„Dziennik” -arze przepisują życiorysy

„Dziennik” -arze przepisują życiorysy

Żal mi publicystów „Dziennika”, którzy zmieniają CV gazety. Jej to nie pomoże, im pewnie nie zaszkodzi

Publicyści „Dziennika” zmieniają CV gazety. Jej to nie pomoże, bo zgodnie z wolą wydawcy umrze jesienią, za to im pewnie nie zaszkodzi.
W sukurs przyszła prof. Jadwiga Staniszkis, której w kwietniu poświęcono cały 16-kolumnowy sobotni dodatek „Europa”. W obszernym wstępniaku Robert Krasowski napisał: „Jest ona polskim inteligentem, który odpowiada na najważniejsze polskie pytania. Te z Mickiewicza, Sienkiewicza, Bobrzyńskiego, Brzozowskiego czy Dmowskiego”. Jadwiga Staniszkis, analizując media w Polsce, uznała „Dziennik” za najnowocześniejszą gazetę codzienną. Orzekła: „Jeśli umownie możemy powiedzieć, że ťGazeta WyborczaŤ jest ideowym odpowiednikiem sporów w XVII-wiecznej, a ťRzeczpospolitaŤ – w XVIII-wiecznej Europie, to ťDziennikŤ ulokował się od razu w fazie późniejszej: ponowoczesności przełomu XX i XXI wieku (…). ťDziennikŤ charakteryzowała swoista ambiwalencja, niechęć
do wydawania sądów moralnych, postawienie na styl i instrumentalną racjonalność”
(„Dziennik” 11/12.07.2009 r.).

Rybiński niczym Mołotow

Jadwiga Staniszkis nie ilustruje swej opinii przykładami. Posłużę się więc kilkoma cytatami z „Dziennika” pochodzącymi ze stycznia 2007 r., by pokazać, na czym polega ponowoczesność tej gazety, jej niechęć do wydawania sądów moralnych, stawianie na styl i racjonalność.
„W niedzielę 7 stycznia skończyła się III Rzeczpospolita”, triumfował na pierwszej stronie „Dziennika” Maciej Rybiński po rezygnacji przez oskarżanego o współpracę z SB Stanisława Wielgusa z godności arcybiskupa metropolity warszawskiego („Dziennik”, 10.01.2007 r.). Rybiński, zgodnie z „Dziennikowym” kanonem wstrzemięźliwości, ocenił III RP jako „twór tymczasowy, przejściowy i pokraczny, trwający nad miarę długo, urągający swym istnieniem logice, poczuciu moralnemu i zwykłej przyzwoitości” (przypomina się Wiaczesław Mołotow, który w 1939 r. nazwał Polskę „poronionym płodem układu wersalskiego”).

Spod znaku Pawki Morozowa

Rybiński w swym manifeście „Koniec Polski Kiszczaka i Michnika” powtórzył za Jarosławem Kaczyńskim, że nasz kraj stoi w przededniu rewolucji moralnej. Kto miał jej dokonać? Odpowiedzi udzielił w tym samym miesiącu Michał Karnowski: „Kiedy SB żegnała swoich najcenniejszych agentów – zapewnieniami, iż zniszczyła wszystkie materiały na ich temat, publicysta Tomasz Terlikowski miał 15 lat i zaczynał naukę w liceum. Historyk Piotr Gontarczyk wtedy już studiował, a do liceum poszedł, gdy Bogusław Wołoszański podpisywał deklarację współpracy z wywiadem PRL przed swoim wyjazdem do Londynu. Polityk PiS Arkadiusz Mularczyk był już rok dalej, tyle że na studiach prawniczych. Dziś to oni zadają starszemu pokoleniu twarde pytania. Głos Terlikowskiego najgłośniej brzmiał w dniach, gdy ważyły się losy arcybiskupa Wielgusa. Piotr Gontarczyk odsłonił właśnie na łamach ťRzeczpospolitejŤ nieznane wywiadowcze epizody z życiorysu Bogusława Wołoszańskiego. A Arkadiusz Mularczyk wszedł w konflikt z władzami swojej partii, żeby tylko nie dopuścić do stępienia ostrza nowej ustawy lustracyjnej”. Michał Karnowski (rocznik 1970) stwierdził: „Dla ludzi urodzonych po 1970 rozliczenie z przeszłością rodziców jest podstawowym warunkiem ruszenia do przodu” („Dziennik”, 19.01.2007 r.).
Tę postawę godną pioniera Pawlika Morozowa w pełni podzielał Jarosław Kaczyński. W wywiadzie opublikowanym w lutym 2007 r. przez należący, podobnie jak „Dziennik”, do Axela Springera tygodnik „Newsweek”, uznał młodych za awangardę przemian: „Ich największym atutem jest to, że nie są uwikłani w przeszłość PRL-owską ani nie mają na sumieniu błędów założycielskich III RP. W połowie lat 90. mieli przecież po kilkanaście lat. To jest gwarancja czystości”.

Gniew ludu

W styczniu 2007 r. „Dziennik” straszył szubienicami, publikując na dwóch kolumnach fragmenty książki Jarosława Marka Rymkiewicza „Wieszanie” (gazeta wytłuściła takie zdania autora: „Pomówmy teraz o pamiątkach ludowego gniewu. Przypominają one, że nie tylko wykształcone i światłe elity, ale także niedouczony, ciemny, dziki i rozwścieczony lud ma prawo do rządzenia Polską”). Wkrótce potem „Dziennik” odpytał studentów na okoliczność lustracji. Wszyscy byli za, a najbardziej gorliwy, podążając tropem myśli Michała Karnowskiego, stwierdził, że skoro starsze pokolenie lustracji nie podołało, muszą się za nią wziąć młodzi. Przy tym podzielił się refleksją: „Boję się jednak, że jest już za późno, żeby obeszło się w tym procesie bez ofiar”.
Podobnych przykładów ponowoczesności, unikania ocen moralnych, stawiania na styl i racjonalność „Dziennika” można znaleźć setki. Polityczne zaangażowanie „Dziennika”-rzy po stronie IV RP w okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości było, nawiązując do słów prezesa Kaczyńskiego, oczywistą oczywistością.
Mimo to żal mi „Dziennika”, podobnie jak każdego tytułu prasowego, który znika z rynku, zubażając pluralizm medialny. Szczególnie żal mi „Dziennik”-arzy, którzy przepisują swoje życiorysy. Wolałbym nadal czytać ich pełne zapału i – w co wierzę – szczere teksty rodem z IV RP niż artykuły skrojone na potrzeby nowych wydawców. Bo choć „Dziennik” umiera, im jeszcze daleko do emerytury.

Wydanie: 29/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy