Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Sprawa Jerzego Kranza, odwołanego przez ministra Cimoszewicza ambasadora, ma ciąg dalszy. Przypomnijmy: został on odwołany w ubiegłym miesiącu, jednym z głównych powodów tej decyzji był „letarg” placówki, ambasador miał spakować swoje rzeczy do końca roku, tak aby 15 stycznia 2003 r. zameldować się w Warszawie.
Tymczasem życie szybko te ustalenia zweryfikowało. Kranz obudził się z letargu i błysnął inicjatywą, rozsyłając po niemieckich mediach pełne egzaltacji oświadczenie, że informacje o przyczynach jego odwołania szkalują jego dobre imię. I że w sprawach polityki polsko-niemieckiej decyzje podejmowane są w Warszawie, a nie w ambasadzie w Berlinie. Czyli jest świetnym ambasadorem, tylko minister Cimoszewicz wszystko knocił, a teraz oszalał, rezygnując z jego usług.
Tym swoim oświadczeniem podał na tacy niemieckim mediom smakowity temat: polską aferę, kłótnie miedzy ambasadorem i jego ministrem, bałagan i oskarżenia. Czyli zrobił dokładnie to, z czym powinien zawsze walczyć: wywołał cykl publikacji pokazujących w złym świetle swój kraj.
Więc reakcja Cimoszewicza była natychmiastowa: Kranz zjechać do Warszawy ma od razu.
Kto go zastąpi? Tu wątpliwości są niewielkie – kandydatem numer jeden jest Andrzej Byrt, obecny wiceminister spraw zagranicznych. Byrt był już ambasadorem w Niemczech, miał tam świetne kontakty, także w sferach biznesu, co nie może dziwić, bo wcześniej był dyrektorem Targów Poznańskich. W zasadzie już od powrotu do Polski, kiedy zaczął pracować w Kancelarii Prezydenta Kwaśniewskiego, mówiło się, że lada moment wyjedzie za granicę na kolejną placówkę. Był moment, że mówiono, iż będzie to Bruksela, nasze przedstawicielstwo przy Unii Europejskiej. Ale tę placówkę objął Marek Grela. Dla Byrta zostały więc – bagatela – Niemcy.
Natomiast w jednym protestujący Kranz ma rację – trudno łączyć go z aferą związaną z budową naszej ambasady w Berlinie. Przypomnijmy: MSZ wydał na ambasadę miliony i na razie za te pieniądze ma tylko jej projekt.
Zresztą NIK w swym wystąpieniu pokontrolnym z sierpnia 2001 r. wyraźnie pokazał, kto za tę sytuację ponosi odpowiedzialność. To wicedyrektor Biura Administracji MSZ oraz Michał Radlicki, ówczesny Dyrektor Generalny, dziś ambasador w Rzymie. NIK zarzuca im obu, że zmieniali umowę ze spółką Architekci (zawartą 29.04.1999 r.), która opracowywała projekt ambasady, godząc się na kolejne aneksy. Najpierw za projekt budynku, dokumentację techniczną i nadzór MSZ zobowiązał się zapłacić 3.795.544 euro, a potem aż 5.966.174 euro. Czyli 2.170.630 euro więcej. Tłumacząc to na język śmiertelników: MSZ sprawił sobie ambasadę na papierze za prawie 6 mln euro, z czego grubo ponad 2 mln euro dorzucił w formie aneksów. Więc inspektorzy NIK napisali, że jest to nieprawidłowość stwarzająca „zagrożenie niepowetowanej szkody w mieniu Ministerstwa w kwocie 7.940 tys. zł (2.170,6 tys. euro)”.
I teraz MSZ z tym wszystkim się wozi.

Wydanie: 45/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy