Gorbaczow – sukces i porażka

Gorbaczow – sukces i porażka

Zachód negocjował z Gorbaczowem nieszczerze. Wprowadził go celowo w błąd i ograł

W Polsce, gdzie ponad logikę skutków przedkłada się logikę intencji, nie tylko nie doceniano roli Gorbaczowa, ale jeszcze potępiano go z wyżyn fałszywego pryncypializmu, propagandowo obwiniano o popełnienie „zbrodni” i traktowano na równi z jego poprzednikami i następcami, poczynając od Lenina, przez Stalina, na Putinie kończąc. Reżimowa telewizja „publiczna” w swoim sztandarowym programie propagandowym w taki właśnie sposób podsumowała dokonania przestępcy Gorbaczowa przy okazji podawania wiadomości o jego śmierci. Wypomniano mu, że chciał wzmocnić ZSRR, a więc miał złe zamiary. A jakież znaczenie wobec zbrodni złych intencji może mieć drobiazg, że na skutek jego reform ZSRR upadł?

A przecież z punktu widzenia interesu Polski, zwłaszcza ówczesnej opozycji i obecnej klasy panującej, dokonania Gorbaczowa są nie do przecenienia. Bez niego nie byłoby szans na uwolnienie się od krępującej ideologii, na zakwestionowanie powojennych uwarunkowań geopolitycznych i na zrzucenie niechcianej kurateli Kremla. Panujący duopol solidarnościowy i jego przybudówka, koncesjonowana opozycja, nigdy tego jednak nie przyznają, bo umniejszyłoby to ich mniemane zwycięstwo nad totalitaryzmem.

Więcej, dokonania Gorbaczowa, fatalne dla jego kraju, wywarły korzystne skutki dla ludzkości, którą (czasowo) uwolniły od dręczącego lęku przed niewyobrażalnymi globalnymi konsekwencjami nuklearnej konfrontacji supermocarstw. Polityka międzynarodowa Gorbaczowa przyniosła szczególnie duże korzyści Europie. Wzmocniła poczucie tożsamości europejskiej, umożliwiła próbę realizacji utopii jedności i wspólnoty ponadpaństwowej. Dla Niemiec była to polityka wręcz zbawienna, bo nie tylko zaowocowała odzyskaniem suwerenności i zjednoczeniem kraju podzielonego za karę między dwa obozy, pozostające przez bez mała pół wieku w stanie zamrożonej wojny, ale także pozwoliła nowej RFN zrzucić z siebie balast niechlubnej przeszłości pariasa Europy i wybić się na pozycję mocarstwa gospodarczego, państwa o uznanym autorytecie światowym. Nim do tego doszło, między ZSRR a Zachodem odbył się turniej dyplomatycznego pokera. Niektórzy gracze grali znaczonymi kartami.

Ani o centymetr na wschód

W świetle ujawnionych i odtajnionych rządowych dokumentów amerykańskich, niemieckich, brytyjskich, francuskich i oczywiście radzieckich nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że przywódca ZSRR otrzymał ze strony wszystkich rządów zaangażowanych w rozpoczęty w 1990 r. proces rekonfiguracji porządku politycznego w Europie, którego trzonem było zjednoczenie Niemiec, stanowcze zapewnienie, że jurysdykcja paktu polityczno-wojskowego NATO nie zostanie przesunięta w kierunku wschodnim. Chwytliwa formuła, którą posłużył się szef amerykańskiej dyplomacji, sekretarz stanu James Baker, brzmiała: „ani o jeden cal na wschód”. W ustach przywykłego do precyzji językowej doświadczonego prawnika, wyrobionego dyplomaty i byłego szefa resortu finansów w rządzie USA nie mogło to być przejęzyczenie ani brak dbałości o słowa. Był to celowy zabieg retoryczny, na który dała się złapać niedoświadczona ekipa Gorbaczowa.

Formuła Bakera przewija się w urzędowych memorandach, prywatnych zapiskach i wspomnieniach polityków uczestniczących w kluczowych rozmowach. Lektura dokumentów zebranych i udostępnionych publicznie przez Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego przy Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do tego, że: 1) kwestia nierozszerzania NATO miała kluczowe znaczenie w rozmowach na temat zjednoczenia Niemiec, 2) problem, co zrobić z NATO, pojawił się w debatach już na samym początku dynamicznych przemian w Europie zapoczątkowanych w 1989 r., 3) w dosłownym znaczeniu formuła Bakera oznaczała gwarancję powstrzymania się USA od ekspansji polityczno-militarnej na wschodnią część kontynentu.

W dokumentach zarejestrowane zostały słowa najważniejszych polityków. Prezydent USA George H.W. Bush zapewniał Gorbaczowa w trakcie ich osobistego spotkania, że USA „nie zamierzają wykorzystać sytuacji do osiągnięcia jednostronnej przewagi”. W identyczny sposób uspokajali Rosjan inni przywódcy państwowi oraz ministrowie, których głosy były uwzględniane przy podejmowaniu ostatecznych decyzji, w tym – oprócz wymienionych już Bakera i Busha – minister spraw zagranicznych RFN Hans-Dietrich Genscher, kanclerz Niemiec Helmut Kohl, prezydent Republiki Francuskiej François Mitterrand, premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher i jej następca John Major oraz szef brytyjskiego MSZ Douglas Hurd, a także ówczesny szef NATO Manfred Wörner i pierwszy zastępca doradcy prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego Robert Gates.

Wykupieni czekiem bez pokrycia

W czym zatem tkwi problem? W tym, że wielokrotnie powtarzane słowa nie zostały przełożone na język traktatów i zapisane w formie wiążących umów. Dziś mogą być przedmiotem zainteresowania historyków dyplomacji, ale pozbawione są siły sprawczej w stosunkach międzynarodowych.

Z lektury archiwalnych dokumentów i opracowań naukowych wyciąg-

nąć można jeszcze jeden wniosek. Zachód negocjował z Gorbaczowem nieszczerze. Wprowadził go celowo w błąd i ograł. Nikt nie wyraził tego bardziej dobitnie i zuchwale niż sam James Baker. Pod koniec serii spotkań dotyczących dealu z Gorbaczowem, odbytych w gronie najbliższych współpracowników, na marginesie jednego z wewnętrznych memorandów Baker zanotował: „Nie widzieliście lewarowanego przejęcia, dopóki nie zobaczycie tego”. Dowód samozachwytu sprytnego gracza w obliczu zbliżającego się triumfu nad przeciwnikiem, który nawet nie przeczuwał, że został wystrychnięty na dudka. Frazeologia była typowa dla ery reaganomiki. Odnosiła się do praktyki wrogich przejęć i wykupów korporacyjnych, w których lubowała się ówczesna Wall Street. Grupka zachodnich „inwestorów” dogadała się i za puste deklaracje „wykupiła” zjednoczone Niemcy ze strefy wpływów ZSRR. Perfekcyjna rozgrywka dyplomatyczna w mgnieniu oka zmieniła mozolnie przygotowywane przez aliantów zasady powojennego ładu i bezpieczeństwa okupione bezprecedensowym wysiłkiem militarnym.

Dyplomatyczny poker nowicjusza z szulerem

Złożona z nieznających Zachodu nowicjuszy i naiwnych reformatorów ekipa Gorbaczowa miała naprzeciw siebie dowodzoną przez USA koalicję najbardziej wpływowych państw ówczesnego świata (RFN, Wielka Brytania, Francja), którą reprezentowali wytrawni zawodowi politycy wspomagani przez zastępy doskonale wyedukowanych w elitarnych instytucjach specjalistów i urzędników wysokiego szczebla. Wspomniany wyżej Robert Gates legitymował się doktoratem na temat stosunków chińsko-radzieckich obronionym na prestiżowym Georgetown University i miał wówczas w dorobku zawodowym ponad 25 lat pracy w agencjach wywiadowczych CIA i NSA, w których zajmował się problematyką obszaru radzieckiego. Na przełomie lat 80. i 90. pełnił w nich funkcje kierownicze. Później, na zakończenie kariery, został kolejno dyrektorem CIA i sekretarzem obrony.

Po przeciwnej stronie stanęła grupka tyleż przerażonych, co zafascynowanych Zachodem i przy tym ufnych żółtodziobów. Trzeba jednak przyznać, że była to porażka na własne życzenie. Gorbaczow został namaszczony na stanowisko genseka przez Jurija Andropowa, któremu przedwczesna śmierć nie pozwoliła należycie przygotować protegowanego do nowej roli. Dlatego bezpośrednio po jego odejściu stanowisko to objął Konstantin Czernienko. A że ten opuścił je jeszcze szybciej niż poprzednik, zabrakło czasu, by biegłego głównie w potyczkach słownych Gorbaczowa wdrożyć w problematykę bezpieczeństwa państwa, spraw zagranicznych i ekonomii. Za sterami radzieckiego Titanica stanął niedoświadczony kapitan. Po przejęciu władzy uruchomił czystkę w aparacie, pozbywając się ludzi, którzy nie podzielali jego reformatorskiego entuzjazmu lub mieli odmienną wizję dalszego rozwoju państwa. Oznaczało to odsunięcie wielu doświadczonych i oddanych państwu urzędników. Jedną ze zgubnych dla przyszłości ZSRR decyzji kadrowych Gorbaczowa było zastąpienie konserwatywnego Wiktora Czebrikowa na stanowisku szefa KGB nieudolnym, ale bliższym Gorbaczowowi Władimirem Kriuczkowem, który tak jak on wywodził się z kliki Andropowa.

Wśród doradców radzieckiej ekipy negocjującej z Amerykanami sprawę zjednoczenia Niemiec uchowali się jeszcze aparatczycy z dużym stażem i znajomością świata, ale nie mając wystarczającego przebicia, nie wpływali na kształt ostatecznych decyzji. W archiwach zachowały się memoranda sporządzone przez ówczesnego szefa Wydziału Zagranicznego KC KPZR Walentina Falina, który stanowczo i trafnie ostrzegał Gorbaczowa przed zastawionymi na niego pułapkami. Jego uwagi nie zostały potraktowane z należytą powagą. Na jeszcze wyższym szczeblu najbardziej nieufny wobec Zachodu okazał się szef MSZ Eduard Szewardnadze, który starał się spowalniać proces negocjacji, ale nawet jego głos nie wystarczył, by powstrzymać prącego do „konsensusu” Gorbaczowa.

Powodzeniu Rosjan nie sprzyjała również niekorzystna dla nich, a zaproponowana przez Zachód formuła rozmów, na którą przystał Gorbaczow. Zamiast odwołać się do precedensowej formuły z końca II wojny światowej (dyskusje odbywano i decyzje podejmowano w gronie czwórki aliantów) lub formuły z forum Rady Bezpieczeństwa ONZ (z zachowaniem prawa weta), w sprawie zjednoczenia Niemiec stworzono nowy format „4+2”, którym Zachód posługiwał się, jak mu pasowało. Spotkań w pełnym składzie było mało, natomiast odbywano regularne i częste konsultacje w gronie liderów państw zachodnich, bez udziału ZSRR, po czym uruchamiano serię spotkań dwustronnych z Gorbaczowem, na których kolejni politycy zachodni (Bush, Kohl, Mitterrand, Thatcher, Major i ich ministrowie) umacniali stanowisko wypracowane wcześniej we własnym gronie, systematycznie zmiękczając i urabiając swojego rozmówcę. Biorąc pod uwagę zerowe znaczenie ówczesnej NRD, okazało się, że nie była to formuła uczciwych negocjacji, lecz raczej walka pięciu na jednego. Nic dziwnego, że zakończyła się katastrofalną porażką Gorbaczowa. Sprytniejszy od niego polityk za zgodę na zjednoczenie Niemiec uzyskałby co najmniej gwarancje zabezpieczające przed ekspansją NATO, być może też wycofanie NATO z całego obszaru połączonych Niemiec, a nawet jego likwidację (takie opcje leżały na stole negocjacyjnym). Tymczasem NATO nie tylko objęło kuratelą zjednoczone państwo niemieckie, ale z czasem przesunęło swoją jurysdykcję daleko na wschód, wkraczając aż na obszary byłego ZSRR.

ZSRR Gorbaczowa – totalitarny Lewiatan czy źle rządzony moloch?

Mamy w Polsce skłonność do postrzegania ZSRR jako wszechmocnego totalitarnego państwa – Lewiatana, którego siłą są bezwzględność, brutalność i samowładza przywódców. Tymczasem w 1990 r. ZSRR był ledwie cieniem samego siebie i dawnej potęgi, której przerażająca siła przerodziła się w samodestrukcyjną słabość. Z trzech atrybutów panowania genseka – bezwzględności, brutalności i samowładzy – Gorbaczow zachował tylko ten ostatni – pełnię władzy, a i to na chwilę. Ta okoliczność okazała się gwoździem do jego politycznej trumny oraz trumny samego ZSRR, którego pogrzeb nastąpił w grudniu 1991 r. Przez lata terminowania w strukturach aparatu Gorbaczow opanował sztukę przepychania się do przodu i eliminowania oponentów. Do żadnego innego celu nie potrafił tej władzy wykorzystać równie skutecznie. Ale kiedy opuszczał granice ZSRR, pełnię władzy i umiejętność rozstawiania konkurentów po kątach zostawiał na Kremlu, przemieniając się w sympatycznego i wyrozumiałego Europejczyka. Zachodni przywódcy szybko nauczyli się podtrzymywać w nim ten wizerunek dla własnej korzyści. Na zdjęciach z tego okresu możemy ujrzeć rozpromienioną twarz Gorbaczowa, który sprawia wrażenie, jakby doznanie wyjątkowej szczęśliwości ogarniało go tylko poza granicami ZSRR. Poklask ze strony zagranicznych mediów, uśmiechy i zachwyty polityków oraz autentyczne entuzjastyczne przyjęcie ze strony zwykłych ludzi niemal na każdym kroku w każdym odwiedzanym państwie, a wreszcie Pokojowa Nagroda Nobla, wytworzyły coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego działającego wzmacniająco na jego postawę za sprawą psychologicznego mechanizmu nagrody.

Uwielbiany za granicą, znienawidzony w kraju

Paradoksalnie im bardziej był wielbiony na Zachodzie, tym bardziej nienawidzono go we własnym kraju. Z upływem czasu niechęć rodaków do Gorbaczowa jeszcze się pogłębiała. Obecny sekretarz rosyjskiej Partii Komunistycznej, wracając w 2006 r. do sprawy nieudanego puczu z 1991 r., powiedział, że Gorbaczowa należało wtedy aresztować za zdradę stanu (podobnie jak Jelcyna). Taki osąd nie dziwi w przypadku reprezentanta opcji zbliżonej do narodowego bolszewizmu. W dzisiejszej Rosji oskarżenia Gorbaczowa o zdradę to żadna nowość ani oryginalność. Można je usłyszeć w całym przekroju spektrum ideowego, od lewicy do prawicy, a także z ust tzw. zwykłych ludzi, których wielu wypowiadało się w tym duchu do kamer w ulicznych sondach po jego śmierci.

Pierwszym znaczącym politykiem, który nie gryzł się w język, był niegdysiejszy współpracownik i oponent Gorbaczowa, zmarły rok temu Jegor Ligaczow. Wiosną 1992 r., na fali rozliczeń i szukania winowajców rozpadu ZSRR, nazwał on swojego byłego towarzysza tchórzem i zdrajcą. W ustach zdeklarowanego przeciwnika pierestrojki to zrozumiała opinia. Ale w 2011 r. mianem zdrajcy uhonorował byłego prezydenta – z okazji 80. urodzin Gorbaczowa – lewacki historyk Borys Kagarlicki. To przykład kurtuazji w wydaniu neotrockistowskim. Kagarlicki i neotrockiści uważają, że Gorbaczow nie mógł zapobiec rozpadowi ZSRR, ale jako kapitan okrętu tonącego „z przyczyn obiektywnych” powinien był razem z nim pójść na dno, a nie „wymknąć się z pola bitwy do domu na obiad”. Trocki był jednym z najinteligentniejszych analityków ZSRR, o Kagarlickim niestety nie można powiedzieć tego samego.

Wydaje się, że oceniając wpływ Gorbaczowa w szczytowym momencie reform na sytuację wewnętrzną ZSRR, a w konsekwencji na międzynarodową pozycję Kraju Rad, najbliższy prawdy był Islam Karimow, który w 1991 r. pełnił funkcję szefa Komunistycznej Partii Uzbekistanu. Miał wystarczająco dużo uczciwości i odwagi, by swoją oceną podzielić się z Gorbaczowem publicznie, i to zanim Gorbaczow spadł z piedestału. Zwracając się bezpośrednio do niego w trakcie obrad Politbiura KPZR 30 stycznia 1991 r. prostymi, inżynierskimi, ale jakże proroczymi słowami, Karimow powiedział: „Wtedy, w 1985 r., nie musieliście, Michaile Siergiejewiczu, zaczynać pierestrojki. Mogliśmy nadal żyć spokojnie i reformować się powoli, jak było w czasach, które nazywają teraz okresem stagnacji. Nie trzeba było rozpalać emocji wśród szerokich rzesz ludzi. Wszystko by się potoczyło tak jak przedtem, i wy byście się rozwijali, i my byśmy się rozwijali. I nie doszłoby do żadnej katastrofy”. W tych słowach nie ma wyrafinowanej demagogii rezonerów. Są wyrazem sprowadzonego do elementarnej rzeczywistości zmysłu politycznego. Można się zżymać na nieporadność frazeologii i bijącą w uszy zachowawczość, ale trudno podważyć jego racje, zważywszy, że wkrótce adresat tych słów został prezydentem bez państwa i sekretarzem generalnym bez partii, a ich autor przetrwał rozpad ZSRR i utrzymał się u władzy w Uzbekistanie, którym rządził silną ręką przez następne ćwierć wieku, aż do naturalnej śmierci w 2016 r.

Zderzenie szlachetnej wizji z Realpolitik

Problemem Gorbaczowa, i przyczyną jego klęski, nie była tylko niechęć do przemocy, z której słynął (legendą obrosła historia, jak wzdragał się przed dotknięciem guzika uruchamiającego broń jądrową w czasie ćwiczebnego drylu). Był on niezdolny do myślenia w kategoriach realizmu politycznego. Żywił ogromną niechęć do tego stylu uprawiania polityki. Dlatego nie potrafił trafnie postrzegać, rozumieć i oceniać otaczającego go świata, który zasad Realpolitik przestrzegał. Wyidealizowany obraz demokracji zachodniej brał za rzeczywistość, a słowne zapewnienia tamtejszych polityków za fakty. Jak przy oddaniu hołdu zmarłemu wyznał jego wieloletni współpracownik, szef protokołu prezydenta ZSRR Władimir Szewczenko, Gorbaczow nie rozumiał nawet ZSRR, którym przyszło mu rządzić.

Istotnie, Gorbaczow nie znał Rosji realnej, a tę idealną wyobrażał sobie, wspomagając się osobliwym zlepkiem powierzchownej frazeologii demoliberalnej i czegoś bliżej nieokreślonego, co w swoim mniemaniu uważał za przewodnie zasady ideologii leninowskiej. Lenin (bardziej wyobrażony niż realny) pozostał dla niego idolem, a Stalin, w którym widział przeciwieństwo Lenina, antagonistą. Konsensus i pluralizm stały się jego ulubionymi sloganami z zachodniego importu, którymi żonglował podczas długich monologów na zebraniach partyjnych. Również w negocjacjach z Amerykanami kładł nacisk na konsensus, tyle że jednostronny.

Kiedy po raz ostatni próbował wrócić do polityki, w 1996 r., w wyborach powszechnych uzyskał 386 tys. głosów – 0,51%. Liczby te oraz upokarzający fakt, że oddano wtedy dwa razy więcej głosów nieważnych (1,1%), są bardziej miarą niechęci do jego osoby niż popularności. Z trudem znosząc osamotnienie i odrzucenie, rewanżował się społeczeństwu obraźliwym żartem, że w Rosji tylko kolejka tych, którzy chcieliby go zabić, jest dłuższa od kolejki po wódkę. Życzliwy dla Gorbaczowa (ale nie dla Rosjan) biograf William Taubman, ujawniając elitarystyczne uprzedzenia amerykańskiego establishmentu, orzekł w protekcjonalnym tonie, że „tragedia Gorbaczowa” polegała na tym, że był on „zbyt przyzwoity jak na społeczeństwo, którym wypadło mu rządzić”. Przekładając na chłopski język, w peryferyjnym zakątku świata ciemnym ludem bez nahajki rządzić nie można.

Jesienią 1990 r. komitet noblowski obwieścił swoją decyzję o przyznaniu Gorbaczowowi Pokojowej Nagrody Nobla za jego starania na rzecz ograniczenia zbrojeń nuklearnych i zakończenia zimnej wojny. Od tamtego momentu upłynęły 32 lata i pomimo samolikwidacji „imperium zła” był to czas naznaczony licznymi konfliktami militarnymi rozrzuconymi po całym globie, które pochłonęły ogromną liczbę ofiar. Nagle okazało się też, że ład polityczny ukształtowany po II wojnie światowej jeszcze nigdy nie przybliżył się tak bardzo do realnego zagrożenia globalną gorącą wojną i atomowym armagedonem jak w chwili obecnej.

Pomimo wszystkich swoich wad, zaniechań i błędów Gorbaczow był najbardziej proeuropejskim przywódcą w dziejach Rosji. Tak się obawiał posądzenia o hołdowanie szowinizmowi rosyjskiemu, że podejmował niekiedy decyzje w oczywisty sposób szkodliwe dla interesów Rosji. Mówi się często, że dał Rosji i Europie Wschodniej wolność, a podzielonemu na obozy światu pokój, ale ich społeczeństwa nie bardzo wiedziały, co z tymi zdobyczami zrobić. A może to nie ludzie byli winni, lecz przywódcy, którzy wykorzystali okazję do zdobycia przewagi, nie rezygnując z logiki konfliktu. Wizja Rosji zakorzenionej i rozkwitającej w jednym europejskim domu w atmosferze pokojowej współpracy międzynarodowej była ideą przewodnią polityki zagranicznej Gorbaczowa. Może była to idea nierealistyczna, a może nie nadszedł jeszcze jej czas. Gorbaczow jawi się dziś bardziej jako idealista niż polityk, ostatni z pokolenia XIX-wiecznych inteligentów rosyjskich. Z całą pewnością Zachód nie tylko nie pomógł mu w realizacji jego idei, ale wręcz skutecznie przeszkodził jego zamiarom, trzymając Rosję na dystans, za drzwiami Europy. Ostatecznie polityka ta doprowadziła do punktu, w którym znajdujemy się dzisiaj, bo to wtedy zasiane zostały ziarna późniejszego rozdźwięku i konfrontacji. Największą tragedią Gorbaczowa i jego kraju było przekreślenie nadziei wielu pokoleń Rosjan na zamieszkanie we wspólnym europejskim domu.

Fot. East News/Laski Diffusion

Wydanie: 38/2022

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy