Sedesy moich snów

Sedesy moich snów

Jest w „Rodzinie Soprano” scena, w której główny bohater i boss – Tony (w tej roli nieżyjący już, wybitny aktor James Gandolfini) – zasiada z przyjaciółmi do stołu. Jeden z członków mafii – Paulie Walnuts (grany przez Tony’ego Sirica) – zaczyna przed jedzeniem zaciekle szorować dłonie przy umywalce. Zapytany przez bossa o te specjalne zabiegi higieniczne, Paulie odpowiada: „To dlatego, że dotykałem sznurówek”. Potem następuje krótki, wspaniały monolog o tym, jak groźną bombą biologiczną są sznurówki, których dotknięcie musi się skończyć czymś strasznym (pewnie zatruciem całego organizmu). Następnie Paulie przedstawia przyjaciołom sprawozdanie z ryzykownego życia takich sznurówek: zwykle taplają się w moczu, ponieważ w męskich toaletach jest nalane po kostki i nawet jeśli trzyma się je krótko – bakcyle najpewniej przechodzą z podeszwy w górę buta, żeby wspiąć się na sznurówki. Tak więc jest to najbrudniejsza część człowieka w ogóle. W swojej mrocznej opowieści Paulie jako wzór czystości przedstawia natomiast toalety damskie: lśniące, białe sedesy, z których można jeść.

Och, Paulie – myślę zawsze, kiedy oglądam tę scenę – nawet nie wiesz, co dzieje się w damskich kiblach. Bo kto właściwie ma porównanie? Otóż w damskich toaletach, drogi Paulie, jest krew. Dla gangusa to nic takiego. Ale niestety obawiam się, że my, cis-babki, nie jesteśmy tu wzorem. Wizyta w publicznej toalecie nadal bywa w Polsce przygodą.

Od lat szukam klucza, jakiegoś systemu, który pozwoli mi wybrać spośród wielu drzwi – te jedne, za którymi znajduje się sedes najmniej uczęszczany, ten z opowieści Pauliego. Taki, z którego można by zjeść kokosankę. I teraz tak: wchodzisz do klopa na stacji paliw – masz przed sobą rząd identycznych drzwi. Najpierw zastanawiasz się, które byś wybrał/wybrała: ostatnie. Potem myślisz: pewnie wszyscy wybierają ostatnie drzwi, mając nadzieję, że tam będzie sedes najczystszy, dlatego jest na pewno w totalnie złym stanie. Wybierasz więc drzwi pierwsze. Potem zaś myślisz: na pewno wszyscy myślą tak jak ja, że madame kieruje się do ostatniego, lecz w pół drogi zmienia zdanie, żeby zmylić trop i udać się jednak do wychodka numer jeden.

Przez chwilę czuję się skołowana, a potem wpadam na pomysł oczywisty: złoty środek. Nikt nie wybiera środka, każdy bowiem dąży do tego, żeby obnażać pupę jednak gdzieś w kąciku, przylec do ściany, to taki atawizm. Nikt nie chce sikać na środku pustego pola. I kiedy mam już tę pewność, że najrzadziej uczęszczany jest środek – pojawia się prosta, trująca myśl: środek jest oczywistym wyborem dla tych, którym najbardziej się chce. Zwykle bowiem znajduje się naprzeciwko wejścia. To znów rujnuje mój wewnętrzny wywód i próbę wyprowadzenia odpowiedniej myśli bez szwanku.

Zdesperowana wybieram zatem kabinę przedostatnią, która okazuje się tak zalana, że moczę sobie i sznurówki (pozdro, Paulie), i nogawki (thanks modo na lata 90.). Staram się nie dotykać niczego, ale biorąc pod uwagę fakt, że trzeba spuścić wodę – jest to niemożliwe. Więc najpierw widzę oczami wyobraźni 150 pań zmieniających sobie tampony, a potem naciskających na spust uruchamiający spłuczkę. Słodko. Zawsze się dziwię, że dozownik z odkażaczem nie znajduje się wewnątrz kabin. Staram się nie patrzeć na kubeł, z którego wystają białe mintaje podpasek i białe mintaje wkładek. Nie wiedzieć czemu wstrzymuję oddech, bo przecież nie chodzi o to, że ktoś tu nakichał. Cóż, też jestem użytkowniczką, nie żadną kontrolerką z sanepidu, a więc też jestem jedną z kobiet, które rozsiewają tu siebie. Ta przykra myśl ostatecznie mnie dobija.

Wychodzę, zdejmuję pierścionki i chowam je do kieszeni. Szoruję ręce jak Paulie, drzwi na zewnątrz otwieram kopnięciem jak Bruce i mogę spokojnie kupić wodę mineralną w butelce, którą zmacał przed chwilą facet w kasie, a którą wkładam właśnie do buzi i pociągam łyk, myśląc o tym, że musi istnieć jakiś wzór, według którego ludzie wybierają toalety na stacjach benzynowych, w knajpach i kinach.

Ciekawe, że ta myśl nie dręczy mnie w miejscach, gdzie przybytek jest tylko jeden. Wtedy moja myśl nie krąży wokół sznurówek, „Rodziny Soprano”, tamponów ani mistycznych równań opisujących logikę ruchu w stronę drzwi. I co, od przybytku głowa nie boli? To taka sama prawda jak ta, że w domu nic nie ginie. Jak ta, że w damskich toaletach jest cudnie.

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy