Furtka dla klona

Furtka dla klona

Jak zdobyć parcelę w Aninie? Z właściciela nieruchomości zrobić swojego przodka

Anna K. mieszkała wówczas w Niemczech, gdy odebrała telefon od matki. Niewiele ze słów, które zlały się z płaczem, zrozumiała. Coś o młodym mężczyźnie w skórzanej czarnej kurtce na harleyu przed ich willą w Aninie, jego wykrzykiwanie: „Ze mną nie wygracie!”, jakiś dokument, który ojciec od ręki roztropnie kseruje…
– Mama – prosi Anna – nie płacz do słuchawki.
To nic nie daje. Anna wsiada więc w samochód i jedzie do Polski. Do podwarszawskiego Anina, gdzie dorastała. Niebawem na werandzie ich domu zobaczy psy, które kiedyś przygarnęła. Mama pochwali się nowymi grządkami kwiatów w ogrodzie.
– O co chodzi z tym harleyowcem? – ta myśl mąci jej radość, że rychło przekroczy rodzinny próg. Jest lipiec 2002 r.

Proszę opuścić teren

Nie pobawi się z psami, bo w domu zastaje bardzo zdenerwowanych rodziców. Trzeba ich uspokoić, aby opowiedzieli wszystko po kolei.
Było tak: Odezwał się dzwonek u furtki. Matka Anny wyszła przed dom. Koło parkanu stał młody mężczyzna, obok niego ten pancerny motocykl. Nieoczekiwany przybysz zatoczył ręką szeroki łuk w kierunku lewej części ogrodu, mówiąc: „Nazywam się N. Jestem nowym właścicielem tej nieruchomości, jutro będę odmierzać swoją część, radzę nie przeszkadzać”. I chciał otworzyć furtkę. W tym momencie podszedł do ogrodzenia ojciec Anny – Jan G., 78-letni emerytowany profesor politechniki. Uprzedził intruza, aby nie robił następnego kroku, bo może to się źle skończyć.
Gdy psy leniwie podniosły się ze swych legowisk, harleyowiec odjechał, ale wkrótce zjawił się z geodetą. Wtedy profesor wezwał policję i zażądał od N. dokumentu potwierdzającego, że rzeczywiście posesja jest jego własnością. Intruz takiego „papieru” nie miał. Okazał tylko akt notarialny na część parceli, w którym – co profesor po dokładnym obejrzeniu zauważył – numer repertorium na stronie pierwszej nie zgadzał się z numerem na ostatniej. Nie był to oryginał, lecz kopia. Zawiadomiona policja kazała najeźdźcom opuścić teren.
Do przyjazdu córki z Niemiec profesor trochę już się rozeznał w nowej sytuacji. Przede wszystkim sprawdził wpis parceli do ewidencji gruntów w gminie i z przerażeniem zobaczył, że obok jego nazwiska jako właściciela domu i połowy nieruchomości druga część jest przypisana do spadkobierców Ferdynanda Ludwika Kolewego – Jana Kolewego i jego zamężnej siostry Jadwigi G.
Profesor zgłosił w prokuraturze oszustwo. Przesłuchano odpowiedzialną za wpisy urzędniczkę. Stwierdziła, że w 2001 r. zgłosił się do gminy warszawski adwokat Jan S. z wnioskiem o ujawnienie w ewidencji gruntów jako nowych właścicieli rodzeństwa Kolewe, spadkobierców Erwina – jedynego brata Ferdynanda Ludwika Kolewego. – Przedstawił dokumenty: postępowania spadkowe i osobliwe pismo z sądu ksiąg wieczystych, gdzie w pierwszym akapicie potwierdzono zniszczenie przedwojennej księgi wieczystej nieruchomości Willa Wawer Anin 394, którą to zakupił w 1936 r. Ferdynand Ludwik Kolewe. A w drugim podaje się treść owego wpisu, który przecież nie istnieje. Innych dokumentów, stwierdzających czarno na białym, co naprawdę dziedziczą Kolewowie, nie było.
Potem wypadki potoczyły się szybko. Po złożeniu przez prof. G. zawiadomienia o przestępstwie sporna część parceli została błyskawicznie odsprzedana. (Jak się później okaże, za jedną trzecią wartości i z wpisaną hipoteką. Zakładanie księgi wieczystej trwało zaledwie trzy dni).
Następnie Robert N., adwokat nowej właścicielki, wezwał pismem procesowym prof. G. do „wydania nieruchomości w ciągu 5 dni do godz. 12; w przeciwnym razie wystąpi z powództwem o eksmisję i odszkodowania za bezumowne korzystanie z nieruchomości”. Profesor wytropił, że mecenasi Robert N. i Jan S. to ta sama kancelaria. A harleyowiec jest właścicielem dużej agencji nieruchomości w Warszawie.

Notariusz Branickiego nie odnotował

– Wszystko się wyjaśni, odkręci, dajcie mi tylko trochę czasu – Anna pociesza schorowanych rodziców i zaczyna przeglądać domowe archiwum. Do tej pory niewiele wiedziała o historii rodzinnego domu. Była przekonana, że stoi na jednej dużej działce.
Sprowadziła się do niego, gdy miała już kilkanaście lat, bo choć ojciec kupił parcelę w roku 1975, czyli zaraz po urodzeniu się jedynej córki, budowa domu ciągnęła się do 1992 r.
– Tato, nie mogę znaleźć w twoich papierach dokumentu kupna – to było pierwsze zaskoczenie Anny.
Bo profesor dysponował wyciągiem z księgi wieczystej na pół parceli. Co do drugiej części (faktycznie granicy między nimi nie było) pokazał umowę, spisaną na kratkowanej kartce papieru z datą 15 września 1975 r.:
„Niniejszym zaświadczam, że sprzedałam p. doc. dr. Janowi G. (…) nieruchomość w Aninie, położoną przy ul. (…) obejmującą działki leśne nr 392 i 394 wraz ze wszystkim, co się na nich znajduje… (dalej jest informacja, że działka nr 392 ma księgę wieczystą i na jej podstawie nastąpiło przeniesie własności. Natomiast sytuacja działki o numerze 394 jest bardziej skomplikowana).
Wobec braku pomiarów geodezyjnych, które zaginęły z ksiąg hipotecznych, zaznaczam, że sprzedana nieruchomość ograniczona jest siatką drucianą częściowo zniszczoną i graniczy z… (tu szczegółowy opis). Zaznaczam, że teren ten dziedziczę po mojej siostrze Janinie Natalii K. z domu Sz. (…) Podpis Stanisława R.”.
– Tato, czyli tę część naszego ogrodu, gdzie nie ma zabudowań, kupiłeś nieformalnie?!
– Nie mogłem inaczej. Stanisława R. chciała sprzedać całość. Trudno było je rozdzielać. Miały wspólny ogród, płot, pośrodku jedną furtkę. Wszyscy w Aninie wiedzieli, że całość należała do Janiny Sz. Kupowałem od jej siostry, a jakimi drogami ta parcela trafiła w jej ręce, nie wnikałem. Zapłaciłem za wszystko 190 tys. zł; to były wtedy duże pieniądze.
Anna jedzie do Archiwum Państwowego m.st. Warszawy. Udaje jej się potwierdzić informacje, że w 1936 r. nieruchomość Willa Wawer Anin 394 zakupił od hrabiego Adama Branickiego niejaki Ferdynand Ludwik Kolewe. Niestety, księga wieczysta nieruchomości zaginęła. Z aktu kupna sporządzonego przez notariusza wiadomo, że nowy właściciel mieszkał przy ul. Konopnickiej 6 w Warszawie. Więcej informacji typu: data urodzenia czy imiona rodziców nie zamieszczono.
Anna pyta ojca, czy słyszał o Ferdynandzie Kolewem od siostry Janiny Sz. Nigdy. Ponownie udaje się do gminy. Chce wiedzieć, skąd zjawili się spadkobiercy. Okazuje się, że dokumenty dotyczące dziedziczenia przyszły z Dolnego Śląska. Trop prowadzi do Wrocławia. Dla Anny to ciężka wyprawa, dopiero co bowiem przeszła ciężką chorobę. Ale determinacja w dotarciu do prawdy dodaje jej sił.

Jest już metryka i akt zgonu

Musi się przekopać przez akta sądowe gromadzone od dziewięciu lat. Zaczyna się od tego, że w 1993 r. Sąd Rejonowy dla m. Wrocławia Wydział I Cywilny pozytywnie rozpoznał sprawę z wniosku Jadwigi Kolewe o stwierdzenie nabycia spadku po mężu Erwinie zmarłym 20 lat wcześniej.
Żona Erwina umiera w 1995 r. W tym samym roku jej dzieci – Jadwiga G. (nazwisko po mężu) i syn Jan – zgłaszają we wrocławskim sądzie, że ich ojciec Erwin miał jedynego brata Ferdynanda Ludwika. Chcą odtworzyć krewnemu akt urodzenia, gdyż USC we Wrocławiu odmówił.
Wnioskującym wiadomo, że Ferdynand zmarł w czasie wojny. Brak jednak jakichkolwiek na to dokumentów. Mają tylko zaświadczenie z USC w Brzezinach Łódzkich, że akt urodzenia Ferdynanda Ludwika Kolewego nie istnieje. A oni twierdzą, że stryj na pewno się tam urodził.
Dochodzi do rozprawy. Jadwiga G., z zawodu nauczycielka, podaje, że po wojnie rodzina bezskutecznie szukała Ferdynanda. Nie wie, czy był żonaty. Jej brat Jan Kolewe nigdy nie widział stryja.
Na podstawie zeznań wnioskodawców i aktu małżeństwa dziadków, bez okazywania jakichkolwiek dowodów potwierdzających istnienie Ferdynanda Ludwika Kolewego, sąd uznał sprawę za dostatecznie wyjaśnioną. Ustalono treść metryki Ferdynanda: urodzony 8 maja 1905 r. w Brzezinach, województwo łódzkie. Imię ojca: Gustaw Adolf; imię matki: Julianna. Nazwisko panieńskie matki: Puffahl.
Rok później Jan Kolewe i Jadwiga G. z pomocą warszawskiego adwokata Jana S. (specjalizującego się w odzyskiwaniu kamienic w Warszawie) występują do Sądu Rejonowego w Kamiennej Górze z wnioskiem o uznanie za zmarłego Ferdynanda Ludwika Kolewego.
Jan Kolewe zeznaje tym razem na rozprawie, że z Ferdynandem miał kontakt tylko we wczesnym dzieciństwie. Dokładnie pamięta, że stryj mieszkał w Warszawie przy ul. Konopnickiej 6, wie to od rodziców. W rodzinie mówiło się, że był kawalerem. Chyba był na wojnie; rodzice opowiadali, że walczył na wschodzie i jak Erwin w armii Andersa. Później ślad po stryju zaginął. Wie, że ojciec szukał go zaraz po wojnie, również za pośrednictwem Czerwonego Krzyża, ale bezskutecznie.
Jadwiga G. ostatni raz widziała stryja tuż przed wybuchem wojny. Od ojca wie, że spotkał się z Ferdynandem w czasie wojny na terenach radzieckich.
Sąd każe zamieścić w „Kurierze Polskim” wezwanie do zaginionego Ferdynanda Ludwika Kolewego z Brzezin, aby się zgłosił w ciągu trzech miesięcy, bo w przeciwnym wypadku zostanie uznany za zmarłego. Gdy upływa stosowny termin, sąd uznaje sprawę za wyjaśnioną: Ferdynand Ludwik Kolewe zmarł 9 maja 1946 r. o godzinie 24.
Sądu nie dziwi fakt, że dane osobowe Erwina są całkowicie rozbieżne z przedstawianymi w akcie urodzenia Ferdynanda, stworzonym w 1995 r. Erwin ma matkę Juliannę Płowińską, ojca Jana Kolewego, Ferdynand natomiast matkę Juliannę Puffahl i ojca Gustawa Adolfa. Bez wykazywania interesu prawnego wnioskodawców sąd uznaje Ferdynanda za członka rodziny.
Anna wertując akta sądowe, zauważa, że po tym orzeczeniu w sprawie nastaje cisza. Dopiero w 1999 r. od Jadwigi i Jana wpływa do Sądu Rejonowego w Kamiennej Górze osobliwy wniosek – o zmianę danych Erwina Kolewego.
Jego imię zostało poprawione z Edwina na Erwina. Imię ojca z Jana na Gustawa Adolfa, nazwisko panieńskie matki z Płowińskiej na Puffahl.
Jak to uzasadniono? Nie wiadomo. Sąd, mimo rozbieżności w danych osobowych, uznał obu mężczyzn za braci z tej samej matki i ojca.
To ważna decyzja (od tego momentu sprawa spadkowa rusza z kopyta).
Rozstrzygającym w pierwszej instancji jest Sąd Rejonowy w Kamiennej Górze. Na sprawie w maju 2000 r. (prof. G. nie ma jeszcze pojęcia, że jakiś sąd zajmuje się jego ogrodem) Jan Kolewe zeznaje, że jego ojciec, choć mieszkał na drugim końcu Polski, w celu odzyskania nieruchomości kilkakrotnie jeździł do Warszawy.
– W latach 90. – wspomina wnioskodawca Jan Kolewe – ja też kilka razy wybrałem się do Anina. Parcela po stryju była właściwie kawałkiem lasu. Ale oddzielnie ogrodzonym, z bramą wjazdową. Działkę sąsiednią, na której znajdował się budynek mieszkalny, oddzielał płot. Kiedyś zadzwoniłem do gminy i uzyskałem potwierdzenie, że jedynym właścicielem figurującym w ewidencji gruntów jest Ferdynand Ludwik Kolewe.
W sierpniu 2000 r. sąd uznał sprawę za dojrzałą do rozstrzygnięcia: spadek po Ferdynandzie dziedziczą jego jedyni krewni Jadwiga i Jan. Jako dowody załączono postanowienia spadkowe po Erwinie, jego żonie, odpisy aktów urodzenia Ferdynanda i jego brata Erwina (dawniej Edwina).
Rok później mec. Jan S. odbiera odpis prawomocnego postanowienia i występuje do podwarszawskiej gminy Wawer o wpisanie do ewidencji gruntów w Aninie prawowitych właścicieli: Jana Kolewego i Jadwigę G.
Prof. G. nadal o niczym nie wie.

Narzeczeni kupują siedlisko

Stan zdrowia profesora się pogarsza, jeździ na wózku inwalidzkim.
Anna postanawia przeprowadzić się z mężem z Niemiec na stałe do Warszawy. Trzeba pomóc wiekowemu ojcu w sprawach sądowych o zasiedzenie i o uzgodnienie stanu prawnego ujawnionego w księdze wieczystej ze stanem rzeczywistym. A poza tym ona musi wejść w rolę detektywa. Jest rok 2005.
Na rozprawę o zasiedzenie stawia się powołany jako świadek Jan Sz. – mieszkający od urodzenia w Aninie kuzyn nieżyjącej już Janiny Sz., której siostra sprzedała profesorowi sporną parcelę. Jan Sz. opowiada, że jego ciotka i Ferdynand Ludwik Kolewe byli przed wojną zaręczeni, zamierzali się pobrać. Zachowało się ich zdjęcie ze spaceru po Warszawie. Nim jednak doszło do ślubu, w 1936 r. kupili sąsiadujące ze sobą dwie nieruchomości. Ogrodzili wspólnym płotem, kazali zrobić jedną bramę. To miało być ich siedlisko.
Potem wybuchła wojna. Ferdynand, mimo że był narodowości polskiej, wstąpił do Wehrmachtu i słuch o nim zaginął. Po wyzwoleniu Janina Sz. założyła rodzinę, zmieniła nazwisko. Nie szukała przedwojennego narzeczonego. Aż do swej śmierci w 1956 r. zarządzała całą parcelą. Następnie nieruchomość przejęła jej siostra Stanisława R.
A dlaczego w latach 50. nie uregulowano praw spadkowych? Zdaniem Jana Sz., na przeszkodzie stała antykomunistyczna działalność członków jego rodziny zaraz po zakończeniu wojny. Poza tym brat Janiny Sz. walczył w dywizjonie 301 i pozostał w Anglii. Obie siostry wolały więc nie przypominać o sobie władzy.
– Czy możliwe było – dociekał sąd – aby siostra Janiny Sz. sprzedała profesorowi dwie działki jako swoje, choć miała prawa tylko do jednej?
– Nasza matka – zeznały dorosłe dzieci pani R. – była kobietą o wysokim morale. Na pewno wzięła pieniądze tylko za jedną nieruchomość, tę z księgą wieczystą.
Anna nie była zbytnio zbulwersowana oczywistym dla jej rodziców mijaniem się z prawdą potomków pani R.; wszak widziała pisemne oświadczenie Stanisławy R. o zbyciu dwóch nieruchomości i wycenę. Była pewna, że ojciec płacąc 190 tys. zł, kupił całość. Dla niej istotne było to wszystko, co po raz pierwszy usłyszała o Ferdynandzie Ludwiku Kolewem, a mianowicie, że wstąpił do armii niemieckiej. Czy jego rzekoma rodzina z Dolnego Śląska mówiła prawdę?

Coraz więcej śladów

Poszukiwania zaczyna od internetu. Jako informatyk porusza się tam z dużą biegłością. Znajduje drzewo genealogiczne rodu Kolewe. Na jednej z gałęzi rodowych widnieje Ferdynand (bez drugiego imienia) urodzony w 1899 r. w Wiskitkach. – Skoro Ferdynand był w Wehrmachcie – zastanawia się Anna – to powinnam odnaleźć więcej o nim informacji w bazach archiwów niemieckich.
Wpisuje do wyszukiwarki interesujące ją hasła w różnych wersjach i dowiaduje się, że niejaki Ferdynand Kolewe, żołnierz Wehrmachtu, został pochowany w Warszawie, na cmentarzu Północnym. Jedzie tam. Odszukuje nazwisko: Ferdynand Kolewe ur. 1899, zmarł 1944. Trapi ją niepewność, czy Ferdynand Kolewe, którego odnalazła, miał na drugie Ludwik. Ponieważ Wiskitkami zajmuje się archiwum w Grodzisku Mazowieckiem, usiłuje tam odszukać akt urodzenia Ferdynanda. Znajduje metrykę (po rosyjsku), a w niej cenną informację: nie miał brata, tylko siostry! A co najważniejsze, na drugie miał Ludwik, tak jak właściciel nieruchomości w Aninie. Tłumaczy dokument na polski i do sprawy o zasiedzenie dołącza swoje podejrzenie, że w postępowaniu spadkowym doszło do oszustwa. Sąd Rejonowy w Warszawie ignoruje te dowody, tłumacząc, że rozprawa dotyczy zasiedzenia, a nie postępowania spadkowego.
Następny krok Anna wykonuje całkowicie w ciemno, pod wpływem impulsu: a może ten Ferdynand studiował przed wojną na Politechnice Warszawskiej? Ponieważ sama jest absolwentką tej uczelni, napisała, czego szuka.
Po tygodniu odzywa się telefon. – Mamy takiego – mówi chętna do pomocy archiwistka, ale on nie skończył studiów. Zachowało się siedem podań o urlopy dziekańskie i ponowne przyjęcie. Z życiorysami. Początkowo student Kolewe pięknie je kaligrafował, z biegiem lat zatracił tę umiejętność.
Anna starannie ogląda pożółkłe papiery. Porównuje sposób stawiania liter z podpisem Ferdynanda Ludwika Kolewego na akcie kupna parceli od notariusza Branickiego. Widzi duże podobieństwo. Miarodajnie jednakże mógłby się wypowiedzieć tylko grafolog.
W międzyczasie przychodzą z Bundesarchiv dokumenty Ferdynanda Ludwika Kolewego z jego zdjęciem i szczegółowymi informacjami: syn Ludwika i Katarzyny Haeberle, ur. 11.01.1899 r. Wiskitki, chrzczony w tamtejszej parafii ewangelicko-augsburskiej. Miał tylko siostry: Joannę, Apolonię, Amalię, Adolfinę. W latach 1910-1915 uczęszczał do szkoły realnej w Warszawie. W latach 1916-1918 uczył się w Charkowie, następnie studiował na Politechnice Warszawskiej. Wówczas mieszkał kolejno przy ulicach: Miedzianej 8/47 i Tarczyńskiej 1/5.
Wiadomo, jaki miał wzrost (166 cm), wagę (60 kg), kolor oczu (szare), uszczerbki w zębach.
Natomiast w danych z Deutsche Dienstelle podana jest data, miejsce i przyczyna śmierci Ferdynanda Ludwika Kolewego:
2 sierpnia 1944 r., ul. Górnośląska w Warszawie, w czasie walki jako strzelec wyborowy niemieckiego batalionu policyjnego kompanii Monnek.
Zatem wszystkie dane osobowe Ferdynanda z archiwów polskich, niemieckich, z Politechniki Warszawskiej i aktu urodzenia zgadzają się.
Anna dociera do przedwojennej księgi wieczystej kamienicy przy ul. Konopnickiej 6. Niestety, nazwisko Kolewe tam nie figuruje, choć ten adres Ferdynanda widnieje w akcie notarialnego zakupu nieruchomości od hrabiego Branickiego. Wypytuje o wojenne losy budynku w Muzeum Powstania Warszawskiego. Wiadomo tylko tyle, że mieściła się tam od 1939 r. główna siedziba gestapo.

Który jest prawdziwy?

Na rozprawie w sądzie córka prof. G. porównuje dane osobowe „jej” Ferdynanda Kolewego z danymi przedstawionymi przez spadkobierców. Na swój użytek tego drugiego, z odtworzoną w sądzie metryką i aktem zgonu, nazywa fantomem.
Wygląda to tak:
Ferdynand nr 1 (ten od Anny) urodził się 11 stycznia 1899 r. Ferdynand fantom – 8 maja 1905 r. Pierwszy w Wiskitkach na Mazowszu, drugi w Brzezinach w województwie łódzkim. Imiona rodziców tego pierwszego: Ludwik, Katarzyna. Drugiego – Gustaw Adolf i Julianna. Nazwisko panieńskie matki u pierwszego: Haeberle. U fantoma: Puffahl.
Pierwszy nie miał w ogóle brata, wyłącznie siostry, drugi tylko brata Erwina (od którego wywodzą się dzisiejsi spadkobiercy).
Pierwszy studiował na Politechnice Warszawskiej; co do wykształcenia fantoma zabiegający o spadek nie mają żadnej wiedzy.
Gdy Niemcy zajęli Polskę, pierwszy służył w Wehrmachcie; drugi, jak przypuszcza jego rodzina, był w armii Andersa.
Pierwszy zginął 2 sierpnia 1944 r. w walce z powstańcami na ulicy Górnośląskiej, drugi – 9 maja 1946 r., miejsce śmierci nieznane.
Pierwszy ma grób na cmentarzu Północnym w Warszawie; co do drugiego nie ma w tym względzie żadnych danych.
Anna stawia na rozprawie pytania:
Czy mogło istnieć dwóch Ferdynandów Ludwików Kolewów o tym samym adresie (Konopnickiej 6), równocześnie kupujących od hrabiego tę samą nieruchomość? Dlaczego od 52 lat nikt nie interesował się sporną dziś nieruchomością? Dlaczego Erwin Kolewe, skoro od roku 1945 r. był przekonany, że ma parcelę po nieżyjącym jedynym bracie (rzekomo oglądał ją przez płot), nie odtworzył aktu urodzenia Ferdynanda ani nie przeprowadził postępowania spadkowego?
Na dowód, że Ferdynand kupujący od Branickiego ziemię w Aninie to ten sam, który wcześniej pisał podania o urlopy dziekańskie na Politechnice, Anna okazuje na rozprawie sześć dokumentów z archiwum uczelni. Adwokat strony przeciwnej wybiera dwa pierwsze, pisane kaligrafią. Na kolejnej rozprawie mecenas zjawia się z ekspertyzą zleconą przez adw. Jana S., choć ten nie jest już pełnomocnikiem strony. Na podstawie wybiórczych kserokopii grafolog Mieczysław Goc nie może stwierdzić, czy litery na pismach studenta i na akcie notarialnym nakreśliła ta sama osoba. Anna nie daje za wygraną i występuje o wykonanie ekspertyzy wszystkich dokumentów z politechniki i aktu notarialnego do wybitnego grafologa, biegłego sądowego prof. Tadeusza Tomaszewskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Sąd wniosek o powołanie tego specjalisty ignoruje; profesor wykonuje więc obszerną, liczącą 18 stron ekspertyzę na zamówienie prywatne.
Konkluzja jego badań jest taka, że wszystkie teksty „zostały nakreślone przez tego samego wykonawcę”.
Ekspertyza jeszcze nie wpłynęła do sądu, gdy Jan Kolewe oznajmia na rozprawie, że jego zdaniem było dwóch Ferdynandów Ludwików Kolewe. I on dochodzi spadku po urodzonym w Brzezinach. Skoro prof. G. doszukał się właściciela rodem z Wiskitek, to znaczy, że spór toczy się o dwie różne osoby. Zatem rodzina G. z Anina nie ma w sprawie interesu prawnego.
Takie stanowisko zajął też sąd…
Anna nie poddaje się. Aby udowodnić, że drugiego Ferdynanda Ludwika Kolewe nigdy nie było, zaczyna poszukiwania genealogiczne od strony Erwina Kolewe i jego rodziny.
Punktem zaczepienia są dwie informacje, które podał w sądzie Jan. Otóż na pytanie, dlaczego niektóre dane osobowe jego nieżyjącego już ojca we wniosku spadkobierców z 1999 r. były inne niż w pierwotnej metryce, wyjaśnił, że Erwin sfałszował za życia swoje dane, bo chciał w ten sposób zatuszować przed służbami bezpieczeństwa pobyt w Anglii. Ponadto Jan przedstawił akt małżeństwa Erwina z parafii rzymskokatolickiej z Wyszogrodu.
Anna zwraca się do Ministry of Defence w Anglii, gdzie zachowało się archiwum żołnierzy Andersa, o ujawnienie jej dokumentów Erwina Kolewe. W międzyczasie jedzie do Wyszogrodu, gdzie Erwin Kolewe przed wojną brał ślub i gdzie urodziła się dwójka jego dzieci: Jan i Jadwiga. Dzięki pomocy kierowniczki USC odnajduje kopię aktu małżeństwa, akty urodzeń dzieci. W księdze parafialnej nie ma wzmianki, że nastąpiła zmiana obrządku.
Od dyrekcji szkoły podstawowej w Wyszogrodzie dowiaduje się, że Erwin miał, owszem, brata – ale miał on na imię Gwido, a nie Ferdynand. Pojawia się kolejna zagadka; w 1958 r. Gwido, podobnie jak Erwin, zmienił sobie dane w akcie urodzenia. Od tej chwili nazywa się Kolewa. A matka jest z domu Płowińska. Dlaczego? Anna nie znajduje wyjaśnienia tych decyzji. Zapewnienia Jana Kolewego, że jego ojciec chciał zatuszować pobyt w armii Andersa, nie trzymają się logiki, gdyż Erwin w księdze meldunkowej podawał jako poprzednie miejsce zamieszkania Anglię. Niczego nie ukrywał.
W świetle dokumentów z Anglii inaczej też wygląda andersowska przeszłość Erwina. Tak naprawdę służył on w armii niemieckiej, a wyjechał do Anglii dopiero po wojnie, po wyzwoleniu z obozu jenieckiego dla żołnierzy niemieckich we Włoszech przez armię Andersa.
Jeszcze jedno oświadczenie Jana złożone na sali sądowej nie wytrzymuje weryfikacji: że Erwin po wojnie szukał brata Ferdynanda przez PCK. Anna dostaje z tej instytucji odpowiedź na piśmie: „W imiennej ewidencji spraw prowadzonych przez PCK takie zgłoszenie nie figuruje”.

Tryby sprawiedliwości się zatarły

Już siódmy rok córka prof. G. toczy w sądach walkę o rodzinne gniazdo. Żadna ze spraw sądowych nie została zakończona. Tę o zasiedzenie cofnięto do Sądu Rejonowego w Warszawie „ze względu na bardzo dużą ilość dowodów wskazujących na możliwość podstawienia spadkobierców”.
Od założenia w lutym 2007 r. w Sądzie Rejonowym Warszawa Praga Płd. sprawy o uchylenie aktu urodzenia Ferdynanda (powstałego w wyniku orzeczenia sądu rejonowego we Wrocławiu) minęły już dwa lata i nie wyznaczono jeszcze terminu pierwszej rozprawy. Skarga Anny do prezesa tego sądu została oddalona z uzasadnieniem, że podnoszone uwagi, jakoby Ferdynand Kolewe urodził się z innych rodziców, w innej miejscowości i innego dnia, to nic innego jak drobne uchylenia w akcie urodzenia. Toczy się też sprawa z wniosku prof. G. o uchylenie aktu zgonu Ferdynanda, powstałego w wyniku orzeczenia Sądu Rejonowego w Kamiennej Górze.
Natomiast złożony w tym samym sądzie wniosek o uchylenie postępowania spadkowego został oddalony „ze względu na brak interesu prawnego ze strony prof. G”. Orzeczenie wydała ta sama sędzia, która w roku 1996 r. uznała Ferdynanda Ludwika Kolewego rodem z Brzezin za zmarłego.
Anna złożyła w imieniu swego ojca apelację. Przedstawiła też zebrane dowody na istnienie fantoma w Prokuraturze Rejonowej Praga Południe w Warszawie. Od trzech lat prokurator Aneta Kępka nie tylko nic nie zrobiła w sprawie, ale ponadto zignorowała postanowienia prokuratury okręgowej i sądu w przedmiocie zaniechania czynności procesowych.
Anna nie może zrozumieć, dlaczego prokuratura odmawia wszczęcia postępowania przygotowawczego. Może teraz sytuacja się zmieni, gdyż prokuratura w Kamiennej Górze rozpoczęła śledztwo w sprawie zapomnianego przez spadkobierców brata Gwidona.

PS Kilka dni temu na portalu Nasza Klasa Anna odkryła córkę Gwidona. Dorosła dziś kobieta kategorycznie zaprzecza istnieniu w jej rodzinie Ferdynanda. Jeśli kłębek z zagadkami rozwinie się do końca, napiszę o dalszym ciągu tej niezwykłej historii.

Wydanie: 16/2009

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy