Historia pewnego aktu

Historia pewnego aktu

Prokuratorskie zarzuty przeciw Maciejowi Wojciechowskiemu, byłemu dyrektorowi telewizyjnej Jedynki, znalazły się w sądzie

Piętnaście miesięcy temu, 22.10.2006 r. na łamach „Przeglądu” w artykule pt. „Przypadki dyrektora Wojciechowskiego” napisałem: „Prokuratorskie życie w demokratycznym kraju nie zna jednak spraw zamkniętych w szufladzie”. Okazało się, że się nie myliłem. O co chodziło? Cytowane zdanie zawierał tekst dotyczący zakrętów dochodzenia prokuratorskiego przeciw ówczesnemu dyrektorowi Programu 1 TVP, Maciejowi Wojciechowskiemu. Kariera telewizyjna Wojciechowskiego rozpoczęła się od ośrodka w Katowicach. Zanim jednak tam trafił, był członkiem władz krajowych Prawa i Sprawiedliwości. Jeszcze wcześniej był wiceprezesem spółki Centrum Szkolenia i Adaptacji Zawodowej. Spółka ta utworzona w oparciu o państwowy kapitał miała szkolić górników zwalnianych z kopalń do innych zajęć. I ta działalność Macieja Wojciechowskiego zainteresowała Prokuraturę Rejonową w Bytomiu. Prokuratorzy uznali, że działalność ta miała cechy przestępstwa. Miało chodzić m.in. o fałszowanie danych księgowych spółki i zlecanie nigdy niezrealizowanych zadań. Od tego właśnie zaczęła się historia tytułowego pewnego aktu oskarżenia. Aktu oskarżenia właśnie przeciw Maciejowi Wojciechowskiemu. Historia prawie tak długa jak historia IV RP.
O tej historii pisaliśmy dwukrotnie na łamach „Przeglądu”, a ów akt trafił do sądu niedawno, prawie trzy lata po pierwszym postawieniu zarzutów karnych Wojciechowskiemu. W czasie owych trzech lat były działacz PiS, Maciej Wojciechowski, pełnił spokojnie kolejne funkcje w telewizji publicznej. Był: dyrektorem Ośrodka TVP Katowice, dyrektorem Programu 1 TVP i doradcą Zarządu TVP. W zajmowaniu poważnych i odpowiedzialnych posad nie przeszkadzało mu prowadzone śledztwo i dwukrotne postawienie zarzutów karnych. Dwukrotne, bo opisywane śledztwo zdążyło już raz być umorzone. Tę decyzję uchylił jednak sąd i nakazał jego dalsze prowadzenie.
Było to także dochodzenie niewątpliwie pechowe, ponieważ wydawanie ważnych decyzji w jego trakcie dziwnym trafem zbiegało się z roszadami personalnymi w bytomskiej prokuraturze. Najpierw zaraz po pierwszym postawieniu zarzutów Maciejowi Wojciechowskiemu z funkcji prokuratora rejonowego w Bytomiu został odwołany jej długoletni szef, Władysław Czekaj. Potem, gdy w wyniku wznowionego śledztwa następczyni Czekaja, Iwona Brózda, przyznała dziennikarzowi „Gazety Wyborczej”, iż należy się spodziewać w tej sprawie złożenia aktu oskarżenia, również ona przestała pełnić swą funkcję. Jeśli dodać do tego, że pierwsza prokurator prowadząca to dochodzenie została ukarana upomnieniem po odebraniu jej tego śledztwa, liczba feralnych wydarzeń w tej sprawie może skłaniać do poważnych przemyśleń. Czytelników ciekawych szczegółów odsyłam do internetowego archiwum „Przeglądu”.
Natomiast proces Macieja Wojciechowskiego, nie przesądzając o jego winie, warto obserwować. Może ktoś przy okazji zapyta, dlaczego sprawa ta miała tyle dziwnych i dramatycznych zakrętów? Dlaczego dochodzenie było umorzone w sposób nieprawidłowy? Pewnie pytania można mnożyć, ale nie o to chodzi. Chodzi za to o to, aby prawo i sprawiedliwość pisane były w gabinetach prokuratorskich i na salach sądowych małą literą.

Wydanie: 4/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy