Masakra na Utøi

Masakra na Utøi

Poczułem ciepło lufy karabinu. Wtedy Breivik pociągnął za spust
22 lipca 2011 r. Anders Breivik zamordował z zimną krwią 69 uczestników młodzieżowego obozu Partii Pracy na wyspie Utøya w pobliżu Oslo. Adrian Pracoń był jednym z uczestników tego obozu. Zamachowiec strzelił do niego z bliska…

Pierwsze dźwięki rozległy się, gdy szedłem do kiosku. Dwa ostre uderzenia, jakby ktoś walił w blachę. (…)
Przez parę sekund trwała cisza. Wtedy ujrzałem biegnących ludzi. Jedni pędzili na skróty, inni leśną drogą. Zastanowił mnie sposób, w jaki biegli. Dlaczego tak oglądali się za siebie? Dlaczego przystawali, odwracali się, by zaraz potem gnać dalej? Podobnie jak inne osoby na placu stałem, dopóki nie ujrzałem Tonje. Pędziła skrótem pod górę. Zbliżywszy się, wbiła we mnie wzrok.
– Uciekaj! – krzyknęła.
– Dlaczego? – zapytałem.
– On strzela!
Ruszyłem drobnym krokiem za nią, ale po paru metrach zwolniłem. Dotarłem do podnóża pagórka między stołówką a polem namiotowym. Tonje zniknęła w zagajniku. Wokół mnie zatrzymało się wiele osób i przez chwilę staliśmy tak, patrząc pytająco na siebie. Ciekawość walczyła ze strachem. Nagle ktoś otworzył okno w dużej sali. Pojawiła się w nim głowa Kahlida.
– Co się dzieje? – zapytał.
– Zamknij wszystkie okna i drzwi na klucz – rozkazałem.
Zaraz potem rozległ się następny huk. Tym razem dużo głośniejszy, jakby dochodził z drugiej strony lasku. Zaledwie 5 m dalej ujrzałem dziewczynę biegnącą w moją stronę leśną drogą. Dwa kolejne, donośne uderzenia. Padła w przód i została na ziemi. Kątem oka dostrzegłem, jak obok niej upada jakiś chłopak. Co to ma być? Ćwiczenia? Jakaś gra? Cofałem się między namioty ścieżką wydeptaną w błotnistej trawie, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy.

Pierwsza ofiara

Wyszedł zza drzew na drogę, gdzie upadła dziewczyna. Miał wyprostowane plecy. Stąpał szybko, zdecydowanie, jednak nie reagował na uciekających ludzi. Szedł w moim kierunku. Widziałem, że ma na sobie ciemne ubranie, spodnie wpuszczone w buty, coś na kształt munduru policyjnego. Na ramieniu miał zawieszoną torbę albo worek. Droga, którą szedł, była położona zaledwie 5 m ode mnie, a namiot, za którym się kuliłem, sięgał mi tylko do piersi. Nie widział mnie. Wzrok miał wbity przed siebie, w wejście do małej sali. Wszystko inne zdawało się dla niego nieważne lub niewidzialne.
Może już zauważył dziewczynę w szarych dresowych spodniach. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła, czy stała tam cały czas, a może wracała spod prysznica. Nie wiedziała, co właśnie się stało, bo szła prosto w jego stronę. A on kroczył jej na spotkanie. Gdy znalazła się zaledwie metr od niego, mniej więcej w odległości, kiedy naturalne byłoby, gdyby któreś z nich się odezwało, prawą ręką wyciągnął pistolet, który wycelował prosto w nią. Wycofała się, ale było za późno. Strzelił trzy razy w jej tułów. Wtedy stanął nad nią, krótko się jej przyjrzał, po czym oddał dwa kolejne strzały. Za każdym trafieniem jej kończyny drgały konwulsyjnie.
W tym samym momencie wszyscy wokół mnie rozbiegli się w panice. Instynktownie ruszyłem za nimi. (…) Kuliliśmy się w biegu. Przy zagajniku upadła jedna dziewczyna. Najpierw sądziłem, że podobnie jak wielu innych potknęła się o odciągi porozpinane między namiotami. Jednak ona została na ziemi, a gdy się odwróciłem, zdawało mi się, że widzę w jej plecach dziurę.
Tymczasem policjant wkroczył już między namioty przy stołówce. Musieliśmy biec dalej. Między pnie drzew, przez las. (…) Kierowaliśmy się ku wodzie. Czasem w linii prostej, kiedy indziej zygzakiem, gdy czuliśmy, że jesteśmy na celowniku mordercy. Biegnąc, krzyczeliśmy do siebie.
– Musimy wezwać policję! (…)
Czekałem, aż ktoś gwizdnie i przerwie całą akcję. Myślałem, że jakaś organizacja chce nas w ten sposób czegoś nauczyć. (…)

Jedna możliwość: zawrócić

Do cypla dobiegłem ostatni. Na kamieniu leżały bluzy i podkoszulki, buty i spodnie. (…)
Długie sznurówki butów górskich miałem zawiązane na supeł i przymocowane do spodni trekkingowych za pomocą pętelek. Rozsupływanie ich zupełnie nie wchodziło w grę. Wydobyłem telefon komórkowy z kieszeni i szybko zawinąłem go w szarą bluzę AUF-u, która została na kamieniu. Wtedy zrobiłem kilka pierwszych kroków w wodzie. Całkowicie ubrany. (…)
Gdy lodowata ciecz dotarła do mojej szyi, gdy buty i spodnie zaczęły mi nieznośnie ciążyć, musiałem już jedynie trzymać się blisko osób płynących przede mną. (…) Po jakichś 50 m nie wytrzymałem. (…) Z każdym ruchem ramion z coraz większym trudem utrzymywałem się na powierzchni. Próbowałem położyć się na plecach, lecz nic to nie dało. (…) Nigdy wcześniej nie płynąłem w wodzie, która tak mocno ściągała mnie w dół. Czułem, jakby coś chwyciło mnie za kostki i chciało zaciągnąć na dno. Aby się odciążyć, próbowałem rozwiązać sznurówki. Jednak za każdym razem, gdy opuszczałem ręce, zapadałem się i łykałem wodę. Poszedłbym na dno, nim zdążyłbym zdjąć buty.
Coraz trudniej było mi myśleć w logiczny sposób. Jeden głos podpowiadał: płyń za ludźmi, jesteś w niebezpieczeństwie. Inny mówił: tę przesadę możesz przypłacić życiem. Wreszcie jednak w mojej głowie została tylko jedna możliwość: zawrócić. (…) Byłem najwyżej 20 m od wyspy, gdy wszystko stanęło w miejscu i toń wciągnęła mnie po raz ostatni. (…)
Wyciągnąłem nogi, by wyczuć podłoże. Stopy natrafiły na skałę. Było na tyle płytko, że podbródek wystawał mi nad taflę wody. Resztką sił zrobiłem dwa chwiejne kroki i wszedłem na cypel. Kaszlałem. Zdawało mi się, jakby w płucach zebrała się krew, ale była to tylko woda. Odkaszlnąwszy i odzyskawszy oddech, powlokłem się na kamień.

Na celowniku

Woda sięgała mi mniej więcej do pasa, gdy zobaczyłem, jak wychodzi z krzaków. (…) Spokojny i opanowany zatrzymał się na występie zaledwie 7 m od miejsca, gdzie stałem. Wzrok utkwił w odpływających. Skuliłem się zwrócony częściowo do niego, a częściowo do przyjaciół w wodzie. (…) Uniósł coś na kształt karabinu i przytknął do niego policzek. Na powierzchni wody widać było zarysy dziesiątek głów. Wtedy wypalił. Huk nie przypominał niczego, co w życiu słyszałem. Metaliczny brzęk, a po nim głęboki, donośny bas. W fiordzie ukazał się biały słup, który po chwili opadł na wodę jak deszcz. Odległość była znaczna. Wycelował i znów wypalił. Tym razem strzał trafił zupełnie gdzie indziej. Z miejsca, w którym stał, tuż przy wodzie, pewnie trudno mu było celować. Milimetr za wysoko i kula trafiała 10 m dalej. Milimetr za nisko i kuli brakło 10 m. Znowu wystrzelił. I znów pudło.
Ten człowiek nie strzelał, by wzbudzić strach, ale by zabić. (…) Po paru sekundach opuścił karabin i krzyknął:
– Zabiję was wszystkich!
Odezwał się znienacka. Początkowo obojętny i spokojny, teraz nagle stracił opanowanie. Zawahał się chwilę jakby z zadowoleniem, po czym znów wrzasnął, tym razem tak głośno, że głos mu się załamał.
– Umrzecie!
Wtedy ponownie uniósł broń i wystrzelił. Ile razy? Cztery? Pięć? Nie wiem, ale po kilku strzałach trafił prosto w grupkę płynących dzieciaków. Znów ukazał się słup wody. Jednak tym razem wydawało się, że ma inny kolor.
Gdy skończył, opuścił karabin na wysokość biodra. Stał chwilę, patrząc na fiord, po czym się odwrócił.
Trudno powiedzieć, czy widział mnie cały czas, czy zauważył dopiero później. Gdy się obrócił, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Jednym ruchem przeniósł wzrok z odpływających na mnie i uniósł broń. Woda sięgała mi do ud. Nie miałem dokąd iść. Miał przed sobą żywą tarczę. Musiał jedynie pociągnąć za spust. Przyłożył policzek do karabinu i zmarszczył czoło.
– Nie! – ryknąłem resztką sił w płucach. Moje ręce wisiały luźno po bokach. – Nie strzelaj!
Wstrzymałem oddech. Serce waliło mi tak mocno, że musiało być widoczne przez mokry podkoszulek. Gdzie mnie trafi? W głowę? W serce? (…)
Zamknął oko.
Teraz to już koniec.
Wtedy opuścił karabin, odwrócił się na pięcie i zniknął. Z trudem złapałem powietrze. W tej samej chwili ugięły się pode mną kolana. Niepewnym krokiem ledwie zdołałem wejść na wysepkę, po czym opadłem na kamień.
Z jakiegoś powodu wciąż żyłem. (…)

Telefon od ojca

Regularnie dochodziły mnie salwy strzałów, a po nich krzyki. Oznaczało to, że wiele osób znajdowało się w tej samej sytuacji co ja, tylko jak mielibyśmy wydostać się z tego piekła? (…)
Moja przyjaciółka widziała wiadomości i przysłała mi esemes.
„Jesteś na wyspie?”.
Zacząłem jej odpisywać, gdy usłyszałem serię strzałów zaledwie 20, 30 m dalej. Jak przerażone zwierzę zamarłem w bezruchu, zbyt wyczerpany, by cokolwiek zrobić.
„Przyślij pomoc”, napisałem.
Niedługo potem zadzwonił telefon. „Varden” – pokazał wyświetlacz. Niewiele osób śledziło mnie na Twitterze, lecz jedną z nich był dziennikarz z lokalnego dziennika. Pewnie przeczytał któryś mój wpis i zobaczył, że wybierałem się na tegoroczny obóz.
– Dostaliśmy informację o strzelaninie na Utøi. Jesteś tam? – zapytał.
– Tak – odpowiedziałem.
– Co się dzieje?
– Doszło do wymiany strzałów.
– Ktoś jest ranny?
– Postrzelono mnóstwo osób.
– Widziałeś jakichś zabitych? (…)
– Z tego, co widziałem, zabito co najmniej cztery osoby – powiedziałem.
– Ukryj się – polecił dziennikarz.
– Dzwonię na policję.
– Jestem dobrze schowany – wyjaśniłem. (…)
Zanim zdążyliśmy się rozłączyć, pojawiła się nowa rozmowa. Dzwonił ojciec innego obozowicza. Nigdy nie dowiedziałem się którego. (…) Dopiero kilka dni później uderzyło mnie, że nie zapytał w ogóle o swojego syna czy córkę. Zależało mu jedynie, by wiedzieć, co się dzieje i czy jestem bezpieczny.

Nasi najlepsi ludzie są w drodze

A bezpieczny nie byłem ani trochę. (…) Po przeszło 20 minutach spędzonych na kamieniu wreszcie dodzwoniłem się na policję. Według rejestru posterunku w rejonie południowego Buskerudu była wtedy 17.59. Na drugim końcu linii odezwała się kobieta.
– Centrala operacyjna.
– Jestem uczestnikiem obozu na Utøi – przedstawiłem się. – Czy wiecie o strzelaninie, która tutaj trwa?
– Tak, mieliśmy mnóstwo zgłoszeń.
– Jedziecie tu?
– Tak, nasi najlepsi ludzie są w drodze. Gdzie jesteś?
– Na wyspie. Na skraju plaży. Wokół mnie leży mnóstwo ubrań, więc raczej mnie nie znajdzie.
– To dobrze.
– Ktoś tu chodzi i strzela…
– Widziałeś go?
– Tak, właśnie we mnie celował.
– Postrzelił cię?
– Nie. Zrezygnował i nie strzelił do mnie.
– Jak wyglądał?
– Miał na sobie ciemne, ciasno przylegające ubranie. Gładko zaczesane blond włosy. Wygląda jak nazista.
– Jaką miał broń?
– Karabin. Podobny do AK-47.
Na drugim końcu zapadła cisza.
– Przepraszam, musiałam to zapisać.
– Marznę.
– Może owiń się ubraniami, które leżą wokół?
– Nie, wolałbym się teraz nie ruszać.
– Okej. To rozsądne. Leż przy ziemi.
– Długo jeszcze potrwa, zanim tu przyjedziecie?
– Nasi ludzie wkrótce tam będą.
– Wysłaliście helikopter? Nie płynie teraz żadna łódź.
– Helikopter też leci.
– Dobrze. Nie słyszę go.
– Usłyszysz, dopiero gdy będzie tuż nad twoją głową.
Rozległa się następna salwa strzałów.
– Boże, to na lądzie też strzelają? – zawołałem.
– Przedostał się na drugą stronę? – zapytała dyspozytorka.
– Nie widziałem, ale niedawno płynęła łódź.
– Widzisz, żeby ktoś strzelał?
– Nie, ale słyszę.
– Obiecaj mi, że będziesz tam leżał. Nie płyń, nie biegnij, pozostań w ukryciu, dopóki sytuacja nie będzie pod kontrolą. (…)
O 18.06 zaktualizowałem status na Facebooku. Słowa przyszły same, lecz zdrętwiałe z zimna palce nie zdołały poprawnie złożyć liter:
„Strzlaina na Utøya. Jstem tu i kocham was wszytkich”.
Miałem względną pewność, że to będzie mój ostatni przekaz dla świata. On mógł wrócić w każdej chwili. Dobrze się poczułem, gdy to zrobiłem. Mogłem też co prawda napisać esemes, ale do kogo? (…) Nie mogłem wysłać takiej wiadomości mamie, która była w Polsce i nie byłaby w stanie nic zdziałać, ani tacie, który choruje na serce. Moich rodziców nie ma na Facebooku, więc nie musiałem się obawiać, że przeczytają tam moją wiadomość. Ale dobrze było wiedzieć, że gdyby nie udało mi się przeżyć, informacja ostatecznie w jakiś sposób do nich dotrze.

Bez litości

Minęło 10 minut, kiedy kolejna grupa około 20 zgarbionych osób przeskoczyła te same krzaki, które my pokonaliśmy jakąś godzinę wcześniej. Szeptali do siebie krótko i niespokojnie oglądali się przez ramię, po czym zebrali się na kamieniu i w wodzie wokół mnie. (…) Jakaś dziewczyna blisko dwudziestki podeszła do mnie, by zapytać, jak się czuję.
– Zimno mi – odparłem.
– Zaraz ześlizgniesz się do wody – powiedziała i pomogła mi wspiąć się wyżej na kamień. Okryła mnie kurtką przeciwdeszczową, zaczęła pocierać mi plecy. (…)
– Musimy płynąć – stwierdziła.
Nie było takiej możliwości. Ledwie przeżyłem pierwszą przeprawę.
– Musimy tu zostać – sprzeciwiłem się. – Tak jest najbezpieczniej. Widziałem, jak strzelał do ludzi w wodzie. (…)
Po krótkiej wymianie zdań grupa się rozdzieliła. Dziewczyna, która okryła mnie kurtką, razem z paroma innymi osobami zaczęła się rozbierać, po czym wszyscy weszli do wody i popłynęli przed siebie. Pozostali rozlokowali się na niewielkiej przestrzeni wysepki, którą mieli do dyspozycji. (…)
Nad nami, kilkaset metrów w głąb fiordu, pojawił się helikopter. (…) Przez moment wydawało się, że śmigłowiec wyląduje, on jednak poleciał dalej. (…) Zaaferowany dźwiękiem i widokiem helikoptera zupełnie zdębiałem, gdy dotarły do mnie wydarzenia następnych sekund. Zaczęło się od tego, że dwie osoby upadły w zarośla. Wtedy jakaś dziewczyna wbiegła do wody.
– To on! – ktoś zawołał.
– Idzie! (…)
Tym razem wyszedł prosto z krzaków po zachodniej stronie wyspy. Pierwsza salwa rozległa się tak głośno, że odskoczyłem na pół metra od kamienia. Wtedy zabrzmiała nowa seria strzałów, a po niej krzyki, których nie słyszałem w najgorszych koszmarach. Wołania o litość. Mocno zacisnąłem powieki. Udawałem martwego. To nie był świadomy wybór, po prostu tak się stało.
Rozwarłem powieki i ujrzałem, jak jakiś chłopak za krzakiem przewraca się na bok. Dziewczyna w samym staniku i spodniach wbiegła do wody. Rozglądała się na boki, jakby szukała ostatniej drogi ucieczki. Ale nie miała dokąd biec. Za nią stał morderca. Przed nią rozciągała się tylko woda.
Błaganie. Stłumiony krzyk.
Wówczas rozległ się huk. Zrobiła krok w przód. Znowu huk. Druga dziura tuż obok pierwszej. Padła przed siebie w wodę, jakby chciała rzucić się wpław. A kiedy tak leżała z twarzą w dół, strzelił do niej jeszcze raz. Zamknąłem oczy, lecz było już za późno.
Zabrzmiały dwa kolejne strzały, dwa potężne trzaski, a po nich poczułem szturchnięcie w plecy, gdy coś upadło na kamień, i nacisk na nogi, kiedy ktoś na nich wylądował i znieruchomiał. (…)

Serce na kamieniu

Kurtka przeciwdeszczowa zakrywała mi głowę do połowy, więc mogłem coś zobaczyć. Jego buty. Znajdowały się tuż przy mojej twarzy. Kopał martwe ciała leżące wokół mnie. Jakby chciał sprawdzić, czy ktoś jeszcze żyje. Znów zacisnąłem powieki.
Pisk w uchu narastał. Był tak głośny, że mógłbym przysiąc, iż on też go słyszy. Cicho – pomyślałem. Proszę, bądź cicho. Ale nie mogłem pozbyć się tego dźwięku. Wstrzymałem oddech. (…) Wtem poczułem słabe ciepło tuż przy uchu. Ciepło lufy karabinu. Moje serce biło o kamień.
Wtedy pociągnął za spust.
W fali ucisku, która zalała mnie zaraz potem, miałem wrażenie, jakby eksplodowała cała moja głowa. Zupełnie zanikł słuch w lewym uchu. Jednak samej kuli prawie w ogóle nie poczułem. Jak gdyby ktoś pstryknął mnie w ramię. Leżałem nieruchomo, czekając na następny strzał. Jednak on nie nadszedł. Gdy otworzyłem oczy, ujrzałem, jak odchodzi po kamieniach wzdłuż brzegu w stronę głównego budynku. Później wkroczył na ścieżkę prowadzącą w lewo do świetlicy i zniknął. (…)
Lewa ręka wydawała się zimna i jakaś dziwna. Jak gdyby odjęto mi całe plecy. Ostrożnie usiadłem i zdjąłem kurtkę. Bluza AUF-u była zakrwawiona i postrzępiona. Wolałem nie wiedzieć, jak wygląda rana pod spodem.
Kilka metrów dalej w płytkiej wodzie leżała dziewczyna próbująca wspiąć się na brzeg. Miała jasnobrązową skórę i czarne, kręcone włosy. Musiała być jedną z osób, które przebiegły nade mną, gdy zaczęto strzelać, ale potknęła się po drodze.
– Nie mogę iść – powiedziała. – Pomożesz mi?
Gdy już miałem wstać, zauważyłem chłopaka leżącego na moich nogach. Potrząsnąłem nim, ale nie zareagował. Nie widziałem wcześniej martwego człowieka. Teraz wszędzie wokół było ich pełno. Na kamieniu, w krzakach, w wodzie. Chwyciłem dziewczynę pod ramiona i zobaczyłem, jak otaczająca nas woda zaczęła zmieniać kolor. (…) Zaparłem się, by wciągnąć dziewczynę na ląd, a ona odpychała się jedną nogą. Drugą, nieruchomą, wlokła za sobą. Pośrodku uda miała ranę postrzałową wielkości mojej dłoni. Gdy ją spostrzegła, zaczęła szybciej oddychać.
Wciągnąłem ją na kamień i położyłem się obok. Gdy okrywałem nas kurtką przeciwdeszczową, z zarośli dobiegł chłopięcy głos.
– Zostaw nas! – zawołał. – Dość już zabiłeś!
Zaraz potem wszedł na kamień. Mógł mieć najwyżej 10-11 lat.
– Widzieliście mojego tatę? – zapytał.
Mówił zbyt głośno, ale nie byliśmy w stanie go uspokoić.
– Zamknij się – szepnęła dziewczyna leżąca obok mnie. – Przez ciebie nas zabije.
Powiedziałem, że możemy mu pomóc, ale chyba go nie przekonałem. Niedługo później poszedł dalej w głąb wyspy i zniknął mi z oczu.
Tymczasem dziewczyna zaczęła słabnąć. Jej twarz poszarzała. Usta zrobiły się sine. Przywarłem do niej mocniej pod kurtką, próbowałem odwrócić jej uwagę.
– Dobrze byłoby teraz zapalić – powiedziałem.
To pierwsze przyszło mi do głowy. Nie odezwała się.
– Mam przy sobie portfel, więc będziemy mogli kupić sobie paczkę, gdy wrócimy na ląd.
Przestała się trząść i popatrzyła na mnie pytająco.
– Bo zakładam, że kiosk jest zamknięty.
Nie byłem pewien, czy mogę się roześmiać. Na szczęście ona zaczęła pierwsza. Głos dobywał się z głębi brzucha. Po chwili oboje leżeliśmy na kamieniu, zanosząc się śmiechem.
Rozmawialiśmy o tym, co zrobimy po dotarciu na ląd. O tym, że obóz musi trwać dalej, gdy to się skończy. Przecież nie odbył się jeszcze kabaret centralnego zarządu! Jens musi wygłosić swoją mowę! Gadaliśmy z Alexandrą o naszych rodzicach i śmialiśmy się z palców, które po długim przebywaniu w wodzie pomarszczyły się nam jak rodzynki. (…)

Coś się teraz stanie

Było ich trzech, przybiegli tą samą drogą co my, zanim rzuciliśmy się wpław. Mieli na sobie czarne mundury i nieśli broń. Dzieciaki w krzakach zaczęły krzyczeć:
– Idźcie sobie!
– Zostawcie nas!
Cisnęły w nich kamieniami, które miały pod ręką. Leżałem, czekając, co zrobią przybyli. Czy uniosą broń? Proszę – pomyślałem – już starczy. Byłem tak wyczerpany, znużony wszystkim. (…)
Jeden z nich rzucił się na pomoc osobom leżącym w krzakach. Drugi pobiegł na koniec cypla, żeby zająć się chłopcem na kamieniu. Ostatni przykucnął koło mnie i Alexandry.
Coś się teraz stanie. Uratują nas.
Przyjrzawszy się nam krótko, policjant wstał i zaczął wykonywać rękami zamaszyste ruchy, dając znaki w kierunku nadpływających łodzi. Jego kolega wyjął latarkę, by nadać w stronę lądu sygnał alfabetem Morse’a. Gdy policjant znajdujący się po naszej stronie usiadł, zaczął dokładniej badać Alexandrę. Zachowywał się profesjonalnie i spokojnie, lecz jego spojrzenie zdradzało, że widok go przeraził. Kiedy opatrywał jej ranę, zapytałem go, co się stało.
– Złapaliście go? Żywego?
– Tak – odpowiedział. – Zatrzymaliśmy jedną osobę. Widziałeś więcej ludzi?
Na podstawie tego, co słyszałem przez radio, wiedziałem, że na drugą stronę płynął tylko jeden policjant, ale echo dobiegające od lądu sprawiało, że czasem miało się wrażenie, jakby tam też ktoś strzelał. Policjant uspokoił mnie, że ludzie na lądzie sprawdzają taką możliwość. Wyjął z kieszeni kurtki bandaż, którym zaczął owijać ranę na udzie Alexandry. Próbowałem usiąść, ale mnie powstrzymał.
– Nie wstawaj. Leż – rozkazał. – Przyciskaj ranę do kamienia. To zatamuje krwawienie.
Zaraz potem na cyplu zjawiła się następna grupa policjantów.
– Delta, Delta! – wołali, przedzierając się przez zarośla.
Zapytałem funkcjonariusza, dlaczego tak krzyczą. Wyjaśnił, że to w celu identyfikacji, aby nie doszło do nieporozumień, a mnie uderzyło, jak bardzo się narażali, by nam pomóc. Gdyby w tym momencie z krzaków wyszedł jeszcze jeden sprawca, byliby bez szans.

Skróty, tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
Fragment z książki Adriana Praconia, Masakra na wyspie Utøya, tłumaczenie Katarzyna Tunkiel, Pascal, Bielsko-Biała 2013

Wydanie: 31/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy