Fuckup, czyli co mi zrobił Flaubert

Fuckup, czyli co mi zrobił Flaubert

Zła passa zaczęła się w klubokawiarni Mleczarnia. Jeszcze w południe dzień z wdziękiem usypiał naszą czujność. Śródziemnomorskie lato w Europie Środkowej, w dolnośląskim mieście, było co najmniej do zniesienia, kiedy siedzieliśmy w podwórku przy synagodze obstawieni kawami i innymi piciami, petami i smartfonami. Ze smartfonów odzywała się praca. Była jak dżin w butelce. Zamknięta i bezradna, ale wściekła, gotowa wykorzystać każdą sekundę naszej słabości. Za szybą smartfona ktoś stukał palcem w blat, ktoś groził zerwaniem stosunków, inny obcinał pensję lub próbował szantażu. A my mieliśmy to w ciulu. Siedzieliśmy – i ciul. Wiedzieliśmy: czasem trzeba wyrwać kilka godzin światu, pójść w kawiarniany eskapizm. Zgubić kluczyki do aut. Miękkie kompetencje przekierować tu. Przy stoliku siedziało kilka osób: ruda z radia, warszawsko-wrocławski pisarz, który kiedyś kandydował na prezydenta, łysa śpiewaczka, fotograf kaplic i ja.
Czasy, kiedy byliśmy genialni, minęły wraz z latami 90. Ale raz na kilka miesięcy zdarzał się taki dzień jak ten: rzucaliśmy palindromami, łacińskimi powiedzonkami, kłóciliśmy się o przekłady i mieliśmy nadzieję, że słyszą nas obie połowy kawiarnianego ogródka Mleczarni. Na wszelki wypadek raz na jakiś czas ktoś z nas wstawał i odgrywał scenkę, machał rękami, żeby udowodnić racje jakiegoś filozofa z XVI w. lub scenicznym szeptem zdradzał środowiskowe plotki.
Jakiś czas temu byłam u rudej w radiu. Polecałam książki na lato i – rzecz jasna – na czas pandemii. Zaplątała się tam jedna czy druga genialna książka, bez której świat, ma się rozumieć, rozpadłby się. A ta jedna, naprawdę szczególna książka, to „Listy do Luizy” Gustave’a Flauberta w wyborze i przekładzie Ryszarda Engelkinga. Rzecz ta nie tylko jest wybitną literacką wyżerą, ale pozwala np. podglądać mistrza podczas pisania „Pani Bovary”. Kim była tytułowa Luiza, wyjaśnia tłumacz w przedmowie do wydania. Wiadomo o niej dość dużo, bo była muzą swojej epoki, pozowała rzeźbiarzom, była utrzymanką ambasadorów i miała wśród francuskich elit wielu popleczników i wielbicieli, którzy pomagali jej w życiu i literackiej karierze. Jedno jest pewne: była niewyobrażalnie piękna, a jej romans z Flaubertem miał nie tylko podłoże intelektualne (pisarz na bieżąco czytał krytycznie jej teksty), ale przede wszystkim cielesne. Poznali się w pracowni rzeźbiarza Pradiera i już nazajutrz zostali kochankami. Bardzo namiętnymi i witalnymi. „Odpowiadali sobie fizycznie i raczyli się rozkoszą”, napisał Engelking. Przytoczył zresztą młodzieńczy portret Flauberta napisany przez jednego z jego przyjaciół: „Jasna cera, lekko zaróżowione policzki, długie jedwabiste, puszczone luźno włosy, wysoka barczysta postać, bujna płowozłota broda, ogromne zielone jak morze oczy pod czarnymi brwiami, tubalny głos, przesadna gestykulacja i donośny śmiech sprawiały, że zdawał się młodym wodzem Galów stającym do walki z Rzymianami”.
Przepraszam, że tak wymieniam, ale muszę rzecz uplastycznić. Widzą Państwo tego półboga? Nie dość, że obdarzonego nieludzkim talentem, to jeszcze barczystego jak Platon? Ona zatem piękna i sławna, on zdolny i równie piękny – w łóżku „raczyli się rozkoszą”. Opowiadam to niby przy stoliku, ale wiem: połowa Mleczarni nadstawia ucha. Jest naprawdę cicho i przez chwilę czuję się jak Krystian Lupa na próbie Krystiana Lupy. Świat wokół uległ hipnozie, wszyscy próbują oswoić się jakoś z obrazem kopulującego Adonisa – pisarza, który jednym spojrzeniem każdą z nas mógłby zmienić w drzewko mirtowe. I wtedy siedzący obok kolega, fotograf kaplic, nieśmiało wtrącił coś, zerkając spod żółtych okularów. „Flaubert piękny? Agnieszko…”. Przez chwilę trwałam w swojej czytelniczej pewności, ale on miał pewność fotografa i wpisał w Google Francuza – bardziej ufał zdjęciom. Pokazał nam dagerotyp, a na nim mistrz: z podwójnym podbródkiem, żałośnie wciśnięty we własny kołnierzyk, z kinolem czerwonym, z bojowo odstającymi włosami po obu stronach swojej cennej głowy. Z oczami wybałuszonymi tak bardzo, jakby mu ktoś… zresztą, co będę Państwu opowiadać, proszę sprawdzić.
Zamrugałam oczami, wyrwałam fotografowi kaplic telefon i zaczęłam pośpiesznie skrolować. Może złośliwie wybrał jakieś stare zdjęcie, może to był jakiś pijacki okres, jakiś zły moment – wszyscy takie mamy! Ale nie! Wszędzie podobne wersje mało szlachetnej podobizny. „Musiał być już stary!”, zamiast zmienić temat, brnęłam w nieznane. Ale on umarł, no cóż, umarł dość młodo.
Literacki romans, tak pieczołowicie przeze mnie zaprojektowany, zaczął się rozpadać na naszych oczach. Publiczność czekała w napięciu, kręciła młynki palcami. Och, ile bym dała, żeby być teraz tamtą dziewczyną przy wejściu, skromnie szepczącą nad zieloną herbatą, zostawiającą własne porażki dla siebie i przyjaciółki. Podczas gdy ja będę musiała się wyprowadzić. Moja wiarygodność spadła do zera i poczułam się jak kiedyś latem w Berlinie, kiedy głód wygonił mnie na ulicę. Znalazłam jedynie zapuszczonego McDonalda – zamówiłam wrapa, dostałam coś zimnego, zalanego czosnkowym sosem. Zjadłam to na ławce, patrząc na kości, które ktoś (fan konkurencyjnego KFC?) rozrzucił wokół ławki. I podeszli do mnie polscy żule, którzy postanowili zrobić sobie wigilię. To jest właśnie fuckup, czyli – jak podaje bezlitosny słownik – „burdel, siara, prostactwo, rozpierdol”. Tak mi za uczucia odpłacił Flaubert.

Wydanie: 32/2020

Kategorie: Agnieszka Wolny-Hamkało

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy