GMO włazi przez szparę

GMO włazi przez szparę

Zamiast chytrej zagrywki, która miała być za, a nawet przeciw GMO (genetycznie modyfikowane organizmy), rząd i parlament rzuciły na biurko prezydenta Komorowskiego coś, co przypomina gorący kartofel. I nawet jeśli nie jest to bulwa zmodyfikowana przez genetyków według amerykańskich receptur, ale pyszny, polski ziemniak, to i tak nie wiadomo, co z nim zrobić. A wszystko przez to, że wbrew własnemu stanowisku z 2008 r., kiedy to premier Tusk oświadczył, że rząd dąży do tego, by Polska była krajem wolnym od GMO, w ostatnich tygodniach urzędowania przyjęto ustawę z boczną furtką, która pozwala otworzyć Polskę na GMO. Jeśli ktoś liczył, że w gorączce przedwyborczej da się przepchnąć projekt budzący tak wielkie emocje, to zgrzeszył podwójnie. Naiwnością i bezczelnością.

Co jak co, ale to, co jemy, było i jest dla Polaków bardzo ważne. A w miarę tego, jak społeczeństwa się bogacą, wszystko, co dotyczy jakości i bezpieczeństwa żywności, staje się coraz istotniejsze. Widać to w Unii Europejskiej, ale również w USA, ojczyźnie GMO, gdzie także przybywa jej przeciwników. Bogatsi, lepiej wykształceni i bardziej świadomi konsumenci wybierają zdrową, naturalną i ekologiczną żywność. Jej produkcja jest znacznie droższa i oczywiście nie może rozwiązać problemu głodu na świecie ani problemu setek milionów ludzi, których na tego rodzaju żywność nie stać. W tę potrzebę albo, mówiąc językiem korporacji, w tę niszę uderzyły wielkie koncerny, proponując GMO, którego produkcja na wielkich obszarach jest znacznie bardziej ekonomiczna. Efekt jest taki, że np. soja będąca podstawowym składnikiem pasz jest już w USA w prawie 100% zmodyfikowana, podobnie zaczyna być z kukurydzą. I pasza z tymi zmodyfikowanymi roślinami trafia wszędzie. Także do Polski. W ten sposób mięso ze zwierząt hodowanych na tej paszy jest również na naszym rynku. A skoro już i tak GMO taką boczną furtką trafiło do Polski, to czemu się opierać i nie otworzyć całej bramy, pozwalając na wszystkie uprawy GMO? Na to jednak nie ma społecznej zgody. Na szczęście. Bo wcale nie jesteśmy w Unii wyjątkiem, domagając się ogłoszenia Polski krajem wolnym od GMO. Takie samo stanowisko prezentują rządy Niemiec, Francji, Włoch, Austrii, Szwajcarii i kilku innych krajów. Mało? Wystarczy, by serio traktować obawy społeczeństwa, uwagi naukowców i zastrzeżenia rolników. Wpuszczenie upraw GMO do Polski oznaczałoby szybki upadek małych gospodarstw rodzinnych i koniec tego, co w coraz większym stopniu staje się naszą specjalnością. Produkcji zdrowej, naturalnej i smacznej żywności.

A skoro mowa o jedzeniu, warto przypominać i egzekwować od producentów i handlowców pełną informację o tym, co jemy. Takie są dyrektywy Unii. Kupujący musi mieć prawo wyboru na podstawie realnej wiedzy, a nie reklam. Czy GMO jest bezpieczne? Unia nie bez powodu jest tu ostrożna. I dlatego GMO w Europie jest jeszcze w śladowym zakresie. Daje to czas na namysł i wypracowanie kompleksowego projektu. W takim dziele powinna bardzo aktywnie uczestniczyć Polska. Mamy bowiem wiele powodów, by pilnować tego, co się dzieje na rynku producentów żywności. Bez przedwyborczych nerwowych podrzutków na biurko prezydenta. A puentą niech będą słowa premiera Tuska: „ja jako człowiek jestem przeciwnikiem żywności genetycznie zmodyfikowanej”. Ja też!

Wydanie: 34/2011

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy