Polskie mrzonki o odbudowie Ukrainy

Polskie mrzonki o odbudowie Ukrainy

Powojenna odbudowa pochłonie biliony dolarów i potrwa dekady. Ale nasze firmy na tym nie zarobią

Gdy 24 lutego br. wojska Federacji Rosyjskiej zaatakowały Ukrainę, było jasne, że po zakończeniu działań wojennych kraj zostanie odbudowany. Komisja Europejska, rządy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii niemal natychmiast rozpoczęły prace nad programami pomocowymi, które miałyby ułatwić Kijowowi realizację tego zadania.

Polska także zadeklarowała chęć wzięcia udziału w tym dziele. Mówili o tym nie tylko premier Mateusz Morawiecki i ministrowie jego rządu, ale też prominentni politycy opozycji z Donaldem Tuskiem na czele. Pod koniec maja prezydent Andrzej Duda, występując przed ukraińską Radą Najwyższą, na Forum Ekonomicznym w Davos i w wywiadzie dla CNN, dowodził, że powinien powstać specjalny fundusz, który sfinansuje odbudowę kraju. „Są dzisiaj zamrożone gigantyczne rosyjskie pieniądze na świecie, szacuje się, że jest to ponad 300 mld dol. To przede wszystkim z tych pieniędzy powinna być odbudowywana Ukraina”, mówił.

Wizję naszych firm podnoszących z gruzów ukraińskie miasta, wsie i zakłady przemysłowe oraz odbudowujących zniszczone drogi, mosty, lotniska i budynki użyteczności publicznej mąci fakt, że osobą odpowiedzialną za powstanie rządowego kompleksowego planu powojennej pomocy dla Kijowa jest wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin. Polityk wsławiony nie tylko przygotowaniem tzw. wyborów kopertowych, ale też ubiegłorocznym projektem budowy „rozlewni szczepionek” przez Polfę Tarchomin.

Dziś Polska pod względem wielkości pomocy militarnej udzielanej Ukrainie jest trzecim krajem, po Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Ale kiedy przyjdzie do podziału kontraktów na odbudowę, sojusznicy nie dadzą nam zarobić. Tak, jak zrobili to niegdyś w Iraku.

Jak to się robi w Bagdadzie

Przed atakiem wojsk koalicji pod wodzą Stanów Zjednoczonych na Irak w 2003 r. Pentagon twierdził, że koszt wojny nie powinien przekroczyć 95 mld dol. Amerykanie szacowali, że na likwidację zniszczeń wojennych, pomoc humanitarną i tworzenie demokratycznych struktur nowego państwa trzeba będzie przeznaczyć dodatkowe 200 mld. Potem te kwoty błyskawicznie rosły. Tylko na operacje wojskowe USA wydały ponad 800 mld dol. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii prof. Joseph Stiglitz szacował, że wszystkie koszty, jakie Stany Zjednoczone poniosły w Iraku, to kwota 2-4 bln dol.

Kraj, z wyjątkiem kontrolowanych przez Kurdów regionów północnych, został zniszczony, a jego odbudowa w latach 2003-2008 okazała się farsą i wielkim festiwalem korupcji. Irak, który pod względem wielkości zasobów ropy naftowej ustępuje tylko Arabii Saudyjskiej, w 2020 r. miał – według Banku Światowego – PKB na głowę mieszkańca w wysokości 4145,9 dol. Dla porównania – w roku 1990 było to 10 356,9 dol.

W 2004 r. dziennik „Washington Post” pisał o powiązaniach koncernu Halliburton, na czele którego w przeszłości stał ówczesny wiceprezydent Dick Cheney, z administracją prezydenta Busha. Rok po ataku sił koalicji na Bagdad Halliburton był największym prywatnym podwykonawcą dla oddziałów amerykańskich w Iraku. Wartość zawartych kontraktów przekraczała 11 mld dol. Nic dziwnego, że w amerykańskich mediach i internecie zaroiło się od teorii, że wiceprezydent Cheney robił wszystko, żeby koncern, którym przedtem kierował, zarabiał jak najwięcej. Halliburtonowi to nie zaszkodziło. W kolejnych latach wartość umów zawartych z amerykańską armią wzrosła do 17 mld dol.

Z kolei koncern budowlany Bechtel otrzymał wart 2,5 mld dol. kontrakt na budowę szkół i szpitali w Iraku. Jednak żadna taka placówka nie została wybudowana w terminie i za cenę zapisaną w kosztorysie. Pech dopadł również firmę Custer Battles, której udowodniono zawyżanie rachunków na 10 mld dol.

W roku 2003 rząd premiera Leszka Millera zdecydował o udziale niewielkiego kontyngentu wojsk polskich w ataku na Irak. Amerykanie zaproponowali nam region między Basrą a Bagdadem, który miało kontrolować 2,5 tys. polskich żołnierzy. Nasz rząd zgodził się, pod warunkiem że Stany Zjednoczone pokryją wszelkie koszty.

W ślad za wojskiem mieli pociągnąć polscy przedsiębiorcy. Plany były ambitne. Budimex, który w latach 80. budował drogi i autostrady w Iraku, liczył, że wróci nad Eufrat. Podobnie Energobudowa, Bumar, Stalexport czy radomski Łucznik, gotowy wyposażyć nową iracką armię w kałasznikowy.

Rząd zbierał oferty i starał się przekonać Amerykanów, by cokolwiek „odpalili” naszym firmom. Efekty były skromniutkie. Minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz wspomniał kiedyś, że rząd liczył na uzyskanie przez polskie koncerny – Orlen i Rafinerię Gdańską – bezpośredniego dostępu do irackich złóż naftowych. Okazało się to mrzonką. W tym czasie nasze rafinerie były przystosowane do przerobu wyłącznie rosyjskiej ropy.

Udało się jedno przedsięwzięcie. W grudniu 2004 r. Przedsiębiorstwo Handlu Zagranicznego Bumar podpisało w Warszawie warte 240 mln dol. dwie umowy na dostawy sprzętu i uzbrojenia dla irackiej armii. Ze strony Bagdadu podpisał ją dr Ziad Cattan – postać barwna i dobrze znana nad Wisłą. Ojciec dr. Cattana był generałem w armii Saddama Husajna, w latach 80. wysłał syna na studia do Polski. Po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 r. Ziad Cattan zdecydował się zostać w Polsce i zająć biznesem. Tuż przed wybuchem drugiej wojny w roku 2003 znalazł się w Bagdadzie, oficjalnie po to, by wywieźć ojca z kraju. Gdy Amerykanie zajęli miasto, Cattan został burmistrzem jednej z dzielnic. A później wiceministrem obrony narodowej w rządzie Ijada Alawiego, odpowiedzialnym m.in. za zakupy uzbrojenia dla nowej armii irackiej. W 2005 r., po przegranych przez Alawiego wyborach i objęciu władzy przez ekipę premiera Ibrahima al-Dżafariego okazało się, że, delikatnie mówiąc, są niejasności w kontraktach na dostawy uzbrojenia na kwotę 1,5 mld dol. Odpowiadał za nie wiceminister Ziad Cattan.

O defraudację oskarżono poza nim 23 osoby. Posiadający polskie obywatelstwo dr Cattan odnalazł się w Warszawie i tłumaczył, że zarzuty są bezpodstawne, a wszystko to intrygi przeciwników politycznych. Później w zaocznym procesie iracki sąd skazał go na 180 lat więzienia i zwrot 800 mln dol. Mijały lata, ale w Bagdadzie o nim nie zapomniano. W styczniu 2017 r. Ziad Cattan został zatrzymany w stolicy Jordanii Ammanie i przekazany Irakijczykom. Rok później wyszedł z aresztu, wrócił do Polski i od tego czasu o nim cicho.

W listopadzie 2003 r. dyrektorem polityki gospodarczej w tymczasowych władzach koalicyjnych Iraku został prof. Marek Belka. Czasy były trudne. Z USA do Bagdadu dolary wożono w materacach, bo tak łatwiej można było je pakować do samolotów. Korupcja w kraju osiągnęła gigantyczne rozmiary. W tych warunkach o polityce gospodarczej trudno było mówić.

W sierpniu 2005 r. agencja AP cytowała wypowiedź prof. Belki, który w trakcie międzynarodowej konferencji „Jak żyć razem na Ziemi” zorganizowanej w szwedzkiej miejscowości Tällberg miał powiedzieć, że próby powojennej odbudowy Iraku „całkowicie się nie powiodły”, a Stany Zjednoczone i ich sojusznicy popełnili błąd, opierając plany odbudowy Iraku na doświadczeniach z odbudowy Niemiec po II wojnie światowej.

Za to nieźle radzili sobie nasi wojskowi. W lutym 2005 r. podczas rewizji bagaży oficerów wracających z III zmiany naszego kontyngentu w Iraku żandarmeria wojskowa znalazła ok. 90 tys. dol. w gotówce. Było jasne, że to nie zaoszczędzony żołd. Ruszyło śledztwo, które ujawniło, że płk Mariusz S. oraz jego współpracownicy pobierali od przedstawicieli lokalnego biznesu zwyczajowe 10% tzw. bakszyszu. W sumie miało tego być ok. 250 tys. zielonych. Pierwszy proces rozpoczął się w roku 2005. Jeszcze w 2017 r. „aferą bakszyszową” zajmował się Sąd Najwyższy. Mariuszowi S., byłemu już pułkownikowi, groziło 12 lat więzienia. W mediach spekulowano, że „skoro zwykły pułkownik wziął 250 tys. dol., to ile mogli wziąć generałowie”, lecz wojskowi prokuratorzy nie poszli tym tropem.

Jeśli Ukraina wygra z Rosją

Wszelkie rozważania na temat odbudowy Ukrainy nie mają sensu, jeśli Rosjanie wygrają tę wojnę. Z wypowiedzi rosyjskich dziennikarzy, ekspertów i polityków wynika, że Moskwa nie będzie się paliła do podnoszenia jej z gruzów.

Rosja to wielki kraj, w którym brakuje wykwalifikowanej siły roboczej. Ukraińcy mogą znaleźć pracę na Syberii, a nawet na Dalekim Wschodzie. Od kilku lat w Federacji Rosyjskiej obowiązuje uproszczona procedura przyznawania obywatelstwa mieszkańcom obwodów ługańskiego i donieckiego, którą teraz objęto także ludność obwodów chersońskiego i zaporoskiego.

A co się stanie, jeśli Ukraina wygra wojnę albo przynajmniej utrzyma obecny stan posiadania? Wiceminister gospodarki Ukrainy Denys Kudin szacował, że po 20 dniach działań wojennych zniszczenia były tak wielkie, że odbudowa kraju kosztowałaby 121 mld dol. Po przeszło 100 dniach koszty te muszą być znacznie większe. To nawet 1 bln dol. – i stale rosną, gdyż każdego dnia armia rosyjska niszczy kolejne zakłady przemysłowe, obiekty infrastruktury wojskowej, drogowej, kolejowej i cywilnej.

Nie wydaje się, by Unia Europejska, Stany Zjednoczone i ich sojusznicy byli w stanie zmobilizować tak wielkie środki. I tak szybko, jak życzyłyby sobie władze w Kijowie. Ukraińcy np. zakładają, że do 2024 r. kraj stanie się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Że uda się wznowić pracę portów i odbudować oraz rozwinąć połączenia drogowe, kolejowe i lotnicze z Europą.

Kijów przewiduje też budowę potężnego kompleksu wojskowo-przemysłowego oraz transfer zaawansowanych zachodnich technologii. Chce niemal nieograniczonego dostępu do rynków Unii Europejskiej.

W maju Komisja Europejska ogłosiła, że na cele społeczne, gospodarcze i finansowe Ukrainy od początku inwazji uruchomiła 4,1 mld euro.

Dodatkowo w ramach Europejskiego Instrumentu na rzecz Pokoju przekazała Polsce, Słowacji, Łotwie, Litwie i Estonii 1,5 mld euro, a kolejne 500 mln jest w toku. Środki unijne stanowią rekompensatę za wysłane do Ukrainy uzbrojenie.

Na razie niewiele wiadomo o planach odbudowy, nad którymi trwają obecnie prace w Brukseli. Prezydent Andrzej Duda i premier Morawiecki starają się stworzyć wrażenie, że Polska ma solidną przewagę w walce o zamówienia na odbudowę Ukrainy. Lecz tak się nie stanie.

Amerykanie i zachodni Europejczycy dobrze wiedzą, jak duża jest korupcja u naszych sąsiadów, i z pewnością będą chcieli mieć decydujący głos w wyborze kontrahentów. Polskie firmy w najlepszym wypadku mogą liczyć na podwykonawstwo. Amerykańskie, hiszpańskie czy tureckie koncerny budowlane będą miały przewagę, oferując niższe ceny albo mając lepsze dojścia do decydentów. Jeśli chodzi o transfer zaawansowanych technologii, to nie ma o czym mówić. Polska od dziesięcioleci – wraz z Rumunią i Bułgarią – znajduje się na końcu wszelkich rankingów dotyczących badań i rozwoju oraz współpracy nauki z przemysłem. Nie będziemy mieli wiele do zaoferowania.

Co gorsza, pieniądze, które Unia Europejska i Stany Zjednoczone wpompują w ukraińską gospodarkę, sprawią, że wyrośnie nam poważny konkurent. Dysponujący czterema elektrowniami atomowymi, a więc dostępem do taniej energii elektrycznej.

Dla niemieckich koncernów tania ukraińska siła robocza będzie bardziej atrakcyjna niż polska. A to oznacza, że więcej zamówień trafi nad Dniepr niż nad Wisłę. Odczujemy to o wiele silniej niż poniżenie związane z odbudową Iraku. Cóż, my liczymy na przyjaciół, Amerykanie, Niemcy i Brytyjczycy robią interesy.

m.czarkowski@tygodnikprzeglad.pl

Fot. AP/East News

Wydanie: 26/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy