Grzech pierworodny Ameryki

Grzech pierworodny Ameryki

Biali Amerykanie zbyt gładko przeszli do porządku dziennego nad niewolnictwem i rasizmem

Mija 400 lat od pierwszego transportu czarnoskórych niewolników do brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej. Rocznica ta oraz sposób, w jaki dyskutuje się o niej dzisiaj, więcej mówią o współczesnej sytuacji Stanów Zjednoczonych niż o historii tego państwa i jego społeczeństwa.

Wszystko zaczęło się w 1619 r. To wówczas do brytyjskich kolonii w Ameryce Północnej zaczęły przybijać pierwsze statki z niewolnikami, rozpoczynając w ten sposób proceder, który miał trwać ponad dwa stulecia. „Był to zaiste ze wszech miar dziwny statek – statek przerażający, statek tajemnica. Czy był to statek handlowy, kaperski, wojenny – nikt tego nie wiedział. Z jego nadburcia ziewała czarna paszcza armaty. Powiewała nad nim bandera holenderska, lecz jego załoga składała się z różnych nacji. Zmierzał do angielskiej osady Jamestown, w kolonii zwanej Wirginią. Zawinął do portu i po dokonaniu transakcji szybko odpłynął. Zapewne żaden statek w dziejach nowożytnych nie przewoził bardziej złowieszczego ładunku. Na jego pokładzie było 20 niewolników”, opisywał przybycie pierwszego transportu J. Saunders Redding, czarnoskóry pisarz z połowy XX w.

Niewolnictwo w Ameryce Północnej wzięło się z potrzeby chwili, a dopiero później przerodziło w ideologiczny i ekonomiczny fundament przyszłego niepodległego państwa. Początki europejskiego osadnictwa w żaden bowiem sposób nie przypominały raju, który miał czekać na śmiałków po drugiej stronie Atlantyku. Jak wskazują historycy, przeżycie pierwszej zimy graniczyło z cudem, a ci koloniści, którym udało się oszukać śmierć, w większości byli skazani na wegetację. Jeden z nich skarżył się w liście do lokalnych władz, że „żywność była spleśniała, zgniła, pełna pajęczyn i robaków, budziła odrazę ludzi i nie nadawała się dla zwierząt, co zmusiło wielu do ucieczki i szukania pomocy u dzikich wrogów”. Nic dziwnego, skoro znaczna część osadników była rzemieślnikami lub przedstawicielami arystokracji, w związku z czym nie przywykli do ciężkiej pracy na roli – jedynej, która wówczas się liczyła.

Pomysł sprowadzenia niewolników pojawił się zatem równie szybko, jak naturalnie. Tym bardziej że koloniści rekrutowali się spośród osób bardzo religijnych, dla których słowo boże nie tylko stanowiło przepustkę do życia wiecznego, ale też wyznaczało ramy postępowania w życiu doczesnym. A przecież w cytowanej przez angielskich pionierów na wyrywki Biblii Króla Jakuba niewolnictwo nie było niczym nagannym. „Afrykę od dawna traktowano jako źródło niewolniczej siły roboczej, byłoby więc dziwne, gdyby owych 20 czarnoskórych, których wbrew ich woli sprowadzono do Jamestown i sprzedano jak przedmioty osadnikom, uważano za coś innego niż za niewolników”, pisał w „Ludowej historii Stanów Zjednoczonych” historyk i działacz społeczny Howard Zinn.

Niewiele więcej przestrzeni niż w trumnie

W handlu niewolnikami początkowo prym wiedli Holendrzy. Jednak już od połowy XVIII w. dało się zauważyć w tym procederze rosnący udział Brytyjczyków, który wkrótce przerodził się w morską dominację. W 1795 r. jedynie w porcie w Liverpoolu cumowało ponad sto statków zajmujących się przewozem niewolników, które obsługiwały połowę europejskiego handlu ludźmi. Jak szacują historycy, do początków XIX w. do angielskich kolonii przywieziono nawet 15 mln czarnoskórych – jedną trzecią wszystkich schwytanych wówczas niewolników. Zinn tak opisuje ich gehennę od afrykańskich wybrzeży, przez Atlantyk, do Ameryki Północnej: „Ludzie skuci na szyi łańcuchem, pod ciosami batogów i z wymierzoną w nich bronią palną wędrowali na wybrzeże drogą liczącą czasem nawet tysiąc mil. Były to nierzadko marsze śmierci, podczas których dwóch na pięciu jeńców ginęło. Na wybrzeżu zamykano ich w klatkach, a następnie wybierano i sprzedawano”. Kiedy transakcja doszła do skutku, ładowano ich niczym towar na statki, gdzie na jedną osobę „przypadało niewiele więcej przestrzeni niż w trumnie. Spędzali podróż w ciemnościach, skuci ze sobą łańcuchami, dławiąc się smrodem własnych odchodów i szlamu pokrywającego dno statku”. W takich warunkach podróży nie przeżywał nawet co trzeci niewolnik.

Niewiele lepszy był los tych, którzy zdołali dopłynąć do Ameryki. W koloniach obowiązywały rygorystyczne kodeksy, zawierające szczegółową listę kar dla krnąbrnych niewolników. W jednym z nich, stosowanym w Wirginii, można było przeczytać m.in.: „Jeśli niewolnik nie powróci niezwłocznie, każdy może go zabić przy użyciu dowolnych sposobów i środków, jakie (…) uzna za odpowiednie. (…) Jeśli niewolnik zostanie schwytany, należy doprowadzić go do sądu okręgowego w celu wymierzenia mu sprawiedliwości, czy to przez poćwiartowanie, czy w jakikolwiek inny sposób, jaki sąd uzna za stosowny, aby ukarać takiego niewykazującego oznak poprawy niewolnika i odstraszyć innych od podobnych czynów”.

Wraz ze wzrostem populacji niewolników, który zbiegł się z powstaniem Stanów Zjednoczonych, podejmowano prawne próby całościowego usankcjonowania tego procederu. W spisanej w 1787 r. konstytucji wprost pozbawiono Kongres możliwości zniesienia lub zdelegalizowania niewolnictwa. Sześć lat później władze federalne, powołując się na „święte prawo własności”, uchwaliły przepisy, zgodnie z którymi zbiegłych niewolników należało odsyłać do ich panów, nawet jeśli udało im się przedostać do „wolnych stanów”. Pierwsze próby ograniczenia handlu podjęto dopiero w XIX w. – w 1808 r. zakazano importu niewolników z Afryki, a w 1820 r., na mocy tzw. kompromisu Missouri, niewolnictwo było dozwolone jedynie poniżej 36. równoleżnika, wzdłuż którego przebiegała północna granica nowo powstałego stanu Missouri. Opór przeciwko zniesieniu niewolnictwa pozostawał jednak silny, nie tylko na Południu. W 1854 r. prawo do decydowania o niewolnictwie scedowano na władze stanowe, trzy lata później zaś Sąd Najwyższy zawyrokował, że wbrew postanowieniom Kongresu niewolnictwo mogło obowiązywać w dowolnym stanie USA.

Źródło potęgi gospodarczej

Wojna secesyjna (1861-1865) formalnie zakończyła okres niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Jednak na rzeczywiste zniesienie barier rasowych trzeba było czekać kolejne sto lat. Warto się zastanowić, dlaczego ten nieludzki system utrzymywał się w USA przez ponad 250 lat, czyli o wiele dłużej niż w każdym innym cywilizowanym kraju. Dla wielu historyków i ekonomistów odpowiedź jest jasna i wiąże się ze współczesnym bogactwem państwa amerykańskiego. Zdaniem badacza tego tematu Edwarda E. Baptista niewolnictwo pomogło Stanom Zjednoczonym przeistoczyć się z „gospodarczej kolonii w drugą największą gospodarkę świata” już pod koniec XIX w. Historyk dowodzi, że w ciągu zaledwie 60 lat, od 1801 do 1862 r., wydajność niewolników pracujących na polach bawełny wzrosła o ponad 400%. Coraz wyższe zyski plantatorów zostały następnie zainwestowane w rozwój przemysłu, co w rezultacie doprowadziło do obecnej potęgi gospodarczej USA.

„W dekadach między amerykańską rewolucją a wojną secesyjną niewolnictwo – jako źródło bawełny, która napędzała fabryki na Rhode Island, jako źródło pieniędzy, które wypełniały nowojorskie banki, jako w końcu źródło rynków, które zainspirowały producentów z Massachusetts – okazało się konieczne dla gospodarczego rozwoju całego państwa”, piszą autorzy głośnej publikacji „Slavery’s Capitalism. A New History of American Economic Development” („Kapitalizm niewolnictwa. Nowa historia rozwoju gospodarczego USA”).

Oczywiście cena wzrostu wydajności była wysoka. Według przytoczonych w tej książce danych zaledwie co ósmy niewolnik dożywał 60. roku życia. Na zatrważająco wysokim poziomie pozostawała także śmiertelność noworodków. Ciężką pracę, podobnie jak posłuszeństwo, wymuszano głównie torturami, często prowadzącymi do zgonu. W relacji urzędników, którzy odwiedzili pewną plantację w Luizjanie, można przeczytać m.in., że „w ciągu tych dwóch lat wymierzono łącznie 160 kar chłosty, to jest średnio siedem dziesiątych chłosty na głowę rocznie”. Dotyczyło to zarówno mężczyzn, jak i kobiet czy dzieci. Obok kar fizycznych utrzymywaniu niewolnictwa służyło nieustanne znęcanie się psychiczne, poniżanie i rozbijanie rodzin.

Brzemię białego człowieka

Wraz z utworzeniem Stanów Zjednoczonych zaczęto traktować niewolnictwo jako „misję cywilizacyjną”. Podpierając się najpierw Biblią, a następnie coraz popularniejszą w amerykańskich elitach ideologią rasistowską, niemała część społeczeństwa uważała niewolnictwo za naturalny stan rzeczy, sankcjonujący wyższość białego, anglosaskiego człowieka nad kolorowymi. „W dziejach świata nie ma drugiego kraju, w którym rasizm tak długo odgrywałby równie ważną rolę jak w Stanach Zjednoczonych”, podsumowywał Howard Zinn. Z powszechną pogardą spotykali się nie tylko czarnoskórzy, lecz także imigranci – najpierw z Irlandii, później również z Polski, Włoch czy Rosji – których zależność od pracodawców często przypominała sytuację na niewolniczej plantacji. Uprzedzenia rasowe decydowały o stosunkach społecznych długie dziesiątki lat po oficjalnym zniesieniu niewolnictwa. Jak wskazuje Zinn, jeszcze na przełomie XIX i XX w. „na terenie całego kraju średnio dwóch czarnych tygodniowo padało ofiarą linczów. Byli oni wieszani, podpalani, okaleczani”.

Rasizm nie był domeną jedynie Południa. Chociaż w stanach północnych szybko zniesiono niewolnictwo, niechęć i pogarda do czarnoskórych utrzymywały się wśród części społeczeństwa równie długo jak na „zacofanym” Południu. Wszędzie na różne sposoby starano się ograniczać prawa niebiałych. Na przykład, jak podawał Zinn, „czarnoskórzy mieszkańcy Nowego Jorku nie mieli prawa głosu, jeśli nie posiadali mienia wartości co najmniej 250 dolarów (wobec białych nie stosowano tego rodzaju wymagań). Propozycja zniesienia tego prawa, poddana pod głosowanie w 1860 r., została odrzucona w proporcji dwa do jednego (choć [Abraham] Lincoln wygrał w stanie Nowy Jork przewagą 50 tys. głosów)”.

Wizja Stanów Zjednoczonych jako państwa białych Anglosasów przetrwała upadek niewolnictwa. Nawet w burzliwych latach 60. i 70. XX w., kiedy do władzy doszli politycy młodego pokolenia w stylu Johna F. Kennedy’go, napięcia rasowe były ostre. Analizując ten okres, Zinn pisze, że rasizm wciąż „pozostawał głęboko zakorzeniony w społeczeństwie amerykańskim. Dowodziła tego nie tylko nieustanna brutalność policji wobec kolorowych. Wśród Afroamerykanów panowało powszechne bezrobocie młodzieży, wysoki był poziom przestępczości i odsetek osób pozbawionych wolności. Statystyki wykazywały też wyższy wskaźnik umieralności niemowląt”.

Projekt 1619

Cztery wieki, które minęły od przybycia do Ameryki Północnej pierwszego statku z niewolnikami, stały się pretekstem do ogólnonarodowej debaty na temat niewolnictwa i rasizmu. Czołowy amerykański dziennik „The New York Times” rozpoczął niedawno projekt pt. „1619”, w ramach którego publikuje teksty przeważnie czarnoskórych historyków, socjologów, politologów i ekonomistów przypominających społeczeństwu o tej tragicznej karcie w jego historii. Jak bowiem przekonuje redakcja dziennika, Amerykanie (biali) zbyt gładko przeszli do porządku dziennego nad kwestią niewolnictwa i rasizmu. Niewiele mówi się o nim w szkole, rzadko podejmuje się ten temat w filmach. Młodzież czyta o nieskazitelnych ojcach założycielach – chociażby George’u Washingtonie i Thomasie Jeffersonie – nie mając pojęcia, że pierwszy należał do największych właścicieli niewolników w kraju, drugi zaś notorycznie gwałcił swoją czarnoskórą służącą.

Niewolnictwo, ten grzech pierworodny Ameryki, nadal zatruwa amerykańskie społeczeństwo. Doskonale widać to w bieżącej polityce, gdy kolejne rasistowskie wypowiedzi prezydenta Donalda Trumpa spotykają się z poparciem niemałej części wyborców. Zdaniem Newta Gingricha, czołowego polityka Partii Republikańskiej, projekt „1619” to lewicowa propaganda, która ma wyprać mózgi Amerykanów. Z kolei Ilya Shapiro z konserwatywnego Cato Institute tłumaczy, że „pisanie o historii to wspaniała sprawa, ale projekt („1619” – przyp. aut.) prowadzi do delegitymizacji największego eksperymentu w dziejach wolności i samorządności”, mając oczywiście na myśli powstanie Stanów Zjednoczonych. Podobnych opinii, wygłaszanych także przez najważniejszych amerykańskich polityków, jest dużo. Najczęściej pojawia się zarzut, że większość tekstów publikowanych w ramach projektu jest dziełem autorów czarnoskórych, którzy nie potrafią spojrzeć na historię obiektywnie. Co zatem powiedzieć o zdecydowanej większości podręczników szkolnych i akademickich, pisanych z perspektywy białej i sytej elity?

W historii każdego państwa i społeczeństwa są ciemne karty. Niewolnictwo, podobnie jak eksterminacja rdzennej ludności, na zawsze będzie ciążyć na dziedzictwie Stanów Zjednoczonych – mimo niewątpliwego sukcesu tego kraju i jego obywateli. O ile jednak historii zmienić nie można, o tyle od współczesnych zależy jej właściwe upamiętnienie i wyciągnięcie z niej wniosków. Czy cztery stulecia to wystarczająco długo, aby zrozumieć tragedię niewolnictwa?

Bibliografia
K. Wasilewski, Bezdomnych gromady niemałe… Dyskurs imigracyjny na łamach prasy amerykańskiej (1875-1924), Poznań 2017.
H. Zinn, Ludowa historia Stanów Zjednoczonych, Warszawa 2016.

Fot. East News

Wydanie: 43/2019

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy