Gołębiarze

Gołębiarze

Mówią, że godzina w gołębniku to jak dzień urlopu

Parking kosztował 4 zł, bilet wstępu 10 zł, katalog 8 zł. Tyle co najmniej trzeba było wydać, by znaleźć się na terenie Wystawy Gołębi w Katowicach.
I w środku, i na zewnątrz tłum ludzi. Organizatorzy szacują, że wystawę odwiedziło 15 tys. osób. Do Katowic zjechali hodowcy i producenci akcesoriów z Polski, Niemiec, Holandii, Belgii, Ukrainy i Czech.
– Liczba hodowców gołębi stale rośnie i powoli przeradza się to w przemysł – mówił dziennikarzom Jan Kawaler, prezes Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych. W Polsce mamy około 40 tys. hodowców.
Andrzej Jaksa hoduje gołębie od, jak sam mówi, 40 lat. A ma lat 47.
– Kiedyś spadłem z gołębnika i matka mi życie uratowała. Zostały ślady i… gołębie. To może być biznes i na Zachodzie tak jest. Ja mam z tego przede wszystkim satysfakcję.
Michał i Andrzej Wisona kontynuują rodzinne tradycje. Michał Wisona: – Gołębie hodował nasz ojciec i tak już przeszło. Ile czasu dziennie trzeba poświęcić po pracy? Około pięciu godzin. Ale przy tym się odpoczywa.
Stanisław Czarny, którego gołąb zwyciężył w katowickiej wystawie, zaczynał hodowlę jeszcze jako dziecko. – Ojciec zawsze miał dwie, trzy parki w wiejskich chatynkach. Kiedyś przybłąkał się też do nas gołąb pocztowy. Zrobiłem mu siedzisko w kuchni, w takim koszu jak dla kotów. Mama była przeciwna, poza tym sąsiedzi straszyli, że nie wolno trzymać ptaka z obrączką, jeśli nie jest się hodowcą. Któregoś dnia matka otworzyła okno i gołąb uciekł. Ale mnie już miłość do gołębi została. W szkole średniej czytałem dużo literatury niemieckiej, choć tego języka się nie uczyłem. Do swojego hobby wróciłem po studiach. Brat pracował w Holandii i trafił na znanego hodowcę Jansena. Tak się zaczęło. Marzeniem każdego hodowcy jest udział w olimpiadzie. Pamiętam olimpiadę w Blackpool. Mój gołąb był reprezentantem w krótkich dystansach. Niestety, ekipa spóźniła się. Okazało się, że nasze gołąbki nie będą oceniane. To była złośliwość organizatorów. Ale były na wystawie. Mój miał pewny brązowy medal. Reporter holenderskiego magazynu specjalistycznego napisał na całą kolumnę artykuł o tym, co wart jest medal, jeśli lepszy został za burtą. W RPA w 2001 r. byłem szósty na świecie. Czy to zajmuje dużo czasu? Sporo. Ale dla mnie godzina w gołębniku to jak dzień urlopu. Odskocznia od codziennych problemów, relaks.
Piotr Kobędza wychował się w leśniczówce. – W wieku 14 lat wiedziałem, że będę zajmował się gołębiami. Miałem kolegę, którego ojciec hodował te ptaki. Tak przez przyjaźń się zaczęło. Ojciec był przeciwnikiem, ale udało mi się go przekonać. Jedyną przerwę miałem po zmianie stanu cywilnego i adresu. Trwała cztery lata. Potem wróciłem. Bo to jest coś takiego jak choroba, nałóg. Hodowanie gołębi wykształca w człowieku wiele pozytywnych cech, jak chociażby systematyczność i zdolność do wyrzeczeń. To jest zawsze godzina przed pracą i minimum dwie godziny po pracy. Biznes? Ja jeszcze nie kupiłem ani jednego ptaka. Ale w Polsce to też zaczyna być coraz bardziej biznes, tyle że w znaczeniu negatywnym. Żeby jak najszybciej osiągnąć wynik. Ludzie z pieniędzmi wynajmują pielęgniarzy i trenerów, płacą za hodowlę i medykamenty, sami tylko firmują wszystko swoim nazwiskiem. Taka sytuacja zniechęca innych, którym coraz trudniej samodzielnie mieć wyniki. Robią to z przyzwyczajenia i miłości, ale ze świadomością, że to jest coraz bardziej poza ich zasięgiem. Zrobił się z tego przemysł, z którego wielu ludzi świetnie żyje.

 

 

Wydanie: 5/2002

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy