Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Zacznijmy nietypowo, bo od odpowiedzi MSZ na zapytanie posła Iwińskiego, które drukowaliśmy parę tygodni temu. Oto odpowiedź:
„W nawiązaniu do zapytania Pana Posła Tadeusza Iwińskiego w sprawie ambasadora Polski w Bułgarii pragnę zaznaczyć, że w żadnym dokumencie kierowanym do Ministerstwa ani w znanych nam doniesieniach medialnych, na które Pan Poseł w zapytaniu się powołuje, nie pojawiło się nazwisko Ambasadora RP w Bułgarii Pana Andrzeja Papierza. Nie wspomniano też konkretnie samej placówki w Sofii. Trudno resortowi w takiej sytuacji podejmować działania, dodatkowo w sprawach, które mają międzyludzki wymiar.
Zapytanie pana Posła T. Iwińskiego traktuję jednak jako poważny sygnał i pragnę poinformować, że placówka w Sofii została włączona do planu kompleksowych kontroli merytorycznych na bieżący rok. W miarę możliwości zostanie ona przeprowadzona w trybie pilnym. Mam nadzieję, że kontrola pozwoli odnieść się także do kwestii, które sygnalizuje w swym zapytaniu Pan Poseł T. Iwiński, a których potwierdzenie warunkuje podjęcie jakichkolwiek decyzji organizacyjnych i personalnych. Z poważaniem z up. Ministra Spraw Zagranicznych Sekretarz Stanu Jan Borkowski”.
No to już wiemy, po co PSL-owiec w MSZ – żeby rżnąć głupa.
Każdy w MSZ wie, co się zdarzyło w Bułgarii, ba – sęk w tym, że wiedzą o tym także wszyscy inni, a minister udaje, że pierwsze słyszy. Przecież przyszły informacje na ten temat do Biura Kadr, ba, w tej sprawie było nawet tam zebranie, co z tym robić. Więc?
Teoria najbardziej rozpowszechniona, krążąca po MSZ jest taka, że min. Sikorski po prostu nie ma siły, by odwołać Papierza. Bo broni go inna służba, bronią go koledzy i broni Kancelaria Prezydenta.
Inni twierdzą, że rzecz wygląda trochę inaczej – po prostu Sikorski wciąż opiera się w MSZ na ludziach prawicy i nie chce z nimi zadzierać. Obie te teorie łączą słowa prezydenta Roosevelta – łajdak, ale nasz.
A co do dealów, które Sikorski z prawicą zawiązuje – wiemy już, że Anna Fotyga pojedzie na ambasadora do Nowego Jorku. Będzie tam naszym przedstawicielem przy ONZ. Jej główny pomocnik, Andrzej Sadoś, też spadł na cztery łapy. Najpierw Sikorski chciał go wysłać do konsulatu do Szanghaju. Ale ostatecznie wysłał do Berna – specjalnie dla Sadosia, w dobie oszczędności, utworzono stanowisko zastępcy ambasadora (bo jak wiadomo, nasze stosunki polityczne z Konfederacją Szwajcarską wymagają wielkiego dyplomatycznego personelu) i wynajęto mu wielkie mieszkanie. Tak w MSZ wyrzuca się pieniądze w błoto. Dodajmy do tego, że sam Sadoś nawet językowo do tej Szwajcarii pasuje jak pięść do nosa.
A teraz przenoszony jest do Genewy, do naszego przedstawicielstwa przy ONZ, również na stanowisko zastępcy ambasadora, z obietnicą, że jak Zdzisław Rapacki zjedzie do kraju, to on go zastąpi.
To są wszystko upokarzające dla ludzi pracujących w MSZ informacje. I demoralizujące, bo pokazują, jakie zachowania są premiowane.
Jak sobie pan Sikorski wyobraża pracę Papierza, Sadosia czy Fotygi, gdy Polska przejmie prezydencję w UE? Przecież wie, że to będzie wstyd. Jaki więc deal zawarł, że na takie coś się zgodził?

Wydanie: 8/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy