Pomyje Zaremby

Pomyje Zaremby

Piotr Zaremba, pisząc o potrzebie dialogu z orientacją liberalno-lewicową, wylewa na nią kubeł pomyj

Piotr Zaremba w artykule „Pomyje i lukier” („Rzeczpospolita”, 16 sierpnia) ubolewa, że prawie nie ma możliwości spokojnego dyskutowania o sprawach spornych w nowszej historii Polski, a tym bardziej dokonania jakiejś wyważonej syntezy skrajnych w tej kwestii poglądów.
Niestety, sam Zaremba rozwija tę konstatację w sposób bliski praktykom, od których deklaratywnie się odcina (biorę tu pod uwagę także jego artykuł „My mamy swoje powstanie. Co macie w zamian?” z „Uważam Rze”, z 6-12 sierpnia). Buduje on dwubiegunową opozycję: z jednej strony, konserwatywno-narodowa „strategia lakiernictwa”, tj. gloryfikowania tradycji narodowej, zwłaszcza powstańczej, połączona z przemilczaniem lub negowaniem faktów niewygodnych, z drugiej – liberalno-lewicowa „strategia pomyj”.
Nazwa „strategia lakiernictwa” nie spodoba się jej rzecznikom, woleliby zapewne nazwę „strategia dumy narodowej”, ale mimo krytycznej konotacji słowa lakiernictwo strategia ta jest według Zaremby usprawiedliwiona potrzebą dowartościowania narodu polskiego w opinii własnej i cudzej. „Zmasowany w ostatnich latach nacisk – pisze – na dawne mniemania i autorytety rani wielu ludzi i zmusza do samoobrony”. Ale przecież nie jest to tylko strategia samoobrony, lecz także strategia agresji wobec strony przeciwnej. O tym Zaremba milczy.
Strategię liberalno-lewicową natomiast Zaremba ustawicznie dezawuuje – począwszy od nazwy „strategia pomyj”. Można by za Irzykowskim powiedzieć, że już taka nazwa jest grobem kwestii, o której pisze publicysta. Bo cóż można przeczytać o tej stronie konfliktu? Że jej przedstawiciele „raczej dobrze społeczności polskiej nie życzą” (choć nie zawsze ze złej intencji – zastrzega się enigmatycznie Zaremba), chcieliby „wyrzucić na śmietnik” nie tylko tradycję powstania warszawskiego, ale i całą tradycję insurekcyjną, z tradycji tej drwią, „strojąc małpie miny”, są poirytowani całą dawną kulturą, zalecają młodym „filozofię pełnej michy”, według której „nie warto ryzykować dla zbiorowości nawet zegarka”. W wersji hard odrzucają cały patriotyzm, w wersji soft przerabiają go na patriotyzm nie tylko „pozbawiony dumy narodowej, ale i niezainteresowany obroną interesu narodowego”. Można by powiedzieć, że są to „kosmopolici bez ojczyzny”, jak etykietkowano 60 lat temu w ZSRR pisarzy o niedobrym rodowodzie. (Żeby nie było nieporozumień – przywołując to określenie, w najmniejszym stopniu nie imputuję Zarembie antysemickiego podtekstu).
I tak oto Zaremba, zacząwszy od potrzeby dialogu z orientacją liberalno-lewicową, w dalszym ciągu wywodów wylewa na nią taki kubeł pomyj, że czytelnik powinien sobie zadać pytanie, czy z taką hołotą warto dyskutować.
Twierdzi Zaremba, że mamy w ostatnich latach do czynienia ze zmasowanym atakiem tej orientacji. W artykule „Pomyje i lukier” przykładów nie daje, znalazły się one natomiast w artykule „My mamy swoje powstanie”. Można domniemywać, że są to przykłady reprezentatywne, najmocniej przemawiające za tezami autora. Tymczasem musi on przyznać, że w „Gazecie Wyborczej” od lat frontalnego ataku na tradycje powstańcze nie ma. Nie znalazł ich także w opiniotwórczych tygodnikach, „Newsweeku”, „Wprost” czy „Przeglądzie”, skoro ich nie cytuje.
Egzemplifikują tę orientację mimochodem rzucone słowa Olgi Lipińskiej, Janusza Kijowskiego i Kazimierza Kutza. Przy całym szacunku dla tej trójki pierwsze dwa nazwiska nie są autorytetami w dziedzinie myśli politycznej czy historycznej. Kutz dla wielu takim autorytetem jest, ale to autorytet, który lubuje się ostatnio w prowokacjach słownych.
Pojawia się tu także nazwisko Marii Janion, bo skrytykowała Muzeum Powstania Warszawskiego i udział dzieci w grach rekonstrukcyjnych o powstaniu. Zaremba pisze o niej protekcjonalnie: „sędziwa intelektualistka”. O tym, że książką „Romantyzm i historia” oraz antologią poezji romantycznej „Reduta” Maria Janion zrobiła więcej niż ktokolwiek dla ożywienia tych tradycji w świadomości społecznej, że z ust jej padły pamiętne słowa „Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi” – o tym, umieszczając Janion w nurcie pomyj, nawet się nie zająknął.
Najpoważniej wygląda zarzut „pedagogiki wstydu”, która jakoby jest częścią „oficjalnej polityki historycznej, uprawianej przez resort Radosława Sikorskiego”. Nie znam publikacji „Inferno of Choices”, ale gdyby nawet była to wpadka (czemu przeczą niektórzy opiniodawcy), to książka o takiej polityce nie świadczy. Nie świadczy też o niej wypowiedź Sikorskiego o powstaniu warszawskim, bo nie było to oficjalne wystąpienie ministra spraw zagranicznych, tylko zapis w blogu. Tu wolno chyba, nawet w okolicznościach rocznicowych, powtórzyć wielokrotnie formułowane zarzuty przeciw założeniom politycznym przywódców powstania.
Wydaje się więc, że Zaremba walczy z przeciwnikiem wielokrotnie wyolbrzymionym, w każdym razie egzemplifikacja tezy o zmasowanym ataku jest słaba i nieprzekonująca.
W sierpniowej prasie istotnie można było znaleźć antypowstańczy atak. Jego autor pisał, że „powstanie było na rękę Niemcom” i nie bez wpływu „musiała (!) tu być agenturalna inspiracja niemiecka”, że „żaden główny cel nie został osiągnięty”, że „drobne lokalne sukcesy propaganda patriotyczna później lansowała jako powstańcze triumfy”.
Kto jednak głosi takie poglądy? Ano arcypatriotyczny Waldemar Łysiak. Gdzie? Na łamach tygodnika „Uważam Rze”, i to w numerze 31., przypadającym na rocznicę powstania warszawskiego. I jakoś nikt z zespołu redakcyjnego na ten wyskok nie zareagował.

Autor jest historykiem i teoretykiem literatury, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkiem PAN i PAU, byłym redaktorem naczelnym „Polskiego Słownika Biograficznego”, w dorobku ma m.in. książki: „Pozytywizm”, „Główne problemy wiedzy o literaturze”, „Teoria powieści za granicą”, Polskie teorie powieści.

Wydanie: 37/2012

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy