Granat w szambie

Granat w szambie

Komisje śledcze postawiły się ponad wszelkimi instytucjami w państwie

Destrukcja czy jawność życia politycznego? Perełka polskiej demokracji, jak chcą jedni, czy czarna karta parlamentaryzmu – jak twierdzą inni? Komisje śledcze podzieliły Polaków. Bo czy organ, który ma tropić patologię w życiu publicznym sam może nie przestrzegać prawa? Czy może się kierować zasadą, że cel uświęca środki?

Terapia wstrząsowa

To był szok. Powołanie komisji do zbadania afery Rywina i jej przesłuchania odsłoniły kulisy polityki. Polacy zobaczyli, jak wygląda od kuchni proces legislacyjny, ile w nim nieprawidłowości i nadużyć, jak ścisłe i rozległe są powiązania biznesu i polityki. Pierwsza Komisja Śledcza przełamała też mit bezkarności w polityce. Pokazała, że skończyły się czasy zamiatania spraw pod dywan. W pierwszych tygodniach jej funkcjonowania pojawiła się nadzieja na rychłą przejrzystość życia publicznego. Co bardziej optymistyczni widzieli w niej początek moralnej odnowy, która uzdrowi struktury państwa. A jeśli nie, to przynajmniej wyeliminuje z nich największe patologie.
Nadzieje optymistów były jednak przesadne. Posłowie śledczy dość szybko zorientowali się, że komisja to nie tyle narzędzie służące ustalaniu prawdy, ile doskonały instrument promowania własnej osoby i partii. A także znakomity oręż do pognębiania politycznych konkurentów.
Wraz z nastaniem tej świadomości 11 komisarzy bardziej niż rozwikłaniem afery zaczęło się pasjonować polowaniem na przeciwników politycznych. Kolejni śledczy podchwycili ten sposób działania i rozwinęli go do perfekcji.
I tak po raz kolejny polska klasa polityczna rozczarowała – jedni, bo okazali się niegodni zaufania, wplątani w mroczne interesy, inni – bo tropiąc te nieprawidłowości, sami zaczęli łamać prawo. Wnioski są mało pokrzepiające: ci, którzy nas reprezentują, nie dojrzeli do pełnienia swoich ról – obce są im pojęcie racji stanu czy szacunek dla prawa. Bo wszystko to przysłania interes partyjny.

Ręce precz od komisji

Tym, co najbardziej niepokoi w komisjach śledczych, jest fakt, że postawiły się one ponad wszelkimi instytucjami w państwie. – Co gorsza, stały się sędzią we własnej sprawie – ocenia Tomasz Nałęcz, przewodniczący pierwszej komisji. – Każda władza demoralizuje, a władza absolutna absolutnie.
Komisje stały się trybunałem, od którego nie ma odwołania. Ich członków uważa się za osoby nietykalne. Paradoksalnie choć komisje, szczególnie ta ds. Orlenu, niemal co posiedzenie dostarczały przykładów lekceważenia prawa, nie wypadało ich krytykować. A już na pewno nie można było żądać ich likwidacji. Milczcie, bo przecież komisja szuka prawdy! – nawoływano. Ci, którzy śmieli iść pod prąd obowiązującej poprawności politycznej, narażali się na zarzut, że chcą przeszkodzić w ujawnieniu skali korupcji w Polsce, że pewnie sami mają coś do ukrycia. Takie myślenie prowadziło do absurdalnych wniosków: kto jest przeciw nam, ten jest za komuchami, za aferami. Ducha atmosfery oddają słowa jednego z prawicowych śledczych, który po skandalicznym wykluczeniu pełnomocnika świadka, tłumaczył: – Cóż znaczy takie drobne złamanie prawa wobec celu, jaki nam przyświeca? Tylko jak daleko można się posunąć w imię słusznego celu i kto ma decydować o jego słuszności? I czy właśnie nie z takimi praktykami chcieliśmy zerwać?
Ci, którzy narzekali na Komisję Śledczą ds. Rywina, załamali ręce, obserwując prace Komisji ds. Orlenu. – Komisja orlenowska jest przykładem zniechęcającym. Pokazuje, jak łatwo zmienić organ Sejmu w małpę z brzytwą – mówi krótko wicemarszałek Nałęcz.
Problem z komisjami – jak przekonują konstytucjonaliści – jest znacznie poważniejszy. Dotyka bowiem zasad tworzących podstawę systemu demokratycznego. Komisje śledcze – organ Sejmu, a więc władzy ustawodawczej – zaczęły sobie uzurpować uprawnienia władzy sądowniczej i wykonawczej.
Warto wspomnieć, że w poprzedniej kadencji pojawiały się pomysły powoływania komisji śledczych. Ale wtedy politycy z prawej i lewej strony sceny politycznej przekonywali, że wyjaśnianiem nieprawidłowości zajmuje się sąd. Każde inne rozwiązanie destabilizuje demokratyczny podział władz. Praktyka komisji śledczych pokazała, że było w tym wiele racji. – Dobrze jest, jeżeli policja ściga złodziei, sąd ich sądzi, a Sejm zajmuje się rozstrzyganiem konfliktów racji politycznych. U nas policja politykuje i nie bardzo ściga złodziei, w rezultacie sąd nie bardzo może ich sądzić. A Sejm zajmuje się zastępowaniem policji i sądu, po to żeby zniszczyć przeciwnika politycznego – tłumaczył na łamach „Przeglądu” prof. Karol Modzelewski.
Konstytucyjna zasada trójpodziału władz jest ważna właśnie dlatego, by wymiar sprawiedliwości nie służył politycznej stronniczości. Tymczasem niektórzy członkowie komisji wprost przyznają, że ich celem było utrącenie konkurentów politycznych, bez względu na to, czy mają coś wspólnego ze sprawą, czy nie. Stąd zadawane przez śledczych pytania sugerujące, z podsuniętym świadkowi gotowym rozwiązaniem. Świadek ma na to przystać. A jeśli nie przystanie, tym gorzej dla niego. Przypomnijmy, że kodeks postępowania karnego, którym komisja powinna się kierować, zakazuje zadawania pytań sugerujących, by nie dopuścić do przesłuchań w stylu stalinowskiej bezpieki.
Waldemar Kuczyński jest przekonany, że komisje są z natury organem zdegenerowanym ustrojowo. – Niestety, ponieważ „degenerata” wpisano do konstytucji, nie można go usunąć – mówi.
Komisje dublują prace prokuratury, nie zawsze jej pomagając. Prof. Piotr Winczorek, konstytucjonalista, proponuje, by postępowanie przed komisją było prowadzone albo przed postępowaniem prokuratorskim, albo po. Równoległość postępowań chciał wykorzystać Roman Giertych. Zależało mu, by Jan Kulczyk stanął przed komisją dopiero po zeznaniach w prokuraturze na temat spotkania jasnogórskiego. W ten sposób Giertych mógłby się dowiedzieć, co tak naprawdę ma na niego Kulczyk – czy spotkanie było przez niego nagrywane.

Prawem na lewo

Czy mogą być wiarygodni ci, którzy jawnie, na oczach wszystkich łamią prawo? Kiedy w marcu tygodnik „Polityka” zapytał, czy ufamy śledczym z komisji, aż 80% Polaków powiedziało „nie”. Przyznać trzeba, że posłowie w pełni zapracowali na tę opinię.
Spośród trzech komisji, które do tej pory mieliśmy okazję obserwować, największym kuriozum była Komisja ds. Orlenu. Jej szefowi doradzał na temat rynku paliw człowiek aresztowany później w związku z mafią paliwową! W gronie asystentów Józefa Gruszki znalazł się także amator spotkań z rosyjskim szpiegiem. Wiceprzewodniczący Roman Giertych potajemnie spotykał się z przyszłym świadkiem, chcąc wpłynąć na jego zeznania, długo też bezczelnie wypierał się tego faktu. Adwokat Giertych zlekceważył też słuszny (co potwierdzili konstytucjonaliści) wniosek Włodzimierza Cimoszewicza i zażądał doprowadzenia marszałka przed komisję przez straż sejmową!
Drugi wiceszef tej komisji – Zbigniew Wassermann – straszył świadka, mówiąc, że będzie dla niego lepiej, jeśli nie wróci do kraju! Polityk PiS to również autor pomysłu, by prezydium komisji zwróciło się do prokuratury o zajęcie majątku Jana Kulczyka. Czy były prokurator jest tak kiepski w swym zawodzie, że nie wie, iż kodeks postępowania karnego nie przewiduje takiej formy karania świadka? Inicjatywa – z prawnego punktu widzenia niesłychana – tym bardziej że biznesmen miał być tylko świadkiem i nie ciążyły na nim żadne zarzuty. – Za pomysł z zabezpieczeniem majątku świadka Wassermann wyleciałby z dwóją z egzaminu z postępowania karnego – ocenia prof. Jacek Wódz.
Ale to tylko namiastka możliwości śledczych. Na swoich sumieniach komisarze mają poważniejsze grzechy. Skandalem było wykluczenie pełnomocnika Kulczyka, prof. Jana Widackiego. Wyrzucając go z sali, ośmieszyli się i skompromitowali całą komisję. Po tym fakcie Widacki, wytrawny prawnik, stwierdził: – Jeżeli komisja jest w stanie głosować nad ważnością pełnomocnictwa, to jest też w stanie przegłosować, że dwa razy dwa jest pięć.
Takie praktyki są niezwykle groźne, bo oznaczają powrót do czasów, gdy władza próbowała decydować, jakiego oskarżeni mogą mieć obrońcę.
O tym, że prawo jest na usługach politycznych, przekonują także eksperci komisji. W Komisji ds. Rywina udawało się im zachować niezależność, inaczej niż w Komisji ds. Orlenu. Najdobitniej pokazały to sprawy Widackiego i Cimoszewicza. Skandalem jest też, że ekspertami zostają osoby, których nazwiska łączy się z niektórymi aspektami sprawy, np. płk Zbigniew Nowek miał być przesłuchiwany w Komisji ds. Orlenu. Kwestionuje się też obecność w tej komisji innej ekspertki, Emilii Nowaczyk, rodzinnie powiązanej z aferą prywatyzacyjną.
Wyczyny ekspertów wywołały burzę w środowisku prawniczym. „Członkowie komisji naruszają zasady obiektywizmu oraz uczciwego procesu. W toku postępowania dochodzi do rażących naruszeń dóbr osobistych świadków i innych osób wbrew postanowieniom art. 47 konstytucji i art. 7 ust. 2 ustawy o komisji śledczej”, napisali prof. Stanisław Waltoś, przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego i Komitetu Nauk Prawnych PAN, oraz prof. Zbigniew Radwański, przewodniczący Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Cywilnego. Pod ich apelem podpisali się wszyscy najwybitniejsi prawnicy w Polsce. Zapędów śledczych to jednak nie ostudziło. Miesiąc później Roman Giertych, wykorzystując nieobecność części posłów, przeforsował wniosek o przekazanie do komisji teczek świadków, czym uczynił z komisji sąd lustracyjny. – Co ma afera Orlenu do teczek? – bulwersowali się obserwatorzy prac komisji. Szantażowi Giertycha, Macierewicza i Wassermanna uległ szef IPN, prof. Leon Kieres, i tajne materiały przekazał komisji. Tym samym Kieres – urzędnik państwowy – usankcjonował bezprawne działanie komisarzy.
Błąd tkwi już w założeniu: jako organ czysto polityczny komisja zawsze będzie uwikłana w bieżącą politykę. Mimo że bada afery z przeszłości.
Teczki to jeden z przykładów. Jeszcze lepiej ilustruje to przypadek Włodzimierza Cimoszewicza. Choć z zatrzymaniem prezesa Orlenu nie ma nic wspólnego, śledczy zagięli na niego parol. Bo jest lewicowym kandydatem na prezydenta. W dodatku na czele sondaży.

Prawda zza krat

Ta komisja powinna zostać rozwiązana, kiedy Andrzej Celiński ujawnił, że podczas utajnionego przesłuchania Marka Dochnala Roman Giertych proponował mu „układ” w zamian za zeznania obciążające Kwaśniewskiego.
Układ był jasny: Dochnal śpiewa, komisja załatwia w prokuraturze łagodniejsze potraktowanie go podczas procesu. – Komisja Śledcza nie może żądać od prokuratury ani sądu uwzględniania tego, że Marek D. zeznawał przed komisją. O wymiarze kary i ewentualnym wyjściu z aresztu zadecyduje sąd – przypominał prawnik, prof. Marian Filar. – Nie wyobrażam sobie, jak w państwie prawa takie stanowisko Komisji Śledczej mogłoby wiązać sąd czy prokuraturę.
Komisarze wprowadzili niesłychany obyczaj: ktoś, na kim ciąży prokuratorski zarzut, staje się wiarygodnym świadkiem. Godnym zaufania na tyle, że jego zeznań nie weryfikuje się. Oczywiście, pod warunkiem że mówi to, co chcą usłyszeć poszukiwacze prawdy. Podobnie jak Dochnala komisja potraktowała więc Andrzeja Czyżewskiego, Danutę Gaszewską oraz Grzegorza Wieczerzaka (w przypadku Komisji ds. PZU). Gaszewska zeznała, że jej firma kupowała potrzebny do fałszowania toluen w toruńskiej Elanie. Właśnie wtedy w jej radzie nadzorczej zasiadał Andrzej Celiński, a firmą kierował Stanisław Mańka. Po tych słowach posłowie wyrzucili Celińskiego z przesłuchania. Cóż z tego, że nic się nie zgadzało – Celiński zasiadał w radzie nadzorczej Elany, ale nie w tym czasie, kiedy firmą kierował Mańka. A Elana nie handlowała toluenem.
Świadków doprowadzanych zza krat wybielało się i nie podważało ich rewelacji. Natomiast każdy inny świadek traktowany był jak oskarżony.

W gąszczu wątków

To niejedyny bulwersujący przykład stylu działania komisji. Mimo że zaletą Komisji Śledczej miała być jej jawność, szybko okazało się, że jest to jawność wybiórcza. Śledczy chętnie posługiwali się przeciekami, zasłaniając się tajnością dokumentów, które trafiały do komisji. W ten sposób manipulowali opinią publiczną. Dlatego śledczy Macierewicz, nie podając konkretów, mógł przed kamerami budować nastrój grozy, opierając się na materiałach, których opinia publiczna nie mogła poznać i zweryfikować.
Komisja manipulowała, ale sama też padała ofiarą manipulacji, np. wtedy, gdy śledczy dali wiarę notatce mówiącej o szwajcarskich kontach znanych polityków, która okazała się potem fałszywką.
Politycznym celom było też podporządkowane dobieranie wątków, jakimi zajmowały się komisje. Odchodziły one tak daleko od wyznaczonego przez Sejm zadania, że większość zapomniała, co komisja miała wyjaśnić. Tę sztukę do perfekcji opanowała Komisja ds. Orlenu. – Oni już chyba sami nie wiedzą, po co zostali powołani i co badają – twierdzi prof. Wódz.
Posłowie mieli interes, by jedne fragmenty rzeczywistości nagłaśniać, a drugie ukrywać. Nic nie mówiło się o tym, że za czasów prezesa Modrzejewskiego Orlen miał najgorsze wyniki w swej historii. Że w tym czasie skupiał się głównie na inwestycjach politycznych, niekoniecznie opłacalnych. Przykładem było wpompowanie kilkudziesięciu milionów złotych w Telewizję Familijną. Giertycha, Gruszki i Wassermanna ten wątek dziwnym trafem nie zainteresował.
Omijali też niektóre interesujące kwestie związane z firmą J&S. Starannie unikano tematu tzw. anonimu dotyczącego kontraktów na kupno ropy i J&S, który trafił w roku 2001 na biurko Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego ministra sprawiedliwości. Potem zajmował się nim p.o. prokuratora generalnego… Wassermann. Ostatecznie sprawa trafiła do prokuratury w Płocku, która ją umorzyła. Te wątki były starannie obchodzone, ponieważ zeznawać w ich sprawie musieliby i Macierewicz (gdy był szefem MSW, szefowie J&S dostali polskie obywatelstwo), i Miodowicz (był szefem kontrwywiadu), i ekspert komisji Nowek (były szef UOP, to za jego czasów firma J&S rozkwitała), no i Wassermann.
Za to inne tropy śledczy podejmowali z wielką zaciętością. Do wyjaśnienia zatrzymania Modrzejewskiego potrzebna im była księga wejść i wyjść do Pałacu Prezydenckiego. Zainteresowała ich też fundacja prezydentowej. Gdy Kwaśniewska podała, że otrzymała 350 tys. zł z Orlenu, Giertych wrzeszczał, że to pieniądze publiczne. Czyżby poseł LPR uznał, że przeznaczenie tej sumy na budowę szpitala dla dzieci to pieniądze zmarnowane?

Śledczy pod lupą

– Giertych, Macierewicz i Wassermann to ludzie, którym nienawiść do „czerwonego” odebrała rozsądek, jeśli go mieli. Ta komisja zasługuje na miejsce w Księdze rekordów Guinnessa. Nikt w tak krótkim czasie nie powiedział tylu pomówień i wymysłów jak niektórzy jej członkowie. Fantazją mogą rywalizować ze śledczymi z lat 50., tymi piszącymi scenariusze procesów – ocenił Waldemar Kuczyński, publicysta, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego i doradca ekonomiczny premiera Jerzego Buzka.
Gdy analizuje się prace komisji śledczych, widać, jak wiele zależy od ludzi, którzy w nich zasiadają. Choć każda z nich działa według tych samych reguł i przepisów, różnią się diametralnie.
W Europie Zachodniej, a przede wszystkim w USA, samowola polityczna komisji śledczych jest ograniczana wysoką kulturą polityczną. Pewne zachowania nie mają szans na akceptację wyborców. Np. w USA nie do pomyślenia jest głosowanie nad raportem końcowym, czyli swoistym ustalaniem, która prawda jest prawdziwsza. We Francji natomiast komisje śledcze są wewnętrzną sprawą parlamentu i pracują w zaciszu gabinetów.
Prof. Jacek Wódz uważa, że właśnie transmisje telewizyjne przyczyniły się do wypaczenia idei komisji: – Gdyby nie transmisje i pokusa nabijania sobie punktów w oczach wyborców, posłowie zajęliby się merytoryczną pracą.
Posiedzenia stały się spektaklem, a największe brawa zbiera nie najmądrzejszy, lecz najgłośniejszy. Niczym w teatrze dla ubogich duchem mamy karykaturalnie przerysowane reakcje aktorów i starannie dobrane, barwne słownictwo: skandal, wstyd, hańba! Gdy gasły światła w komisji, aktorzy przenosili się na łamy kolorowych pism. Jan Rokita zaliczył okładkę w „Vivie!”, sesję w „Gali”, aż w końcu został uznany za… jednego z najpiękniejszych Polaków.
Relacje telewizyjne niepotrzebnie podkręcały atmosferę. Choć nie zgadza się z tym wicemarszałek Nałęcz: – Dzięki relacjom telewizyjnym społeczeństwo jest wielką ławą przysięgłych. Jeśli wyskoki komisji orlenowskiej są czymś ograniczone, to tylko publicznym osądem.
Oddzielnym tematem pozostaje merytoryczne przygotowanie śledczych. Poczynając od kompromitujących pomyłek (Renata Beger chciała wezwać na świadka nieżyjącego Andrzeja Dawicza), aż po rażące błędy wynikające z nieznajomości mechanizmów gospodarczych. Wyszło to szczególnie przy aferze Orlenu, której opracowanie wymagało specyficznej wiedzy.

Jak zmienić komisje?

Jeśli komisje mają być nadal powoływane, to nie według dzisiejszych zasad. Stało się to jasne po doświadczeniach komisji rywinowej. Polityczne harce zaczęły ciążyć wszystkim partiom. Próby ucywilizowania podjął jeszcze ten Sejm. W ubiegłym tygodniu weszła w życie nowelizacja ustawy o komisjach śledczych. Nie rozwiązuje ona jednak najbardziej kontrowersjnych zagadnień.
Przede wszystkim komisja nadal nie podlega żadnej kontroli. Nie ma jej Sejm – poza powołaniem i odwołaniem członków. Nie ma tej kontroli także sąd – poza rozpatrzeniem wniosku o ukaranie świadka.
Nawet gdy śledczy w sposób oczywisty omijają prawo, nie ponoszą za to żadnej odpowiedzialności. – Rycerze prawa i sprawiedliwości łamią prawo i kara ich nie spotyka. Nie ma lepszej lekcji pogardy państwem niż publiczna lekcja z komisji. To niebezpieczny sygnał dla ludzi, że skoro władza łamie prawo i nie broni zasad, na których opiera się państwo, dlaczego tych zasad ma bronić zwykły obywatel – uważa były członek Komisji ds. Orlenu, Andrzej Celiński.
Coraz częściej proponuje się stworzenie instytucji odwoławczej oraz wprowadzenie w skład komisji osoby spoza parlamentu: niezależnych prokuratorów. Andrzej Celiński uważa, że można się zastanowić nad pomysłem, by w gronie komisarzy zasiadł sędzia Sądu Najwyższego. Już przy tworzeniu pierwszej komisji pojawiły się głosy (samych polityków), by śledczymi byli sędziowie. Tomasz Nałęcz uważa, że niewiele by to pomogło. – Wprowadzenie zakonnicy do domu publicznego problemu nie rozwiązuje. Nie uświęci ona tego przybytku. Moim zdaniem, okiełznanie tego potwora zapisami ustawowymi jest niemożliwe – twierdzi Nałęcz.
Jeśli więc nie prawem, to czym?
Nie można przecież dać przyzwolenia na to, co do tej pory wyprawiano w komisjach. Dlaczego mamy tolerować praktyki, w których celowali dotychczasowi komisarze: że każdego można wezwać przed komisję, każdemu można coś zarzucić, choć już niekoniecznie udowodnić.
Komisjom udało się osiągnąć swój cel – utrącić SLD -ale co poza tym?
Siła rażenia była znacznie większa. O skutkach społecznych działania komisji pisała prof. Hanna Świda-Ziemba: „Komisja daje bardzo zły przykład społeczny. Oglądamy ludzi, którym dano władzę absolutną. Oglądamy rywalizację w tym, kto lepiej wypadnie jako myśliwy i skuteczniej zniszczy przeciwnika, i uczymy się tego. (…) Niektórzy boją się nawet tego, że zostaną sfotografowani z kimś podejrzanym. Dlaczego nikt nie sprzeciwia się atmosferze podejrzeń?”.
Prof. Jerzy Jedlicki dodaje: – Komisja Śledcza osądza i skazuje. Morderstwo cywilne i moralne dokonuje się natychmiast. Taka jest atmosfera.
Bo rzeczywiście komisje zdominowały dyskurs polityczny i przyczyniły się do tabloidyzacji polityki. Wpływu komisji nie można sprowadzać tylko i wyłącznie do pyskówek. Prof. Karol Modzelewski ostrzega: – Tam, gdzie mamy do czynienia z naruszeniem podstawowych kanonów demokracji, trzeba uważać.
Jeśli wierzyć politykom PiS, te trzy komisje były przedsmakiem tego, co czeka nas po wyborach. Jarosław Kaczyński zapowiada powołanie permanentnej komisji śledczej – prawdy i sprawiedliwości. Kaczyńscy już dziś domagają się dla niej jeszcze większych uprawnień, łącznie z karaniem świadków (pozbawieniem wolności lub finansowo) za składanie fałszywych zeznań. Ciekawe, kto będzie orzekał ich prawdziwość. Prokurator Wassermann?
Czy już należy się bać?

*

Co Komisje Śledcze wniosły do polskiej polityki?

Waldemar Kuczyński, b. ekspert w rządzie Jerzego Buzka
Komisje Śledcze wniosły większą wrażliwość i wyczulenie na zbyt koleżeńskie kumanie się działaczy państwowych z biznesmenami. Nie musi ich dzielić Mur Chiński, ale nie powinno istnieć kumplostwo. Komisje przyniosły też bardzo wiele szkód. Podzielam tu zdanie prof. Stanisława Waltosia, iż wskutek pomieszania władzy ustawodawczej i sądowniczej powstał organ z natury rzeczy zdegenerowany ustrojowo, który niestety jest wpisany do konstytucji. Rezultat prac komisji zależy teraz od tego, czy w jej skład wchodzą ludzie rozważni, mający zmysł państwowy, czy kompletnie nieodpowiedzialni jak większość w komisji orlenowskiej. Komisje to odmiana maccartyzmu niekoniecznie wymierzona przeciwko komunistom, bo może działać w drugą stronę, jak instrument w rękach opozycji. Wydaje się, że jakaś forma przesłuchań sejmowych powinna być dopuszczona, ale w szczególnych przypadkach i na rygorystycznych warunkach. Nie wykluczam, że takie uprawnienia mogą mieć normalne komisje sejmowe.

Prof. Hanna Świda-Ziemba, socjolog
Ten wkład nie był równy. Np. komisja ds. Rywina pokazała, że nie można dowolnie i bezkarnie układać ustawy, bo gdy proces legislacyjny nie jest należycie kontrolowany, stwarza to niebezpieczeństwo łatwej korupcji. Niczego więcej komisja nie wniosła, ale to jedno się udało. Komisję orlenowską ogląda się jak polityczny teatr, ale ona nic nie wniosła do wyjaśnienia sprawy, do której została powołana. Widać tam jedynie polowanie na konkretne osoby z establishmentu, czego najlepszym dowodem było wezwanie Jolanty Kwaśniewskiej. Ta komisja wniosła przekonanie, że nie ma nad sobą żadnej kontroli. Jest to władza absolutna, tak jak kiedyś były nią komitety partii. Przesłuchiwany jest zarazem oskarżany o to, że podważa „świętą” komisję, bo takie znaczenie ona sobie sama nadała. Komisja orlenowska zaczęła zarażać swoją podejrzliwością, gdy do jej prac zostały włączone teczki. Jeśli podejrzany zaprzecza, ludzie wierzą w podejrzenie, a nie w zaprzeczenie. Jeśli komisja orlenowska miałaby nadal istnieć, powinna się składać nie z polityków, lecz z fachowców, i działać nie na oczach tłumu.

Prof. Wiktor Osiatyński, politolog, prawnik
Komisje wniosły rzeczy pozytywne i negatywne. Pozytywne jest to, że ukazały, jak bardzo korupcjogenne były i są układy polityczne i gospodarcze. Dziś już wiemy, że zagrożenie takimi układami jest u nas ogromne. Z drugiej strony, komisje wniosły ogromną destrukcję zasad państwa prawa i przeświadczenia o możliwości przeprowadzenia uczciwego i rzetelnego procesu. Negatywne wpływy komisji przeważają nad pozytywami. Dziś cena jest już zbyt wysoka. Komisje należy zlikwidować i zupełnie inaczej zdefiniować ich działanie, aby przestały być mechanizmem dla przywódców politycznych do załatwiania swoich spraw. Znaczną część spraw, jakimi się komisje zajmowały, należałoby przekazać normalnym organom sprawiedliwości.

Prof. Wiesław Godzic, medioznawca
Ostatnie żałosne rozstrzygnięcia i polowania polityczne nie powinny przesłonić ogólnego przekonania, że komisje były potrzebne i są potrzebne. Ich sprawozdania powinny być upowszechniane, wstęp na obrady wolny, ale nie powinno się obrad bezpośrednio transmitować. W czasie kampanii politycznych należałoby obrady przerywać. Wszystkie komisje miały wielkie znaczenie medialne i pokazały, że kultura języka i kultura zachowań jest bardzo niska, że ludzie unoszą się gniewem, zachowują się nieelegancko, co nie przystoi klasie politycznej. Jeśli w regulaminach pracy komisji nic się nie zmieni, to staną się one instrumentami do prowadzenia działalności politycznej. Może nawet będzie się szkolić przedstawicieli partii do występowania komisjach przed kamerami telewizji.

Eugeniusz Śmiłowski, prezes Zarządu Instytutu Badania Opinii i Rynku Pentor
Z naszych badań przeprowadzanych na próbie 500 przedsiębiorstw wynika, że z chwilą powołania Komisji ds. PZU wyrażano pewien optymizm i wzrosły nadzieje na zmniejszenie zjawiska korupcji. Jednak był to optymizm bardzo krótkotrwały, bo już następny pomiar pokazał, że sytuacja wróciła do normy. Wskaźniki nasilenia korupcji w gospodarce w opinii przedsiębiorców są więc nadal na wysokim poziomie, co oznacza, że komisje niewiele wniosły do jej zwalczania.

Dr Radosław Markowski, socjolog
Działania tego typu komisji są zjawiskiem ważnym, od początku jednak uważałem, że u nas powinny one pracować przy wyłączonych kamerach i dochodzić prawdy o rzeczywistości. Niestety, Komisja ds. Orlenu, okazała się emanacją politycznego awanturnictwa, co powoduje, że świadkowie czują się jak oskarżeni, jeśli nie skazani. Ta komisja nie zadaje pytań tylko czyni insynuacje. Doświadczenie trzech Komisji Śledczych dowodzi, że dobór członków jest tu sprawą kluczową. W komisji powinni zasiadać normalni ludzie. Przed takimi gremiami powinni móc się stawić prezydent, premier i marszałek Sejmu, ale w ciszy i bez świateł. Dowiedzieliśmy się części paskudnej prawdy o naszej rzeczywistości politycznej, czego bez powołania komisji nie udałoby się zrobić, jednak Komisja Orlenowska przyniosła negatywne, długoterminowe dewastacje w świadomości. Młodzież uważa, że cała sfera publiczna to brud. To, że wszyscy są dziś podejrzani, jest zasługą tej komisji.

Prof. Jacek Sobczak, prawo konstytucyjne
Obawiam się, że historia będzie dla Komisji Śledczych niezwykle surowa. Współcześni zapominają bowiem, że historycy w swych ocenach nie stosują taryfy ulgowej. Prawda jest taka, że ustawa regulująca działalność komisji śledczych jest niedokładna i źle napisana. Komisje te zbyt często stają się karykaturą sądu. Sędzia bowiem musi być bezstronny, członkom komisji zaś nie zawsze się to udawało. Do tego, by przesłuchiwać świadków, potrzeba przygotowania, emocje zaś wypada skrywać przed publicznością, dziennikarzami i przed przesłuchiwanymi. Przesłuchiwany ani w sądzie, ani przed komisją nie może czuć się osaczony. On przychodzi pomóc, wyjaśnić prawdę, i musimy zakładać, że czyni to wedle najlepszej swej woli i chęci. A jeśli kłamie, trzeba mu to wykazać, ale w odrębnym postępowaniu.

Prof. Stanisław Gebethner, konstytucjonalista
Pozytywną stroną Komisji Śledczych jest to, że powstała pewna forma publicznej kontroli przy otwartej kurtynie, pozwalająca wydobyć na światło dzienne nieprawidłowości działania instytucji państwowych. Komisja ds. Rywina pokazała korupcję przy procesie ustawodawczym, ale trochę mnie zawiodła, bo nie dała raportu o nieprawidłowościach w procesu legislacyjnego, a skoncentrowała się na ubocznym wątku „grupy trzymającej władzę”. Efekty Komisji ds. PZU zdają się najbardziej korzystnie oceniane, ale nie mamy jeszcze raportu. Natomiast Komisja Orlenowska niewiele wykrywa, niewiele odsłania mechanizmów, demonstruje natomiast swoją pozycję sprowadzającą się do postawienia ponad władzą ustawodawczą i sądowniczą, przez co sama staje ponad prawem i przekracza swe kompetencje. Z tych trzech prezentuje się dziś najgorzej. W sumie wkład trzech komisji oceniam na trójkę z plusem.

Not. BT

 

 

Wydanie: 30/2005

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy