Fyrtel marzeń

Fyrtel marzeń

Od spięcia na parkingu do artystycznej przyjaźni z sąsiadami

Zaczęło się od małego spięcia na parkingu na tczewskiej starówce. Gdy fotografka Katarzyna Gapska próbowała zaparkować samochód przed domem, w którym razem z wizażystką Katarzyną Dziewulską kupiły lokal na pracownię, podeszła do niej kobieta. – To jest miejsce tylko dla mieszkańców, proszę go nie zajmować – pouczyła. Wtedy Kasi wpadła do głowy myśl, że powinny poznać sąsiadów, zaprzyjaźnić się z nimi. Tak narodził się pomysł sesji fotograficznej. Zaproszenia na nią wydrukowały na kartkach ze swoimi numerami telefonów i roznosiły je od drzwi do drzwi. Po akcji informacyjnej najpierw zapadła wielka cisza, a na tczewskim Starym Mieście nawet gruchnęła wieść, że po domach chodzą świadkowie Jehowy. Telefony rozdzwoniły się dopiero za kilka dni. W pracowni na rogu ulic Strzeleckiej i Lecha, czyli w tzw. fyrtlu, zrobiło się gwarno.

– My młode, trochę zwariowane nagle wtargnęłyśmy w świat tych ludzi, zburzyłyśmy ustalony od lat porządek – niektórzy sąsiedzi mieszkają tu bardzo długo – a mimo to zostałyśmy obdarzone zaufaniem – opowiadają dziewczyny. – W zabawie wzięło udział 50 osób – mężczyzn i kobiet w różnym wieku. Najstarsza pani miała 88 lat. Zachwyciło nas też dziewięciu panów z Ochotniczej Straży Pożarnej, którzy prężyli się w mundurach i ustawiali do zdjęć wszystkie strażackie auta w tle. Każdemu z uczestników robiłyśmy po dwa zdjęcia – jedno w domu, drugie w profesjonalnym studiu. Przed sesją był wizaż, stylizacja włosów, dobór kreacji, mężczyźni mogli skorzystać nawet z pomocy barbera. Panie przychodziły do nas grupowo, z dziećmi, psami, wózkami, koleżankami, grzebały w ciuchach, dzieliły się uwagami co do makijażu. O taki swojski rozgardiasz właśnie nam chodziło. Bo zdjęcia to dodatek do emocjonalnego przytulenia kogoś, to okazja do stworzenia relacji, w której fotografowany czuje się ważny i wyjątkowy. A w każdym człowieku jest ukryte piękno. Nie ma złego wieku ani złej urody do fotografowania.

Artystki poprzez ten projekt zamierzały też polemizować z wszechobecną modą na „ bycie idealną”, jaką kreują media elektroniczne. – Ideały są nudne – powtarzają. Gdy pytały fotografowanych o marzenia, ci często zawieszali głos i milkli na chwilę…

– Zaskoczyło nas to – mówią – że wiele osób wcale nie marzyło o nowych samochodach, ekskluzywnych willach czy wczasach na tropikalnej wyspie. Ich marzenia były proste. Zapamiętałyśmy Krzysztofa, który bardzo chciał się spotykać ze swoją chorą na autyzm córką, a była żona mu tego zabraniała. Klaudiusz marzył o prawdziwym tacie, a pani chora na stwardnienie rozsiane marzyła, żeby choć raz zatańczyć. Był też 10-letni chłopczyk, który wcale nie miał marzeń.

Zdjęcia można było oglądać w listopadzie w tczewskiej galerii Fabryka Sztuk. Wernisaż przerodził się w prawdziwą fiestę . Dla fotografowanych to był ich dzień. Projekt wyzwolił też społeczną energię.

– Nagle zaczęliśmy rozmawiać, że może coś wspólnie zrobimy, np. latem święto ulicy. Z Urzędu Miasta w Tczewie dostaliśmy prezent, ławeczkę, która stanie pod naszym klonem. Nazwiemy ją ławeczką marzeń – mówią artystki, które mają już pomysł na kolejny projekt artystyczno-społeczny. Będzie nosił tytuł „Tczewianie” i mówił o 350 mieszkańcach miasta pochodzących z różnych krajów. Jego szczegółów dziewczyny na razie nie zdradzają.

Wydanie: 4/2018

Kategorie: Obserwacje
Tagi: fotografia, Tczew

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy