W kaloszach, z pizzą między zębami

W kaloszach, z pizzą między zębami

Kiedyś, robiąc na własne potrzeby swój boys band, użylibyśmy „kolorowego magazynu”, ale ponieważ teraz jesteśmy już niemal cyfrowi, najpierw drukujemy z netu kilka stron z przygodami celebrytów, a potem już z papieru wycinamy:

– chłopaka z baby face (niewinną buźką): wielkie oczy, blond loczek. Na pewno ma psa i chętnie poogląda z tobą twój rodzinny album. Potem zrobi koktajl z pietruszką i włączy „Przyjaciół”;

– bad boya: jest wyższy, potężniejszy. Zadarty nos, łańcuch na szyi, skórzana kurtka. Ręce chwacko założone na klacie, szeroki rozkrok, bic pulchny jak pieczarka;

– chłopca z katalogu z obuwiem sportowym: szczupły, rozjaśniony, obsypany proszkiem do prania. Pije dużo wody, szybko stawia namiot. Kieszenie ma wypchane biletami na mecze (chętnie cię weźmie ze sobą!);

– efeba typ emo: oczy wypełnione melancholią, jedna łza drży w kąciku, istnieje ryzyko, że w końcu zakołysze się – i spadnie. Włosy ma czarne jak myśli ministra od edukacji, z granatowym szlakiem (minister ma szlak brunatny). Nasz emo ma zresztą wszystko czarne, nawet, przepraszam, duszę. On jeden wie, że wszyscy umrzemy.

Tak ułożony boys band naklejamy na kartkę, ekologicznie skanujemy, a potem rozsyłamy uroczystym memem w świat, ha, ha. Zazwyczaj działa.

Niebawem przeniesie się na youtube’y i netfliksy, zmieni płeć, rozsadzi się w serialach. Dobrze dobranych chłopców z naszej karteczki łatwo wypełnić treścią, która czeka w bazie stereotypu jak gotowy farsz do indyka.

Dobrze też zawsze zadziała kontrast i łatwy suspens. Powiedzmy: różowa blondynka z pieskiem na rękach dostaje się na prawo, emo gość w końcu daje komuś w pysk. Przemocowy dupek ląduje z grzywką w błocie. Sportowiec obnaża półkę pełną Prousta – i to jest ten twist. Układanie ludzkich puzzli i gotowych historii dla nich (a takie zestawy są zawsze skuteczne) to już od dawna nie jest zadanie dla ludzi, ale zabawa dla zmęczonych algorytmów.

Nie po to mamy w życiu bliźnich, że tak powiem, złożonych, żeby jeszcze się męczyć i np. w telewizji złożone charaktery studiować. Covid, północ, chory, zamknięty świat. Chcemy tylko spać. Jesteśmy w stanie oglądać jedynie zmagania prostych charakterów, wchłaniać proste historie. I tylko czasem, po długiej flaucie, mamy ochotę na coś ambitnego, z innej półki, na „oscarową rolę”. Niestety, wszystkie z prawdziwym Oscarem już widzieliśmy, trzeba poszukać tych z „potencjalnym Oscarem”. Jak je znaleźć? No więc tak:

– w głównej roli gwiazda, ale tym razem bez mejkapu, tłuste włosy, w buzi pizza, bluza z kapturem i wielka, zielona kurta, tzw. parka. Posuwisty krok, okrągłe, zgarbione plery. Jak najwięcej zbliżeń na „naturalną cerę”. Trzęsące się ambitnie ujęcia. Jeszcze puszka, jeszcze pączek. Sztuczny nos, pigułek stos. Najlepiej, jak aktorka mocno przytyje „do roli” (na czerwony dywan przyjdzie już jak szczapa). Nieco grubsza jest tak prawdziwa, tak gra, że niemal można jej dotknąć, poczuć jej oddech na plecach. Albo ją oszpećmy, o! Jak Charlize Theron do „Monstera”? Publiczność nerwowo przygryzała wargi, obserwując jej transformację: jak to w ogóle możliwe?! Albo jak Kate Winslet w „Lektorze”? Zaczerwienione ciało, które pocierała ryżową szczotką, niewiele miało wspólnego z alabastrem skóry Rose z „Titanica”. To było dopiero ambitne, prawda? Na przykład teraz. Kate jako Mare w nowym serialu HBO. Znów mocno stąpa po ziemi. Uśmiecha się w dół, jak Bogusław Linda, połowę pizzy łatwo żuje w buzi, na głowie ma jakby ombré (czarne od góry, jasne na dole), które straciło proporcje. Utyka i – to się znowu dzieje! – ma tę burą kurtkę! Wielką, wielgachną kurtę właściwie, co mówi do nas prawdziwą prawdę jak skóra bad boya w boys bandzie: „Jestem bezkompromisowym ubiorem, narzędziem pracy osób, które nie muszą i nie chcą się podobać. Mają bowiem ważniejsze sprawy od zdrowej żywności i garderoby na głowie. Walkę o czyjeś życie, do cholery. Czyjś świat”.

Proszę was, czy to naprawdę musi być aż tak proste? Czy taka świetna Winslet, genialna McDormand, bardzo dobra Theron muszą być aż tak do końca przeflancowane przez reżyserski algorytm, żeby było jasne, że to feminizm, że kobieta bez makijażu się liczy, że taka w wielkiej kurcie robi ważne i piękne rzeczy („Zobaczcie, nie uwierzycie, nawet ci, co jedzą pizzę, mogą mieć szlachetne myśli, a ich czyny mogą być pożyteczne!”)?

Ja wiem, świętą patronką tych bohaterek jest ciężarna policjantka z „Fargo” i wszystkie jej serialowe następczynie – spokojne, lecz nieprzejednane. U źródła jest odpowiedź na głupi i obosieczny ejdżyzm producentów, którzy chcą zatrudniać głównie aktorki do dwudziestki. Ale może odpowiedź mogłaby być trochę bardziej skomplikowana niż zamach cepem, mechaniczne odchylenie wahadła w drugą stronę? Inaczej znów znajdujemy się na koncercie boys bandu. Patrzymy tylko na innego chłopaka.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy