Globalny dżihad

Globalny dżihad

Rozmieszczenie amerykańskich oddziałów w Arabii Saudyjskiej było naruszeniem świętości miejsca i manifestacją zależności państwa od USA

Dowództwo Al-Kaidy planowało „spektakularny” atak z 11 września 2001 r. przez jakiś czas, jednak nie mogło przeprowadzić akcji, zanim nie znalazło odpowiednich rekrutów. Potrzebowano ludzi z wiedzą o technologii, znających społeczeństwo zachodnie i zdolnych do samodzielnego działania. W listopadzie 1999 r. Muhammad Atta, Ramzi bin al-Shibh, Marwan al-Shehhi i Zijad Dżarrah w drodze (jak myśleli) do Czeczenii zostali skierowani do bazy Al-Kaidy w Kandaharze. Pochodzili z uprzywilejowanych środowisk, studiowali nauki techniczne w Europie – Dżarrach i Al-Shehhi byli inżynierami, Atta – architektem – i łatwo mogli wmieszać się w amerykańskie społeczeństwo podczas szkoleń na pilotów. Byli członkami grupy znanej obecnie jako komórka hamburska. Spośród jej czterech członków tylko bin al-Shibh dobrze znał Koran. Żaden z nich nie miał za sobą wychowania w madrasie, które często uznaje się za podstawę muzułmańskiego terroryzmu; przeciwnie – uczęszczali oni do świeckich szkół, a przed przystąpieniem do grupy Dżarrach nie był nawet praktykujący.

Nieprzyzwyczajeni do myślenia alegorycznego czy symbolicznego, wykształceni w dziedzinie nauk ścisłych mieli skłonność nie do sceptycyzmu, ale do dosłownego odczytywania Koranu, co kłóci się z tradycyjną muzułmańską egzegezą. Nie uczyli się także tradycyjnego prawoznawstwa, więc ich wiedza o głównym prawie muzułmańskim była, w najlepszym wypadku, powierzchowna.

BADAJĄC POSTACI zamachowców z 11 września i innych, którzy ściśle z nimi współpracowali – w sumie ok. 500 osób – psychiatra sądowy Marc Sageman odkrył, że jedynie 25% z nich otrzymało tradycyjne islamskie wychowanie; dwie trzecie przed przystąpieniem do Al-Kaidy miało raczej świeckie poglądy, a pozostali byli neofitami. Mieli zatem ograniczoną wiedzę na temat islamu. Wielu z nich było samoukami, a niektórzy nie studiowali nawet dokładnie Koranu, zanim trafili do więzienia. Być może, stwierdza ostatecznie Sageman, problemem jest nie islam, lecz nieznajomość islamu. Saudyjczycy, którzy wzięli udział w działaniach 11 września, otrzymali edukację w duchu wahabickim, jednak wpływ na nich miał głównie nie wahabizm, ale ideały panislamskie, którym ulemowie wahabiccy często się przeciwstawiali. Męczeńskie nagrania Ahmeda al-Haznawiego, który zginął w samolocie, jaki rozbił się w Pensylwanii, i Abdulaziza al-Omariego, lecącego pierwszym z samolotów, które uderzyły w World Trade Center, koncentrowały się przede wszystkim na cierpieniu muzułmanów na całym świecie. Jednak o ile Koran rzeczywiście nakazuje muzułmanom przychodzić z pomocą swoim braciom, o tyle prawo szarijatu zakazuje stosowania przemocy wobec cywilów, używania w walce ognia i nie pozwala na atakowanie krajów, w których muzułmanie mogą swobodnie praktykować swoją religię.

Motywacje Muhammada Atty, przywódcy komórki hamburskiej, opierały się przede wszystkim na globalnej wizji Azzama, który twierdził, że każdy zdolny do walki muzułmanin ma obowiązek bronić swoich braci i sióstr w Czeczenii czy Tadżykistanie. Azzam potępiłby jednak działania terrorystyczne podejmowane przez tę grupę. Członków o umiarkowanych poglądach, którzy opuszczali komórkę, zastępowali inni, podzielający poglądy Atty. W takich zamkniętych grupach, w których brak miejsca na różnicę zdań, jak twierdzi Sageman, „sprawa” staje się czymś, czym się oddycha, co przesyca całe życie.

Członkowie mocno związywali się ze sobą, mieszkali razem, wspólnie jedli i się modlili, a także bez końca oglądali obrazy z pól bitew w Czeczenii. Co najważniejsze, mocno się identyfikowali z tymi dalekimi walkami. Nowoczesne media pozwalają, aby na ludzi w jednej części świata wywierały wpływ wydarzenia rozgrywające się bardzo daleko – coś, co w czasach przednowoczesnych nie mogłoby mieć miejsca – i by te obce opowieści odnosić do swoich własnych problemów. To zupełnie nienaturalny stan świadomości.

HISTORIA TERRORYSTÓW z 11 września jest obecnie powszechnie znana. Lata po tragedii wydarzenia wciąż są przerażające. (…) Na Zachodzie rozpowszechnione było przekonanie, że islam, religia nieodłącznie związana z przemocą, pozostaje głównym winowajcą. Kilka tygodni po ataku z 11 września w artykule zatytułowanym „To jest wojna religijna” („This is a Religious War”) amerykański dziennikarz Andrew Sullivan zacytował wypowiedzenie wojny bin Ladena:

Nawoływanie do wypowiedzenia wojny Ameryce rozpoczęło się, ponieważ to właśnie Ameryka poprowadziła krucjatę przeciw narodowi islamskiemu, ponieważ wysłała tysięczne oddziały do Krainy Dwóch Świętych Meczetów, a ponadto mieszała się w sprawy Saudyjczyków i ich politykę, wspierała opresyjny, skorumpowany rząd tyranów.

Sullivan przypomniał czytelnikom, że „krucjata” to „pojęcie ściśle religijne”, i stwierdził, że „problemem bin Ladena są tak naprawdę amerykańskie oddziały kalające Arabię Saudyjską, »Krainę Dwóch Świętych Meczetów« w Mekce i Medynie”. Słowa krucjata i meczety wystarczyły, by przekonać Sullivana, że to faktycznie była wojna religijna, po czym uznał, że może rozpocząć pean na cześć zachodniej tradycji liberalnej. Już w XVII w. Zachód zrozumiał, jak niebezpieczne jest mieszanie religii i polityki – dowodził Sullivan – podczas gdy świat muzułmański, niestety, musi się jeszcze tego nauczyć. Sullivan nie omówił jednak dwóch bardzo konkretnych i czysto politycznych aspektów amerykańskiej polityki zagranicznej, wspomnianych przez bin Ladena w cytowanym fragmencie: ingerencji w wewnętrzne sprawy Arabii Saudyjskiej i wsparcia dla despotycznego reżimu.

Nawet tak „ściśle religijne” pojęcia jak krucjata i święte meczety mają w rzeczywistości konotacje polityczne i ekonomiczne. Od początku XX w. arabskie al-salibijja (krucjata) stało się ściśle politycznym pojęciem, za pomocą którego określano często kolonializm i imperializm zachodni. Rozmieszczenie amerykańskich oddziałów w Arabii Saudyjskiej stało się nie tylko naruszeniem świętości miejsca, ale i upokarzającą manifestacją zależności tego państwa od Stanów Zjednoczonych i znakiem amerykańskiej dominacji w regionie. Wojska amerykańskie doprowadziły do zaangażowania Królestwa Arabii Saudyjskiej w kosztowny handel bronią, a ich saudyjska baza dała USA łatwy dostęp do miejscowej ropy, a tym samym pozwoliła wojsku na przeprowadzenie ataków z powietrza na sunnitów podczas wojny w Zatoce Perskiej.

Sami porywacze z pewnością uznawali atak z 11 września za akt religijny, mający jednak niewiele wspólnego z zasadami islamu. W walizce Atty znaleziono program modlitw i medytacji, które miały pomóc w pokonaniu trudności. Jeśli psychoza to „niezdolność do widzenia powiązań”, dokument ten ma głęboko psychotyczny charakter. Główną zasadą duchowości islamskiej jest tawhid (czynienie jednym): muzułmanie naprawdę rozumieją jedność Boga dopiero wtedy, gdy zintegrują wszystkie swoje działania i myśli. Jednak dokument Atty atomizuje misję, dzieląc ją na etapy – „ostatnia noc”, droga na lotnisko, wejście na pokład samolotów itd. – w ten sposób w ogóle nie rozważa się nieznośnej całości wydarzeń. Terrorystom zalecano oczekiwanie na raj i powrót czasów Proroka – w rzeczywistości tylko po to, aby myśleli o czymkolwiek innym, ale nie o potworności, którą popełniali. Życie z momentu na moment miało odwrócić ich uwagę od przerażającego finału.

Same modlitwy są wstrząsające. Jak wszystkie muzułmańskie pisma dokument zaczyna się od bismallah – „w imię Boga miłosiernego i litościwego” – nawołuje jednak do działań dalekich od miłosierdzia i litości. Następnie gładko przechodzi do słów, które dla większości muzułmanów, jak mi się zdaje, brzmiałyby świętokradczo: „w imieniu Boga, moim i mojej rodziny”. Porywaczowi zaleca się wyzbycie wszelkich uczuć i współczucia wobec współpasażerów oraz obawy o własne życie, a także podjęcie niezwykłego wysiłku, żeby wprowadzić się w ten nienormalny stan umysłu. Musi on „oprzeć się odruchom”, „poskromić”, „oczyścić” i „przekonać” swoją duszę, „wzburzyć” ją i „sprawić, by zrozumiała”.

NAŚLADOWANIE PROROKA Mahometa leży u podstaw muzułmańskiej pobożności; muzułmanie powtarzają jego zewnętrzne zachowania, gdyż mają nadzieję osiągnąć jego wewnętrzny stan całkowitego oddania się Bogu. Jednak dokument Atty celowo kieruje myśli terrorystów poza świat zewnętrzny, niemal perwersyjnie skupia się na tym, co wewnętrzne. W związku z tym rytuały wydają się prymitywne i powierzchowne. Gdy się pakowali, mieli szeptać wersety Koranu w swoje dłonie i wcierać tę świętość w bagaż, przecinarki, noże, dowody osobiste i paszporty. Ubrania musiały być wygodne, jak ubrania Proroka i jego towarzyszy. Walcząc z pasażerami i załogą, każdy z nich na znak determinacji miał „zaciskać zęby tak jak pobożni ojcowie, zanim ruszyli do bitwy”, i „uderzać, jak mistrzowie, którzy nie pragną powrotu do tego świata, krzycząc Allahu Akbar!, bo okrzyk ten wywołuje strach w oczach niewiernych”. Mieli nie „stawać się ponurzy”, ale recytować wersety Koranu w czasie walki, „tak jak pobożni przodkowie tworzyli poezję podczas walki, aby uspokoić swoich braci i wlać w swoje serca spokój i radość”. Wezwanie do zachowywania spokoju i radości w takiej sytuacji wskazuje na rzeczywiście psychotyczną niezdolność do połączenia wiary z tym, co właśnie zamierzali zrobić.

(…) Przechodząc przez bramki bezpieczeństwa na lotnisku, porywacze mieli recytować werset, który stanowił dla radykałów niemal „wyznanie wiary”. Chodzi o fragment Koranu opowiadający o bitwie pod Uhudem, podczas której pozostający w tyle zachęcali odważniejszych muzułmanów, aby „zostali w domu”. Ci jednak odpowiedzieli: „Wystarczy nam Bóg! Jakże to wspaniały poręczyciel!”, i dzięki swojej wierze „powrócili z dobrocią i łaską od Boga, i nie dotknęło ich żadne zło”. Recytacja tego wersetu miała nie tylko nie dopuścić do nich złych myśli, ale także pozwolić pokonać fizyczne trudności: „Żadne urządzenia, bramki [bezpieczeństwa] i technologia ich [Amerykanów] nie uratują”. Samo powtarzanie pierwszej części szahady – „nie ma boga prócz Boga” miało wystarczyć, by zapewnić im wstęp do raju. Porywaczom zalecano „rozważenie niesamowitości swojego położenia”, kiedy walczą przeciw Amerykanom; powinni pamiętać, że w arabskim piśmie werset ten nie zawiera „zaostrzonych liter – co jest znakiem doskonałości i kompletności, jako że owe zaostrzenia słów i liter zmniejszyłyby jego moc”.

Rok po 11 września Louis Atiyat Allah po obejrzeniu męczeńskiego nagrania Al-Omariego napisał esej na stronę internetową poświęconą dżihadowi. Przesadna pochwała Allaha jest absurdalna – wyobraża porywaczy jako „góry odwagi, gwiazdy męskości, galaktyki zasług”, płaczących z radości, kiedy samoloty uderzały w cel. Zostało to jednak napisane po to, aby odeprzeć szerzący się krytycyzm wobec sprawców ataków z 11 września. Nie tylko „umiarkowani” muzułmanie potępiali te potworności. Nawet radykalne kręgi wskazywały, że Koran zakazuje samobójstwa, i przekonywały, że działania porywaczy były nieodpowiedzialne. Ich przedsięwzięcie okazało się także nieskuteczne: okrucieństwo wywołało wzrost sympatii dla Ameryki na całym świecie i osłabiło sprawę palestyńską, wzmocniło zaś powiązania Izraela i USA.

Louis Atiyat Allah w swoim artykule odrzuca te zastrzeżenia i replikuje, że porywacze ani nie „popełnili samobójstwa”, ani nie byli po prostu „wariatami, którzy znaleźli sobie samolot do porwania”. Mieli oni jasno określony polityczny cel – „rozbić podstawy tyranii i zniszczyć bożka tego wieku – Amerykę”. Uderzyli także w strukturalną przemoc na zdominowanym przez Amerykanów Bliskim Wschodzie, odrzucając „głupotę [władców] Ibn Sauda i Husni [Mubaraka] oraz wszystkich innych idiotów, którzy fałszywie nazywają się tymi, którzy posiadają »moc rozkazywania« (Koran 4:59)”, a w rzeczywistości nie są niczym więcej niż „mackami ośmiornicy, wiszącymi nad wami, podczas gdy głowa ośmiornicy znajduje się w Nowym Jorku i Waszyngtonie”. Operacja miała uczynić „przerażający, historyczny krok, który […] uwolni wszystkich muzułmanów od upokorzeń, zależności i niewoli”.

POWSZECHNIE I SŁUSZNIE potępia się terrorystów zabijających niewinnych w imię Boga, ale nie możemy przypisywać sobie wysokich pobudek moralnych, jeśli akceptujemy cierpienia i śmierć wielu tysięcy cywilów, którzy giną w prowadzonych przez nas wojnach, i uważamy je za „straty uboczne”. Dawne mitologie pomagały ludziom zmierzyć się z problemem przemocy państwa, ale współczesne ideologie nacjonalistyczne wydają się promować wycofanie się w zaprzeczanie lub nieczułość.

Nic nie pokazuje tego wyraźniej niż uwaga Madeleine Albright uczyniona, kiedy jeszcze pełniła funkcję ambasadora Billa Clintona w ONZ. Później się z niej wycofała, jednak opinia publiczna nigdy tej wypowiedzi nie zapomniała. W 1996 r., w programie CBS „60 minutes” Lesley Stahl zadała jej pytanie, czy międzynarodowe sankcje nałożone na Irak są uzasadnione: „Słyszeliśmy, że zmarło pół miliona dzieci. To znaczy więcej, niż zginęło w Hiroszimie. Czy było to tego warte?”. „To bardzo trudne pytanie – odpowiedziała Albright – ale myślę, że było”.

24 października 2012 r. Mamana Bibi, 68-letnia kobieta zbierająca warzywa na polu należącym do jej rodziny w północnym Waziristanie (Pakistan), została zabita przez amerykańskiego drona. Nie była terrorystką, ale położną, żoną emerytowanego nauczyciela, a i tak została rozerwana na kawałki na oczach dziewięciorga swoich wnucząt. Niektóre dzieci przeszły wiele operacji, na które rodzinę ledwo było stać, ponieważ straciła cały swój dobytek. Najmłodsze ciągle nocami krzyczą ze strachu.

Nie wiemy, kto był rzeczywistym celem. Jednak nawet jeśli rząd amerykański rzeczywiście przeprowadza oceny rezultatów nalotów, nigdy nie przeprosił, nigdy nie zaoferował rodzinie odszkodowania, nigdy nawet nie przyznał się amerykańskim obywatelom, do czego doszło. Dyrektor CIA John O. Brennan twierdził wcześniej, że ofiarą ataków dronów nie padają absolutnie żadni cywile; później przyznał, że jest inaczej, a równocześnie utrzymywał, że takie przypadki są niezwykle rzadkie. Od tego czasu Amnesty International ujawniła 45 przypadków ataków w regionie, pokazała dowody na to, że w ich rezultacie zginęli cywile, i wskazała kilka ataków, w których prawdopodobnie zabito ludność cywilną, postępując wbrew prawu.

„Bomby wywołują jedynie nienawiść w sercach ludzi. A nienawiść i złość przynoszą jeszcze więcej ataków terrorystycznych”, powiedział syn Bibi. „Nikt nigdy nie zapytał nas, kto zginął lub ucierpiał tamtego dnia. Ani Stany Zjednoczone, ani nasz rząd. Nikt nie przyszedł niczego sprawdzić, nikt nikogo nie pociągnął do odpowiedzialności. Po prostu – nikogo to nie obchodzi”.

„Czy mam być stróżem brata mego?”, zapytał Kain, po tym jak zabił swojego brata Abla. Żyjemy obecnie w tak zintegrowanym świecie, że wszyscy jesteśmy związani z historiami i nieszczęściami innych. Słusznie potępiając tych terrorystów, którzy zabijają niewinnych ludzi, musimy również uznać swoją odpowiedzialność za Mamanę Bibi, jej rodzinę i setki tysięcy cywilów, którzy zginęli lub zostali okaleczeni w naszych nowoczesnych wojnach tylko dlatego, że znaleźli się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie.

Tytuł, skróty i ilustracje pochodzą od redakcji.

Fragmenty książki Karen Armstrong Pola krwi. Religia i przemoc, przekład Ryszard Zajączkowski, W.A.B., Warszawa 2017

Wydanie: 7/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy