Historia w służbie polityki

Historia w służbie polityki

Instytut Propagandy Narodowej

Instytutem Pamięci Narodowej wstrząsnęła tzw. afera Greniucha. Chodzi o byłego już p.o. dyrektora oddziału we Wrocławiu, wcześniej delegatury w Opolu, a zarazem byłego aktywistę ONR, który, działając w tej organizacji, wykonywał tzw. salut rzymski, czyli gest od 1933 r. kojarzony nie ze starożytnym Rzymem, ale z Adolfem Hitlerem i nazizmem. W czerwcu 2005 r. Greniuch współorganizował w Myślenicach manifestację ONR dla uczczenia najgłośniejszego incydentu antysemickiego w II RP
– tzw. marszu na Myślenice lub wyprawy myślenickiej Adama Doboszyńskiego z 22 czerwca 1936 r. Podczas tej akcji zorganizowane przez nacjonalistycznego polityka bojówki rozbroiły posterunek policji w Myślenicach, wychłostały starostę za rzekome faworyzowanie kupców żydowskich, zdemolowały synagogę oraz sklepy żydowskie i podpaliły na rynku wyniesione z nich towary.
„»Zarzuty kierowane przeciwko dr. Tomaszowi Greniuchowi dotyczą jego zachowań z czasów młodości. Wielokrotnie w ciągu ostatniej dekady przyznał, że były one błędem i przeprosił za nie«, czytamy w oświadczeniu szefostwa IPN. Jego lakoniczna treść znakomicie wyjaśnia, dlaczego Instytut Pamięci Narodowej po pięciu latach rządów obecnego prezesa Jarosława Szarka i towarzyszących mu wiceprezesów przypomina dymiące zgliszcza. Równolegle ze zniszczeniem prawie wszystkiego, co zastano, nastąpiła dewastacja polskiej polityki historycznej, czego skutkiem ubocznym jest międzynarodowy wizerunek III RP. (…) dziś o wiele łatwiej wmawiać opinii publicznej na całym świecie, że to przedwojenna Polska była sojusznikiem III Rzeszy, razem z Hitlerem wznieciła II wojnę światową, a Polacy współorganizowali Holocaust”, podsumował aferę Greniucha red. Andrzej Krajewski w „Dzienniku”.
Katastrofalny wizerunkowo charakter tej afery pogłębia fakt, że IPN eksponuje polskie zasługi dla ratowania Żydów podczas II wojny światowej i zwalcza określenie „polskie obozy zagłady” w zagranicznych mediach, a jednocześnie karierę w jego strukturach zrobił człowiek, który kiedyś lubił sobie pohajlować i afirmował antysemicką ideologię przedwojennego ONR. W IPN jest zresztą więcej historyków z podobnymi fascynacjami i przeszłością. Są apologeci Brygady Świętokrzyskiej NSZ, nacjonalistycznego nurtu powojennego podziemia zbrojnego, gen. Franco i Błękitnej Dywizji, Janusza Walusia, a nawet belgijskiego SS-Standartenführera Léona Degrelle’a. Przemysław Witkowski w OKO.press już dwa lata temu zwrócił uwagę, że „tego typu historyków jak Greniuch, Bechta czy Muszyński pracuje w IPN dużo więcej”.

Czarno-biała wizja historii

Nie ma w tym jednak nic dziwnego, albowiem IPN od lat realizuje państwową politykę historyczną, której fundamentem pod rządami Zjednoczonej Prawicy (a nawet wcześniej) stał się skrajny antykomunizm. Prof. Bronisław Łagowski stwierdził w PRZEGLĄDZIE, że IPN to „główna instytucja przemocy symbolicznej”, utworzona wspólnie przez PO i PiS. Ta przemoc symboliczna polega właśnie na lustracji i dekomunizacji. Można nawet zaryzykować pogląd, że celem postsolidarnościowej polityki historycznej jest delegalizacja PRL w świadomości narodowej. Zadania tego nie mogli się podjąć historycy akademiccy, traktujący historię jako naukę. Dlatego powierzono je historykom politycznie zaangażowanym po stronie prawicy, a nawet skrajnej prawicy. Pod tym względem poglądy wyrażane w przeszłości przez Tomasza Greniucha nie były sprzeczne z zasadniczą linią prawicowej polityki historycznej, którą realizuje IPN.
Do dzisiaj można znaleźć w internecie artykuł opublikowany przez Greniucha 25 czerwca 2013 r. w „Niezależnej Gazecie Obywatelskiej”, w którym pisał: „Między nami, rocznikami roku 80 i wyżej, a wami, typowymi rocznikami PRL, istnieje pojęciowa i moralna pustka, przepaść niezrozumienia. (…) Przejmujemy spuściznę ludzi, którzy z wami walczyli i będziemy kontynuować tą walkę, z tym, że oni, żołnierze przez was wyklęci, mają następców, wy ich nie macie, przeminiecie bez echa” (pisownia oryginalna). Mamy tutaj wyłożoną całą ideologię skrajnie prawicowego antykomunizmu – wykreślenia z historii PRL razem z żyjącymi w niej pokoleniami. Pojawienie się Greniucha w IPN nie było zatem wypadkiem przy pracy, ale wpisywało się w ideologiczno-polityczne oblicze tej instytucji, zwłaszcza po 2016 r., czyli za kadencji prezesa Jarosława Szarka.
IPN powstał na mocy ustawy z 18 grudnia 1998 r., uchwalonej przez rządzącą wówczas koalicję AWS-UW, czyli późniejsze PO i PiS. Do jego ustawowych zadań należy gromadzenie dokumentów organów bezpieczeństwa państwa sporządzonych od 22 lipca 1944 r. do 31 lipca 1990 r. i zarządzanie nimi, ściganie zbrodni nazistowskich i komunistycznych, prowadzenie działalności edukacyjnej, poszukiwanie miejsc pochówku osób poległych oraz wydawanie opinii w zakresie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego przez nazwy budowli, obiektów i urządzeń użyteczności publicznej (to ostatnie dodano po uchwaleniu w 2016 r. tzw. ustawy dekomunizacyjnej).
Podczas kadencji pierwszego prezesa, którym był Leon Kieres (2000-2005), IPN stał się obiektem ataku ze strony prawicy w związku ze śledztwem w sprawie zbrodni w Jedwabnem i wydaną w 2002 r. dwutomową publikacją „Wokół Jedwabnego” pod redakcją Pawła Machcewicza i Krzysztofa Persaka. Co prawda, IPN krytycznie zweryfikował niektóre twierdzenia Jana T. Grossa na temat okoliczności wydarzeń w Jedwabnem 10 lipca 1941 r., ale potwierdził udział Polaków w tej zbrodni. To było nie do przyjęcia dla prawicy. Pojawiły się wtedy z jej strony zarzuty o antypolonizm ówczesnego kierownictwa IPN i postulaty odzyskania tej instytucji dla „prawdziwie polskiej” opcji. Nastąpiło to po objęciu przez PiS po raz pierwszy władzy w 2005 r. Nowym prezesem IPN pod koniec roku został Janusz Kurtyka. Za jego kadencji (2005-2010) IPN zaczął realizować politykę historyczną PiS, a konkretnie wizję tej polityki według Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Wówczas zapoczątkowano tendencyjny kult „żołnierzy wyklętych” i przyjęto skrajnie
antykomunistyczną retorykę.

Dogmatyzm i skrajność

Nasilenie tego zjawiska nastąpiło jednak dopiero po ponownym objęciu władzy przez PiS, a szerzej Zjednoczoną Prawicę, w 2015 r. Za kadencji powołanego przez koalicję PO-PSL prezesa Łukasza Kamińskiego (2011-2016) również eksponowano „żołnierzy wyklętych”, ale opisywano też ich zbrodnie. Obecnie na taką zrównoważoną narrację historyczną nie ma już miejsca. Na mocy ustawy uchwalonej przez PiS skrócono kadencję Kamińskiego i 22 lipca 2016 r. na nowego prezesa prawicowa większość sejmowa wybrała Jarosława Szarka. Od tego momentu historia w wydaniu IPN została całkowicie wprzęgnięta w służbę dogmatycznej polityki historycznej.
Kreatorzy tej polityki – jak Ryszard Terlecki czy Jan Żaryn – uzyskali znaczący wpływ na funkcjonowanie IPN. Odejść musieli natomiast naukowcy, którzy nie zgadzali się na nową linię Instytutu lub nie dawali gwarancji jej realizacji: Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Andrzej Paczkowski (wszyscy trzej byli członkami Rady IPN, zlikwidowanej przez PiS w 2016 r.) czy Krzysztof Persak.
Dogmatyzm i skrajność polityki historycznej realizowanej przez IPN polegają najogólniej na tym, że z okresu 1944-1989 zrobiono czarną dziurę zamkniętą klamrą z napisami „totalitaryzm” i „okupacja sowiecka”. Nie ma powojennej odbudowy i industrializacji kraju, nie ma wielkiego dzieła politycznego i ekonomicznego scalenia z Polską Ziem Odzyskanych (ta nazwa jest zresztą bezmyślnie wyszydzana jako „określenie propagandowe”), nie ma polskiego Października ‘56 i będącej jego następstwem ewolucji ustrojowo-politycznej PRL od autorytaryzmu i ograniczonej suwerenności do demokracji i pełnej suwerenności w 1989 r. Nie ma powojennych reform społecznych ani związanego z nimi awansu cywilizacyjnego i edukacyjnego szerokich rzesz narodu. Nie ma wielowątkowej i skomplikowanej historii 45-lecia po 1945 r. Jest wyłącznie terror UB i SB oraz upiorna PZPR – „partia władzy, pieniędzy i bezwstydu”, jak czytam w ostatnim „Biuletynie IPN”.
Do tego wszystkiego dodano mitologię powojennego podziemia antykomunistycznego. Przy czym kult tego podziemia został zręcznie zmanipulowany. Do worka z napisem „żołnierze wyklęci” wrzucono zarówno ofiary stalinizmu, w tym wybitne postacie sprzeciwiające się powojennej walce zbrojnej (np. Augusta Emila Fieldorfa), jak i poakowskie Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość oraz podziemie nacjonalistyczne (NSZ, NZW). Zrobiono to, by na kościach tych pierwszych przepchnąć kult tych ostatnich – przez wiele lat ocenianych krytycznie w środowiskach niekomunistycznych, także na emigracji. Tak się dziwnie składa, że w kulcie „wyklętych” najbardziej eksponuje się kolaborującą z Niemcami Brygadę Świętokrzyską NSZ i różne kontrowersyjne osoby związane przeważnie z podziemiem nacjonalistycznym.
IPN zaprzecza sam sobie, heroizując np. Romualda Rajsa „Burego”, który w 2005 r. został uznany przez Oddziałową Komisję Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku za winnego zbrodni przeciwko ludzkości. Pion śledczy IPN stwierdził, że działalności Rajsa „nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa”. Jednakże w lutym 2019 r. dwaj historycy z IPN wydali komunikat podważający stanowisko pionu śledczego. Dopiero po fali krytyki w mediach i napięciach dyplomatycznych na linii Polska-Białoruś pion śledczy IPN oświadczył, że komunikat ten nie był z nim konsultowany i nie może zmienić ustaleń śledztwa z 2005 r.
Kult najbardziej skrajnych nurtów i kontrowersyjnych postaci powojennego podziemia zbrojnego Instytut wzbogacił teorią o „powstaniu antykomunistycznym”, które miało trwać od 1944 do 1953 r. (a nawet do 1963 r.) i w którym rzekomo uczestniczyło co najmniej 180 tys. osób. Absurdalność i ahistoryczność konstrukcji „powstania antykomunistycznego” polega na tym, że powojenna partyzantka była ruchem amorficznym, bez centralnego kierownictwa i programu, bez oficjalnego poparcia ze strony legalnej opozycji (PSL) oraz nieuznawanego już wtedy przez aliantów rządu polskiego w Londynie. Kierowali tym ruchem niezależnie od siebie niżsi rangą oficerowie, którzy czekali na III wojnę światową.
Przy okazji tegorocznego święta „żołnierzy wyklętych” 1 marca usłyszałem w publicznym radiu wypowiedź pracownika IPN, który ubolewał, że trud jego instytucji w budowaniu legendy „wyklętych” nie jest wspierany publikacjami naukowymi przez historyków akademickich. Może dlatego, że historycy akademiccy zachowali jeszcze resztki powagi?

Dekomunizacja – depolonizacja

Kolejnym filarem polityki historycznej realizowanej przez IPN jest tzw. dekomunizacja. Za kadencji prezesa Szarka przybrała ona postać działań nie tylko wymazujących z przestrzeni publicznej ślady PRL i polskiej lewicy różnych nurtów. Posunięto się dalej – uderzono w ludzi, którzy do pojałtańskiej Polski mieli stosunek krytyczny, ale podjęli pracę dla niej w imię realizmu politycznego i zachowania ciągłości życia narodowego.
Przecież na podstawie opinii IPN nie zmienia się nazw ulic Jakuba Bermana, Romana Zambrowskiego, Józefa Różańskiego, Adama Humera czy Julii Brystygierowej, bo ich nie ma i nigdy nie było. Zmienia się natomiast patronów, którzy wiele dali narodowi polskiemu w niełatwych czasach powojennych – Wilhelma Szewczyka, Jerzego Ziętka, Gustawa Morcinka czy Stanisława Kulczyńskiego. Jest to więc działanie godzące w polską pamięć historyczną i kulturę narodową. Zwracają na to uwagę nawet ludzie prawicy, jak chociażby prof. Andrzej Zapałowski. Na początku lutego br. poinformował on, że na podstawie opinii rzeszowskiego IPN usuwane są na Podkarpaciu upamiętnienia polskich żołnierzy i milicjantów poległych w walce z UPA, i prawidłowo nazwał taką „dekomunizację” depolonizacją.
Obecne kierownictwo IPN i jego polityka są poddawane krytyce z wielu stron. Krytycy zwracają uwagę na skrajne upolitycznienie i zideologizowanie tej instytucji, będącej emanacją poglądów wąskiej grupy radykalnie prawicowych osób z zaplecza prezesa PiS. Ludzi traktujących politykę historyczną jako narzędzie walki politycznej, nie tylko z lewicą, ale z każdym, kto nie akceptuje jednostronnego dyskursu o przeszłości i teraźniejszości.
IPN łączy w sobie dwie instytucje o zupełnie odmiennym charakterze: pion śledczy (prokuraturę) i placówkę historyczną (archiwalno-edukacyjno-badawczą) – na co zwrócił uwagę prof. Andrzej Romanowski. Prokurator zmierza przecież do osądzenia podejrzanego i nie szuka okoliczności łagodzących (to jest zadanie adwokata). Natomiast historyk nie może rozstrzygać kwestii winy i kary, powinna go interesować jedynie analiza procesu dziejowego oparta na standardach naukowej krytyki źródła historycznego. Taka specyfika tej instytucji i nałożone na nią ustawowe zadania doprowadziły do tego, że historycy IPN stali się inkwizytorami, osądzającymi życiorysy osób, które następnie wyrzucają z pamięci zbiorowej lub stawiają na piedestale wedle kryteriów politycznych.
Prof. Adam Leszczyński z kolei stwierdził, że prezes Jarosław Szarek „prawie nie ma dorobku naukowego. Napisał za to wiele książeczek dla dzieci, w których uczy bogoojczyźnianej historii Polski – zawsze heroicznej, zawsze cierpiącej, zawsze katolickiej i szlacheckiej, bez mniejszości narodowych i chłopów”. Do tego należy dodać liczne wpadki prezesa i Instytutu. Największą była nowelizacja ustawy o IPN w styczniu 2018 r., która wywołała międzynarodowy konflikt z Izraelem i diasporą żydowską, zażegnany wycofaniem się obozu władzy z tej inicjatywy. Była to bowiem kompromitacja na szczeblu wyższym – rządu i jego zaplecza politycznego.
Prezes Szarek wielokrotnie mijał się z podstawowymi faktami historycznymi lub wypowiadał skrajnie polityczne tezy. Powiedział np., że „armia Rzeczypospolitej (sic!) odniosła zwycięstwo (sic!) w bitwie pod Legnicą w 1241 i tym samym uratowała Europę”. Albo że zwycięstwo w bitwie warszawskiej „uratowało nie tylko Rzeczpospolitą, ale łacińską cywilizację przed zagładą”, chociaż poważni badacze wojny lat 1919-1920 wiedzą, że uratowało jedynie niepodległość Polski. Porozumienia Okrągłego Stołu nazwał „drugą Jałtą i porozumieniem ponad Polakami”, a polskie elity po 1945 r. „lumpenelitami”, które stanowiły „sowiecko-komunistyczny niewolniczy, bezmózgi czerep”. Wbrew ustaleniom samego IPN obarczył też Niemców odpowiedzialnością za mord w Jedwabnem. Wypowiedzi w podobnym duchu – nie tylko prezesa, ale i innych funkcjonariuszy IPN – można przytoczyć więcej.
Zapewne niemało racji miał Przemysław Witkowski, pisząc, że „teksty prezesa IPN pełne są ultrakatolickiej i nacjonalistycznej frazeologii”, a IPN „stał się przechowalnią (…) prawicowych radykałów, ekskatechetów i hobbystów”. To wszystko – na tle afery Greniucha – rodzi pytania o przyszłość tak funkcjonującej instytucji. Ze strony opozycji padają postulaty dymisji obecnego prezesa jeszcze przed końcem upływającej w tym roku kadencji (15 marca mija termin zgłaszania kandydatur na prezesa Instytutu) lub likwidacji samego IPN.
Coraz częściej stawiane są też przez opinię publiczną pytania o rosnące koszty działania tak kontrowersyjnej instytucji. Jeszcze w 2015 r. budżet IPN wynosił ok. 249 mln zł. Rok później było to już o 20 mln zł więcej. W 2020 r. budżet wyniósł 405,1 mln zł (projekt zakładał 423,1 mln) i wzrósł w porównaniu z rokiem poprzednim o 63 mln zł. Dla porównania budżet Polskiej Akademii Nauk na ten rok wynosił 90,9 mln zł, Rzecznika Praw Obywatelskich – 45,2 mln zł, Państwowej Inspekcji Pracy – 362,2 mln zł, a Ministerstwa Sprawiedliwości – 1,59 mld zł. Natomiast budżet IPN na 2021 r. to 397,7 mln zł. Polski podatnik kupuje za to utrzymanie zasobu archiwalnego po służbach specjalnych PRL, śledztwa i ekshumacje dotyczące zbrodni komunistycznych i nazistowskich (ich liczba maleje z roku na rok), dekomunizację ulic i pomników oraz szeroko rozumianą politykę historyczną, w tym badania naukowe. „Czym badania prowadzone przez IPN różnią się od badań naukowych?”, zapytał prof. Adam Leszczyński w artykule opublikowanym w styczniu 2020 r. na portalu OKO.press. I odpowiedział: „Tym, że badania naukowe mają na celu poznanie prawdy, a badania prowadzone przez IPN mają potwierdzić polityczne tezy stawiane przez polityków. Nikt tego zresztą nie ukrywa. IPN jest głównym narzędziem władzy we wdrażaniu polityki historycznej (…). Miliony złotych podatników idą na to, żeby ją utrwalić – m.in. za pomocą gier, komiksów i audiobooków”.
Jest jednak oczywiste, że dopóki będzie rządzić Zjednoczona Prawica, nie tylko likwidacja, ale nawet kosmetyczny retusz IPN nie grozi. Historia pozostanie wprzęgnięta w rydwan polityki. Z wielką szkodą dla świadomości historycznej i obywatelskiej młodych Polaków.

Fot. Bartek Siedlik/Forum

Wydanie: 12/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy