„ONI” wrócili…

„ONI” wrócili…

…bo elity władzy i mediów oderwały się od społeczeństwa

Podstawową instytucją polskiej inteligencji było zawsze swoiste getto społeczno-towarzyskie.
prof. Józef Chałasiński

Wmawiało się (i nadal wmawia) tzw. ludowi, że dychotomiczny podział na ONYCH (czyli władzę) i NAS (czyli naród, społeczeństwo, lud) to wynik 45 lat PRL, kiedy znienawidzona, zła, opresyjna i wyalienowana z narodu władza, przyniesiona na bagnetach Armii Czerwonej, zniewalała nadwiślańską wspólnotę, która jak kania dżdżu łaknęła wolności.
Czytając Ferdynanda Goetla (to przedwojenny prezes PEN Clubu, szef Związku Literatów Polskich, jeden z admiratorów Obozu Zjednoczenia Narodowego, londyńczyk itd., czyli według prawicowo-narodowej narracji osoba jak najbardziej w dzisiejszej Polsce godna zaufania), można się natknąć na takie oto jego uwagi z okresu powojennej londyńskiej egzystencji: „O piłsudczykach mówiono – ONI. Nie my, nie Polacy, nie naród, nie społeczeństwo, ale ONI. ONI przegrali wojnę, ONI uciekli za granicę, unosząc swój i narodowy dobytek, ONI okryli hańbą imię Polski w oczach oświeconego świata, ich generałowie i pułkownicy zmarnowali dzielność, patriotyzm i męstwo polskiego żołnierza, ich pyszałkowatość spowodowała podjęcie wojny z Niemcami bez uważania na słabość własnych sił, ich dyplomaci i politycy nie mieli żadnej wiedzy o tym, komu i jak dalece ufać. Głupcy, fantaści, niedołęgi i jak się okazało tchórze – to ONI”.
Dziś, kiedy powszechnie słyszy się o rządzących elitach – elitach władzy i mediów – że są wyalienowane ze społeczeństwa, że nie znają potrzeb zwykłych ludzi, zwłaszcza tzw. prekariatu, ani trapiących ich problemów, wypowiedzi prominentnych reprezentantek obozu władzy, Elżbiety Bieńkowskiej (o pensji 6 tys. zł za miesiąc i idiotach lub złodziejach, którzy za tak marną kwotę mogą pracować) oraz Julii Pitery (o tym, że głodne dzieci w polskich szkołach biorą się z braku tradycji jedzenia śniadań), tylko takie mniemanie pogłębiają, a wynik wyborów prezydenckich jest tego najlepszym dowodem. Zdziwienie i słabo ukrywany gniew mainstreamu z powodu wyniku ostatniej elekcji to przykład alienacji elit i widomy znak, że mityczni ONI powrócili nad Wisłę. I być może są nieodłączną cechą naszego życia publicznego.
Ci wieczni ONI nie mogą być uznawani za wykwit i jednoznaczną emanację lat 1945-1989. Czym wyjaśnić ów fenomen i nieśmiertelność tego pojęcia, choć za Tadeuszem Kotarbińskim wiemy, że to, co nieśmiertelne, winno być martwe? Przykłady z ostatnich dni świadczą najlepiej, że akurat ci ONI martwi nie są. Pojawiają się w coraz to innych konfiguracjach, w innym entourage’u polityczno-społecznym, w innych barwach klubowych. Jest to więc idea nośna i twórcza (specyficznie), a przede wszystkim – niezwykle żywotna.
Dlaczego tak się dzieje? Wbrew próbom wykluczenia z debaty publicznej uzasadnień i argumentacji odwołujących się do marksizmu należy brać pod uwagę tzw. długie trwanie. Czyli nie tylko powierzchowną analizę kulturowo-historyczną odwołującą się do niedawnych dekad, lecz przede wszystkim daleką przeszłość, bo – jak mówił Winston Churchill – „Im dalej wstecz spoglądamy, tym bardziej widzimy przyszłość”. Nie można bowiem ignorować przyczyn, genealogii ani uwarunkowań społeczno-ekonomicznych – zdawałoby się – dawno minionych. One trwają w podświadomości, w tożsamości, często ukryte i zasymilowane, obłaskawione, zmodernizowane. Pod tym względem doskonałym materiałem do zrozumienia wielu polskich bolączek i zawirowań społecznych są niedocenione książki „Prześniona rewolucja” Andrzeja Ledera i „Fantomowe ciało króla” Jana Sowy.
Ta wyniosłość polskiej inteligencji, dziś traktowanej jako tzw. mainstream, czyli najszerzej pojęta elita władzy, bierze się z czasów I RP, kiedy to szlachta (te 7-8% ówczesnego społeczeństwa) była absolutnie wyalienowana z masy podległych jej, traktowanych jak niewolnicy pańszczyźnianych chłopów. Ponieważ gros dzisiejszego społeczeństwa polskiego przejęło wartości i mentalność szlachty okresu sarmacko-kontrreformacyjnego i epoki rozbiorów, dzisiejszy mainstream powiela ową hieratyczność, megalomanię i samozadowolenie jaśnie wielmożnych panów braci szlachty. To stąd biorą się pycha, bufonada, mentorstwo, przaśny arystokratyzm (na zasadzie: my wiemy lepiej, my wam powiemy), paternalizm, obcujące jednocześnie – jak w epoce sarmackiej – z bigoterią, hipokryzją, faryzejstwem itd.
Brak racjonalizmu i świadomości wagi wyborów (praktycznie za każdym razem w wyborach po 1989 r. głosuje się przeciwko, a nie za) wiązać należy także z nadmierną rolą i pozycją Kościoła katolickiego w życiu publicznym, a nade wszystko w edukacji. To stąd bierze się m.in. fenomen Kukiza (powielający syndrom Tymińskiego czy Leppera). A mainstream dalej nic nie rozumie, bo nie stara się zgłębić przyczyn problemu. Dalej jest – jak mówi młodzież – odjazdowy, prawiąc o braku plakatów (Lityński), zapomnieniu o rządach IV RP (Michnik), niedocenieniu zasług w obaleniu komunizmu (Wajda, Olbrychski) itd.
Ów paternalizm, taka autokracja intelektualna, despotyzm i pogarda okazywana tzw. ludowi stoją w jawnej sprzeczności z dialogiem społecznym (mającym tworzyć społeczeństwo otwarte, demokratyczne, wolne i przyjazne jednostce), z zasadami demokracji i wolności obywatelskich, o które te same elity wiodły bój z ową mityczną, znienawidzoną komuną.

Wydanie: 23/2015

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy