Generalskie boje

Generalskie boje

Zdymisjonowany w zeszłym tygodniu Antoni Kowalczyk to kolejna, obok Zbigniewa Sobotki, ofiara policyjnej wojny na górze W minioną środę podał się do dymisji komendant główny policji, gen. Antoni Kowalczyk. Dla nikogo nie było to specjalnym zaskoczeniem – o jego odejściu mówiono w policji już od wielu tygodni. Ale kilka godzin później zdymisjonowani zostali zastępcy Kowalczyka – Władysław Padło i Adam Rapacki. Nowy komendant główny, gen. Leszek Szreder, zapowiedział dalsze zwolnienia oraz gruntowne zmiany w funkcjonowaniu komendy. Co to wszystko oznacza? Zdaniem opozycji, działania nowego komendanta to nic innego jak personalna rozgrywka mająca doprowadzić do podporządkowania KGP politykom SLD. Czy rzeczywiście? Jakie naprawdę intencje przyświecały Szrederowi i aprobującemu jego decyzje Krzysztofowi Janikowi? Mamy powody przypuszczać, iż wcale nie chodziło tu o próby upolitycznienia policji, lecz o zapobieżenie trwającej od pewnego czasu policyjnej wojnie na górze. Wojnie, której głównym inicjatorem miał być właśnie Adam Rapacki… Zabrakło silnej ręki – Jeszcze kilkanaście lat temu taki stan rzeczy był nie do pomyślenia. Komendanta głównego i jego zastępców mianowano z najwyższego partyjnego nadania. Wiedząc, że z ówczesną wierchuszką nie ma co zadzierać, nikt nie odważył się kwestionować tak zdefiniowanego porządku, a w żadnym razie atakować partyjnego, dziś powiedzielibyśmy cywilnego, zwierzchnictwa – mówi Jerzy Dziewulski, z racji policyjnej przeszłości znakomicie znający stosunki panujące w KGP. – Ale po 1989 r. zabrakło silnej ręki, która by nad tym wszystkim zapanowała. Zaczęło się więc wzajemnie dybanie – zastępców na posadę komendanta, szefów poszczególnych wydziałów na stołki zastępców komendanta i tak dalej, aż do najniższych struktur komendy. Do tego dołączyli komendanci wojewódzcy, próbujący utargować jak najwięcej dla własnych komend oraz angażujący się w walkę o posady szefa policji i jego zastępców… O policyjnej wojnie na górze być może do dziś wiedziałoby niewielu, gdyby nie wydarzenie sprzed paru miesięcy, kiedy w „Rzeczpospolitej” pojawił się fragment podsłuchanej przez CBŚ rozmowy ówczesnego posła SLD, Andrzeja Jagiełły, z jednym ze starachowickich samorządowców. Ten przeciek dał początek tzw. aferze starachowickiej i, jak twierdzą nasi informatorzy z KGP, był właśnie elementem owej wojny. Pisaliśmy o tym w artykule pt. „CBŚ bez nadzoru” („P” 43) – opierając się na opiniach naszych rozmówców, podaliśmy, że autorami przecieku do „Rzeczpospolitej” byli szefowie CBŚ, z gen. Adamem Rapackim na czele. W ten sposób chcieli oni wyeliminować z MSWiA nadzorującego policję wiceministra Zbigniewa Sobotkę. Stanowił on dla nich zagrożenie, gdyż planował gruntowną reorganizację biura. Dlaczego? Otóż Sobotka zorientował się, że CBŚ po spektakularnych sukcesach z początków swojego istnienia zaczęło się „rozdrabniać” – łapać lokalnych gangsterów i likwidować niewielkie wytwórnie narkotyków, zamiast zajmować się sprawami największego kalibru. Grupa, której nie było Już po tej publikacji miały miejsce wydarzenia potwierdzające uzyskane przez nas informacje o „rozdrabnianiu się” CBŚ. 28 października br. przed Sądem Rejonowym w Opolu zakończył się proces Henryka Pilarskiego, ps. „Pineza” – lokalnego gangstera, któremu prokurator, opierając się na informacjach zebranych przez CBŚ, zarzucił kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą. Sąd nie podzielił argumentów oskarżenia, uznając, że powiązania 13 oskarżonych w żadnym razie nie miały takiego charakteru. Co prawda, sam „Pineza” dostał wysoki wyrok, 12 lat więzienia, wynikał on jednak wyłącznie z indywidualnych „osiągnięć” bandyty. Ile podobnych procesów, z najwyraźniej podrasowanym przez CBŚ materiałem dowodowym, toczy się przed sądami w całej Polsce? Zdaniem naszego rozmówcy z Ministerstwa Sprawiedliwości, niewykluczone, iż na kilkadziesiąt spraw dotyczących zorganizowanej przestępczości przynajmniej połowa może mieć podobny jak w przypadku „grupy Pinezy” finał. Pod koniec minionego tygodnia w MSWiA trwały końcowe prace nad raportem na temat CBŚ. Autorom tajnego raportu, który jeszcze w tym tygodniu ma trafić na biurko ministra Krzysztofa Janika, postawiono zadanie konfrontacji rzeczywistych działań biura z jego statutowymi celami. Jaki był efekt tych porównań? Otóż jeszcze przed zakończeniem opracowania wiadomo było, iż CBŚ rzeczywiście uległo procesowi „rozdrabniania się”. Zapewne więc już wkrótce będziemy świadkami dyskusji na temat dalszych losów biura – czemu tak usilnie miał zapobiegać gen. Rapacki. Szanse dla generałów Jednak

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2003, 45/2003

Kategorie: Kraj