Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W ostatniej dekadzie kwietnia tematem dnia serwisów zagranicznych była dymisja ukraińskiego premiera Juszczenki. Widzieliśmy to w telewizji, czytaliśmy w gazetach – premier, olbrzymią większością głosów, otrzymał wotum nieufności.
Jak to wytłumaczyć?
Działa w Polsce od roku 1990 Ośrodek Studiów Wschodnich, monitorujący sytuację w krajach byłego ZSRR. Ośrodek chwali się, że jego raporty służą ocenie sytuacji dokonywanej we wszystkich centrach władzy. A także, że ma olbrzymi zbiór prasy z Europy Wschodniej, masę materiałów źródłowych. Ale – dodaje – jego największym skarbem jest zespół analityków potrafiących te wszystkie informacje zanalizować. Po tym wstępie można przejść do raportów Ośrodka, na przykład dotyczących Ukrainy. I cóż w nich czytamy? Otóż w analizie datowanej 19 kwietnia, a poświęconej sytuacji premiera Juszczenki, czytamy m.in.: “To prezydent Kuczma zadecyduje, czy rząd (czyli premier Juszczenko) się utrzyma, czy nie. Z dostępnych informacji wynika, że prezydent będzie dążył do odrzucenia wniosku o wotum nieufności dla premiera”. Dalej autor analizy pisze, że rozgrywka o Juszczenkę przełożona zostanie najprawdopodobniej o kilka tygodni, czyli że cała sprawa rozstrzygnie się mniej więcej w połowie maja. I że prezydentowi Kuczmie zależy na utrzymaniu Juszczenki, można więc założyć, że podejmie w tym kierunku działania i że uda mu się obronić premiera.
Kilka dni później przekonaliśmy się, ile warta była analiza wybitnego analityka Ośrodka Studiów Wschodnich, specjalisty od spraw ukraińskich.
I teraz pytanie: Jak można prowadzić jakąkolwiek politykę wschodnią, jeżeli, nawet nasz podobno najlepszy ośrodek strzela kulą w płot?
Te pudła zdarzają się i na innych kierunkach. Kilka dni temu minister Bartoszewski przyznał, że Polska przystąpi do Unii Europejskiej w 2005 r. Czyli że wcześniejsze opowieści jego poprzedników były albo zwykłym mamieniem publiczności, albo oparte zostały o złe informacje i analizy. A te zapowiedzi pamiętamy doskonale – Andrzej Olechowski mówił swego czasu o roku 2000, Bronisław Geremek o 2002-2003
(i to z rozpaczą, że tak późno). Cóż, rzeczywistość to wszystko zweryfikowała. Tak wiarygodni byli nasi ministrowie.
Przy okazji zjazdu Polonii mogliśmy przekonać się o kolejnej, żywionej przez nas iluzji. Oto przyjechali do kraju przedstawiciele naszej emigracji i przywieźli ze sobą dziesiątki opowieści o polskich dyplomatach – o ich, delikatnie to nazwijmy, złym przygotowaniu do zawodu. Przez ostatnie lata opowiadano nam bajki, że dyplomatą może zostać każdy, byle tylko znał jakiś język obcy, umiał trzymać nóż i widelec, nie lubił komuny i miał znajomości wśród działaczy “Solidarności”. Nie były to wielkie wymagania, więc wysłaliśmy za granicę całą masę śmiesznych ludzi. Śmiesznych, bo kiedy na zjeździe Polonii ktoś chciał rozbawić towarzystwo, to opowiadał o “swoim” ambasadorze lub konsulu.
Od wielkiej rewolucji w Polsce mija właśnie 12 lat. Może czas ją zakończyć i przejść na zawodowstwo?

Wydanie: 19/2001

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy