byli, Powiem tak: nie można było tego zrobić lepiej. Jestem o tym przekonany. I powiem to raz jeszcze: nie zdołalibyśmy tego zrobić bez pomocy Rosjan. Ja nie mówię – władz, mówię szerzej – bez pomocy Rosjan.

Rozmowa znalazła się w książce Teresy Torańskiej Smoleńsk, Wielka Litera, Warszawa 2013

Wydanie: 15/2014

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy