Granica współczucia

Granica współczucia

Kto pomaga uchodźcom?

44 764 – co najmniej tylu uchodźców zginęło, próbując przekroczyć unijne granice od 1993 r. do 1 czerwca 2021 r. według organizacji UNITED Against Refugee Deaths. W przyszłym roku ta lista się wydłuży. Wprawdzie oficjalnie na pograniczu polsko-białoruskim do tej pory życie straciło tylko 10 osób, ale nieoficjalnie mówi się o kilkudziesięciu. A może być jeszcze więcej. W obliczu kryzysu humanitarnego nie każdy jest obojętny. Ludzie oddolnie się organizują, tworzą grupy pomocowe, zwołują protesty, organizują zbiórki. Kto pomaga uchodźcom na granicy?

Mieszkańcy zony

W połowie października na terenie objętym stanem wyjątkowym rozbłysły zielone światła. W każdym domu, w którym widać ten kolor, uchodźcy mogą znaleźć pomoc – posiłek, suche ubrania, leki, możliwość naładowania telefonu i ogrzania się. Jak mówi burmistrz Michałowa Marek Nazarko, to całkowicie oddolna akcja, do której przyłączyło się wielu mieszkańców pogranicza i on sam. Zielone żarówki świecą również w mediach społecznościowych na awatarach ludzi, którzy nie boją się pomóc. To oni opisują swoje przeżycia, dramatyczne spotkania z ludźmi na granicy śmierci, pomoc, zachowanie funkcjonariuszy.

– Już pięć razy osobiście zetknęłam się z uchodźcami. Koło domu, na spacerze z psem. Można powiedzieć, że przypadkiem – mówi Eliza Kowalczyk, mieszkanka Białowieży. – Niedawno widziałam, jak funkcjonariusze Straży Granicznej złapali trzech młodych uchodźców, którzy chowali się na terenie jednego z białowieskich kościołów. Myślę, że poszli tam, bo szukali miłosierdzia, pomocy. Niestety, niczego takiego nie znaleźli. Byli przerażeni, grubo ubrani, zdezorientowani. Podeszłam do samochodu policyjnego i zapytałam, czy ci mężczyźni potrzebują czegoś do jedzenia, picia, czy można się z nimi porozumieć i gdzie ich zabiorą. Dowiedziałam się jedynie, że to nie moja sprawa i mam nie przeszkadzać w interwencji. Przepakowali tych mężczyzn do wozu Straży Granicznej i pojechali, nie wiem gdzie, ale na pewno nie w stronę placówki Straży Granicznej.

Niedawno na swoim Facebooku Eliza Kowalczyk opisała, jak przed jej domem Straż Graniczna otoczyła trójkę uchodźców – kobietę i dwóch mężczyzn. Podeszła do nich z pytaniem, czy potrzebują czegoś do picia, jedzenia. Kobieta natychmiast zerwała się z krzykiem „No Belarus!”, a mężczyzna otworzył stojącą obok torbę turystyczną. W środku było niemowlę. – Cały czas mam je przed oczami. Przez kilka dni czułam się wtedy fizycznie i psychicznie obolała, jakby mnie ktoś pobił – opowiada Eliza Kowalczyk. – Pamiętam, jak jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego ktoś poinformował mnie, że Straż Graniczna zatrzymała w okolicy przystanku autobusowego przy kościele grupę czarnoskórych uchodźców. Była wśród nich kilkuletnia dziewczynka, już wtedy ubrana w zimową kurtkę i wielką czapkę, a przecież było jeszcze lato. Do piersi przyciskała lalkę i płakała. Starałam się ją pocieszyć, ale co można powiedzieć w takiej sytuacji? Ją też potem przez bardzo długi czas miałam przed oczami.

Jak mówi Eliza Kowalczyk, niektórzy mieszkańcy, widząc uchodźców, od razu dzwonią do Straży Granicznej: – Ludzie są bardzo podzieleni. Niektórzy donoszą, uważają, że uchodźcy to mordercy, terroryści, że przyszli nas wyrżnąć. Myślą, że to, co się dzieje na granicy, to kryzys polityczny, a nie humanitarny. Słyszałam, jak pewien mężczyzna opowiadał, że ma już przygotowane w domu noże i siekiery na uchodźców. W takich warunkach trudno jest głośno rozmawiać na temat nieszczęścia tych osób. Ale trudno też trzymać tę traumę w sobie.

Nie wszyscy są negatywnie nastawieni. Wielu mieszkańców pomaga uchodźcom samodzielnie lub dzwoni do jednej z grup interwencyjnych działających wzdłuż granicy. Tworzą je zwykli niezwykli mieszkańcy strefy, którzy oddolnie zorganizowali się w grupy pomocowe. Dokąd jechać i co ze sobą zabrać, mówią im aktywiści Grupy Granica, którzy uruchomili telefon alarmowy dla uchodźców.

– Nas jest ok. 30 osób, działamy na terenie Białowieży – mówi Joanna Łapińska, mieszkanka pogranicza działająca w lokalnej grupie interwencyjnej. – Jesteśmy stale w pogotowiu, reagujemy na alarmy z informacjami, że są jakieś osoby potrzebujące ratunku w lesie. Codziennie przez granicę przechodzą dziesiątki, jeżeli nie setki osób. My dziennie pomagamy kilkunastu-kilkudziesięciu. Ostatnio ratowaliśmy trzy osoby, które ugrzęzły w bagnie i nie były w stanie samodzielnie się wydostać. W dzień zazwyczaj zgłoszeń jest mniej – najgorsze są noce. W lasach wokół Białowieży są rzeki, bagna, uchodźcy tam się gubią, są przemoczeni. Dajemy im jeść, pić, suche ubrania, koce termiczne. A potem jest już różnie – jeżeli ktoś wyraża chęć, by przyjechała karetka, wzywamy ją. Jeżeli ktoś chce iść dalej, po prostu odchodzi. Nic więcej zrobić nie możemy – przyznaje Joanna Łapińska.

Niestety, przyjazd państwowej karetki wiąże się z interwencją Straży Granicznej. Niektórzy uchodźcy tak panicznie boją się funkcjonariuszy, że mimo bardzo złego stanu zdrowia nie chcą, by wzywać pomoc. Najczęściej w obliczu trudnej decyzji stają ludzie, którzy im pomagają – mieszkańcy lub aktywiści Grupy Granica, rozmawiający z uchodźcami przez telefon. – My nie jesteśmy odpowiednio wykwalifikowani, żeby stwierdzić, czy stan zdrowia osoby, którą znajdujemy w lesie, zagraża jej życiu czy nie. Gdyby byli tutaj ratownicy z Medyków na Granicy, byliby w stanie na bieżąco oceniać sytuację, czy ktoś wymaga pobytu w szpitalu, czy tylko doraźnej pomocy. Nie musielibyśmy ciągle ściągać karetki z całym specjalistycznym sprzętem, który może być bardziej potrzebny w innych miejscach powiatu. Bo w naszym powiecie są tylko dwie karetki. I one przy dużym wzroście zakażeń będą musiały jeździć i do chorych na COVID-19, i do osób znalezionych w lesie, bo Medycy na Granicy nie mogą się tutaj przedostać – podkreśla Joanna Łapińska.

– Jeżeli stan osoby zagraża jej życiu, zastanawiamy się nad wezwaniem karetki. Problem w tym, że następnego dnia ci chorzy mogą być już w lesie po drugiej stronie granicy. Uchodźcy są bardzo szybko wypisywani ze szpitali, a zabiera ich stamtąd Straż Graniczna. Zazwyczaj nie mija doba od interwencji, a oni kontaktują się z nami już z białoruskiej strony. Prawdopodobieństwo, że tam umrą, jest ogromne. Telefonu w białoruskim Czerwonym Krzyżu nikt nie odbiera – mówi Ola Gulińska z Grupy Granica.

Rząd nie widzi w tym problemu i konsekwentnie odmawia pomocy medycznej uchodźcom i mieszkańcom pogranicza. Z kwitkiem odesłano nawet prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka, który napisał list z prośbą o wsparcie humanitarne na granicy do ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego. Z odpowiedzi szefa MSWiA wynika, że rząd nie jest zainteresowany pomocą ani uchodźcom, ani aktywistom, ani mieszkańcom strefy.

Grupa Granica

Grupa Granica to koalicja kilkunastu organizacji pozarządowych, które od wielu lat działają na rzecz uchodźców i uchodźczyń. Teraz, w obliczu kryzysu humanitarnego na granicy, aktywiści połączyli siły. W skład grupy wchodzą: Stowarzyszenie Nomada, Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, Stowarzyszenie Homo Faber, Polskie Forum Migracyjne, Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Salam Lab, Dom Otwarty, Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, Chlebem i Solą, uchodźcy.info, Testigo Documentary, Kuchnia Konfliktu, Strefa WolnoSłowa, RATS Agency oraz niezależni aktywiści, prawnicy i badacze. Byli przy granicy jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego i są tam nadal, choć teraz już nie mogą dotrzeć do miejsc, gdzie pomoc jest najbardziej potrzebna.

– Jesteśmy w stanie pomóc niewielkiemu odsetkowi osób, które znajdują się obecnie na pograniczu polsko-białoruskim – przyznaje Ola Gulińska. – Nie wiemy tak naprawdę, ilu uchodźców błąka się po tych lasach, natomiast dostajemy dużo telefonów od ludzi uwięzionych na samej Białorusi albo na pograniczu białorusko-litewskim i to są bardzo trudne dla nas sytuacje, bo nie jesteśmy w stanie im pomóc. Jako Grupa Granica przyjmujemy zgłoszenia od uchodźców, wysłuchujemy ich historii, mówimy mieszkańcom strefy, gdzie ludzie potrzebują pomocy, i przygotowujemy materiały ratunkowe. Bardzo mocno współpracujemy z oddziałami PCK w przygranicznych miejscowościach i mieszkańcy stamtąd mogą brać ciepłą odzież dla uchodźców, a także pakiety z żywnością i kocami termicznymi.

Oprócz tego aktywiści z Grupy Granica monitorują losy uchodźców, pomagają im prawnie, zdają relację, jak wygląda prawdziwy kryzys humanitarny, i edukują metodą od domu do domu. Wielu starszych ludzi, którzy mieszkają blisko granicy strefy stanu wyjątkowego, o push-backach, czyli przymusowych wywózkach uchodźców na granicę polsko-białoruską, dowiedziało się nie z telewizji, ale właśnie od aktywistów. – W tym momencie ta wiedza jest już dużo bardziej powszechna, jednak nadal trzeba przekonywać niektórych, żeby nie bali się pomóc, jeżeli ktoś o tę pomoc prosi. To wstrząsające, że musimy ludziom tłumaczyć, że danie komuś wody nie jest przestępstwem – mówi Ola Gulińska. – Ci starsi ludzie po prostu się boją, boją się wszystkich obcych, nie tylko cudzoziemców. Staramy się rozmawiać tak, żeby pokazać im, że uchodźcy to też ludzie. To straszne, co mówię, ale niestety bywa to potrzebne. Czasem to, że ktoś po prostu nie zamknie stodoły na noc, może uratować uchodźcom życie.

Żeby pomagać na granicy, aktywiści musieli ograniczyć działania, które od lat prowadzili na rzecz uchodźców w Polsce. Ola Gulińska: – Nasza praca tutaj odbywa się kosztem innych cudzoziemców, ale nie mamy wyjścia. W tym momencie na wschodzie działa kilkudziesięciu aktywistów. Niedużo, biorąc pod uwagę, że pogranicze polsko-białoruskie to ok. 400 km. Jesteśmy cały czas w ruchu. Nasza grupa dostaje codziennie od kilkunastu do trzydziestu kilku telefonów od ludzi błąkających się w lesie. Nieraz uchodźcy żyją w lesie przez wiele dni, niektórzy są po kilku push-backach. Na granicy białoruscy funkcjonariusze ich biją i zmuszają do ponownego przejścia na polską stronę. Z każdym kolejnym push-backiem te osoby są w coraz gorszym stanie fizycznym i psychicznym. Nie widzą nadziei na wydostanie się z sytuacji, w której się znalazły.

Jak opowiada Ola Gulińska, wiele osób mówi nawet, że chciałoby wrócić do swojego kraju, byleby ktoś pomógł im wydostać się z tej pułapki. – Mają dość łapanek i wywożenia. Z dnia na dzień sytuacja na granicy staje się coraz gorsza. Dzwoni do nas coraz więcej osób po ciężkich urazach, z połamanymi żebrami, pobitych. Mówią, że zrobili im to funkcjonariusze białoruscy, ale też polscy. Często nie potrafią zidentyfikować, czy to było wojsko, czy Straż Graniczna – pobili ich „ludzie w mundurach”. Pobili i okradli. Wiele osób ma zapalenie płuc, są w różnych stadiach hipotermii – wylicza aktywistka.

Niewiele osób ma szczęście złożyć wniosek o ochronę międzynarodową. Od 26 października sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała – teraz Straż Graniczna ma prawo od razu po zatrzymaniu uchodźców po przekroczeniu granicy zewnętrznej UE wydać nakaz niezwłocznego opuszczenia terytorium Polski. Jak mówi rzeczniczka SG ppor. Anna Michalska, w ciągu pierwszych dwóch dni obowiązywania nowych przepisów wydano 63 takie decyzje.

Ola Gulińska: – Dostanie możliwości wnioskowania o ochronę międzynarodową to loteria. Często, gdy mówimy pogranicznikom, że złapane przez nich osoby chcą się ubiegać o ochronę, słyszymy odpowiedzi w stylu „A, to może nie dzisiaj”. Nigdy nie widziałam sytuacji, żeby funkcjonariusze puścili uchodźców, natomiast czasem niektórzy pozwalają dać im w ostatniej chwili pakiet z żywnością. Są też tacy, którzy nie pozwalają. W tych rejonach wiele osób ma w rodzinie pograniczników, więc obecny kryzys humanitarny dzieli nie tylko społeczeństwo, ale również rodziny. Mieszkańcy zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji i muszą w niej żyć.

– Podczas niewielu interwencji i zazwyczaj wtedy, gdy na miejscu obecny jest nasz prawnik, udaje się wszcząć procedurę azylową – dodaje aktywistka. – Takie osoby trafiają do ośrodka strzeżonego Straży Granicznej. Od lat pracujemy z uchodźcami i zawsze uważaliśmy, że tego typu placówki nie są miejscami przyjaznymi ludziom, a szczególnie dzieciom. Panuje tam reżim zbliżony do więziennego. Ale teraz, jak ktoś trafia do ośrodka strzeżonego, jesteśmy niesamowicie szczęśliwi. To oznacza, że ci ludzie przeżyją. Sami jesteśmy przerażeni tym, jak zmieniło się nasze podejście.

Jak mówi Ola Gulińska, niektórzy uchodźcy przebywający teraz w lasach na granicy przyjechali na Białoruś już kilka tygodni temu. Są wśród nich osoby z krajów arabskojęzycznych, z Afryki Środkowej, z Azji Centralnej. – Niestety, w krajach ogarniętych kryzysem ciągle otwierane są białoruskie biura podróży, które organizują wyjazdy „do Europy”. Nasze informacje o tym, jak wygląda sytuacja na polskim pograniczu, nie wszędzie docierają. Z drugiej strony ludzie mają różne motywacje do wyjazdu. Często zostają postawieni przed dramatycznym wyborem. Dzwonią do nas i mówią: „Jestem ciężko chory, w moim kraju i tak nikt mnie nie będzie leczył. W jaki sposób mogę dojechać do Europy?”. Odpowiadamy wtedy, żeby nie decydowali się na szlak białoruski. To są trudne sytuacje – my możemy tylko dokładnie przedstawić to, co dzieje się na naszej granicy, ale nie możemy zdecydować za tych ludzi, czy większym zagrożeniem jest dla nich np. życie w ich rodzinnej Syrii, czy przedzieranie się przez granicę polsko-białoruską. Wiele osób jest zdesperowanych. Często dostajemy odpowiedzi: „I tak nie będzie mi gorzej, niż jest mi teraz w moim kraju”.

Stan Wyjątkowego Współczucia

I w internecie, i na ulicach miast wiele osób nadal spotyka się, by protestować przeciwko decyzjom rządu dotyczącym uchodźców. 23 października pod placówką Straży Granicznej w Michałowie odbył się protest „Matki na Granicę. Miejsce dzieci nie jest w lesie!”, na którym pojawiły się aktywistki i byłe pierwsze damy: Jolanta Kwaśniewska i Anna Komorowska. Agaty Dudy zabrakło, choć zaproszenie, wbrew jej tłumaczeniom, zostało dostarczone i do niej.

Od tego protestu grupa Stan Wyjątkowego Współczucia, czyli Monika Tomaszewska, Agata Kluczewska, Asia Szustopol z 16-miesięczną córeczką Różą, a także Filip Lisowski i Jędrzej Derouiche, którzy kręcą film dokumentalny o pokojowym marszu-proteście, rozpoczęła wędrówkę wzdłuż granicy terenów objętych stanem wyjątkowym.

– Chciałyśmy nagłośnić to, co dzieje się na granicy. Idąc, solidaryzujemy się i z ludźmi zagubionymi w lasach, i z aktywistami, którzy robią wspaniałą robotę, pomagając im. Po drodze spotykamy różne osoby, przeważnie miejscowych, z którymi rozmawiamy i przekonujemy do pomocy uchodźcom. Dajemy im ulotki Grupy Granica, na których jest napisane, jak to robić. Nocujemy u miejscowych i z reguły ludzie przyjmują nas z otwartymi ramionami i wielką życzliwością. Cieszą się, że nagłaśniamy tę sytuację. Czasem spotykamy się z przykrymi słowami – w Teremiskach jedna z mieszkanek krzyczała na nas, że chętnie strzelałaby do aktywistów. Trochę nas to zdołowało, ale w następnej miejscowości ludzie byli już bardzo przyjaźni – relacjonuje Monika Tomaszewska.

Zazwyczaj w ciągu jednego dnia grupa przechodzi ok. 18 km, ich rekord to 25 km. Kończą, gdy zapada zmrok. Jak mówi Monika Tomaszewska, czasem gubią się w ciemnych lasach i w tych chwilach najbardziej współczują uchodźcom. – Żądamy dopuszczenia do uwięzionych w lesie ludzi wszelkiej pomocy humanitarnej. Do człowieka bezbronnego i głodującego – podkreśla. – Do dzieci i osób starszych. Do kobiet. Kobiety w lesie tracą ciążę, bo nie dopuszcza się do nich lekarzy. Znany jest przypadek ciężarnej kobiety przerzuconej ponad drutami kolczastymi na granicy, w wyniku czego ona również straciła dziecko. Nie zgadzamy się na takie okropne traktowanie człowieka – człowieka, który ucieka przed wojną. To jest jakiś koszmar. Idziemy, bo chcemy mówić o tym wszystkim, dawać świadectwo, że coś takiego się dzieje, i wyrazić naszą niezgodę. Marzymy o tym, żeby było nas więcej, żeby ludzie masowo przyjechali na granicę – może wtedy władza by się ugięła. Pomoc jest legalna. Protest jest legalny. Nie bójcie się podać ręki człowiekowi w potrzebie.

p.lesniewska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Wojtek Radwański/AFP East News

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy