Z historii polskiego uzwiązkowienia

Z historii polskiego uzwiązkowienia

O ile przez cały okres koalicji PO-PSL związkowcy żalili się, że rząd rzadko ich pyta o zdanie, o tyle od początku 2016 r. czują się przytłoczeni

Zestaw zarzutów wobec reprezentacji polskich pracowników jest długi. Niektórzy krzywią się już na samą formę. Związki bronią swoich interesów krzykliwie i histerycznie, co tworzy wrażenie, że nie uwzględniają całego kontekstu, tylko są ciągle na „nie”. Taki zarzut nie jest do końca fair. Związki zawodowe, jak każda inna instytucja życia publicznego, są odbiciem drogi, jaką przeszło całe społeczeństwo.

Szybką rekapitulację ostatniego etapu tej drogi zacznijmy 26 czerwca 2013 r. To ważny dzień w historii polskiego kapitalizmu. Właśnie wtedy zamarł w Polsce oficjalny dialog społeczny, a konkretnie wszystkie najważniejsze centrale związkowe (w tym Solidarność i OPZZ) zawiesiły uczestnictwo w Komisji Trójstronnej. Kto zawinił? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się cofnąć o kilkanaście lat.

Dialog społeczny w Polsce został nawiązany z pewnym opóźnieniem, bo dopiero w połowie lat 90., a więc już po pierwszym ciosie w potylicę, jaki dostała polska praca. Ale lepiej późno niż wcale. I gdy praca się pozbierała, dość szybko udowodniła, że uruchomienie instytucjonalnego dialogu społecznego było w Polsce potrzebne. Bardzo ważną rolę odegrała w tej fazie osobowość byłego działacza podziemnej Solidarności Andrzeja Bączkowskiego, który jako wiceminister pracy przeszedł przez rządy postsolidarnościowe, a potem SLD. W 1996 r. jego urzędowanie przerwała przedwczesna śmierć. Bączkowski wykazał w praktyce, że komisja nie musi być ciałem fasadowym, lecz miejscem, gdzie faktycznie coś się rozstrzyga i gdzie warto być. Związkowcy stosunkowo szybko podjęli działalność, bo okazało się, że po drugiej stronie mają wiarygodnego partnera, z którym można negocjować i coś uzyskać. Bączkowski wywalczył sobie taką pozycję, że mógł zadzwonić wieczorem do któregoś ministra i mówić: „My tu debatujemy, ale mam wielką prośbę o zmianę wskaźnika, to uda nam się uzyskać kompromis”. Bączkowski zaczął budować zaufanie między partnerami społecznymi mimo ideologicznej wrogości Solidarności i OPZZ. (…)

Oczywiście nie zawsze było tylko różowo, zwłaszcza że dość szybko największe centrale związkowe Solidarność i OPZZ zaczęły się wiązać z partiami lewicowymi i prawicowymi, rządzącymi i opozycyjnymi. W ten sposób o komisję trójstronną upomniała się polityka. Związek zawodowy powiązany z władzą mógł załatwić więcej, związek w danej konfiguracji stojący blisko opozycji – mniej. W rezultacie związek pokrzywdzony starał się utrudniać pracę komisji. Jednak już pod koniec lat 90. związki zaczęły ponosić koszty nadmiernego splecenia się z partiami politycznymi. Dla dumnej Solidarności było wielkim szokiem, gdy wylądowała w sondażach zaufania społecznego poniżej OPZZ, płacąc cenę za reformy rządu Jerzego Buzka. Z kolei w czasie rządów Leszka Millera OPZZ zorientowało się, że ich politycznym patronem jest partia, której zdecydowanie bliżej do biznesu niż do świata pracy.

Kolejną cezurą był rok 2007, czyli przejęcie władzy w Polsce przez Platformę Obywatelską. Po raz pierwszy w historii III RP karty w rządzie rozdawała bowiem siła polityczna, która nie miała drożnego kanału komunikacyjnego z żadną dużą i reprezentatywną centralą związkową. Więcej nawet. Ówczesna Platforma mówiła wręcz otwarcie, że czuje się raczej reprezentantką pracodawców (zwłaszcza prywatnych), a dla świata polskiej pracy zaczną się teraz lata chude. Pracodawcy o tym wiedzieli. Prof. Juliusz Gardawski (uczestnik obrad Komisji Trójstronnej) wspomina, że na jej forum przedstawiciele pracodawców nierzadko starali się edukować związkowców ekonomicznie, co budziło bardzo niechętne reakcje. Związkowcy sądzili, że komisja przestanie być dla nich miejscem negocjowania i wymiany poglądów z rządem, który wejdzie w sojusz z pracodawcami. Również pierwsze propozycje PO szły w kierunku dalszego uelastycznienia polskiego rynku pracy (tzw. plan Szejnfelda).

Pierwszą ważną próbą dla dialogu społecznego był jednak dopiero kryzys 2008 r. Ale nie tyle jego faktyczne uderzenie, ile strach, że ono wkrótce nastąpi. Już jesienią 2008 r. rząd Tuska zaczął się przygotowywać na scenariusz ostrej recesji. Pracodawcy i związkowcy też podzielali tę obawę. Od stycznia do marca 2009 r. wypracowano więc pakiet antykryzysowy, w którym obie strony w czymś ustępowały i coś zyskiwały. Związkowcy zgodzili się w nim na pewne ograniczenia praw pracowniczych i na rozpowszechnienie bardziej elastycznych form zatrudnienia, pracodawcy – na ograniczenie okresu elastycznego zatrudniania.

Kiedy jednak pakiet przekazano rządowi do realizacji, koniunktura zaczęła się poprawiać i stawało się jasne, że Polska nie wpada w głęboką recesję. Wkrótce potem Donald Tusk ogłosił, że Polska jest zieloną wyspą. Pracodawcy uznali więc, że w tej sytuacji nie mają powodu przyjmować żadnych ograniczeń. Rząd stanął po ich stronie i ustawa antykryzysowa weszła w życie w formie okrojonej, to znaczy takiej, w której uwzględniono tylko ustępstwa pracowników. To był pierwszy czytelny sygnał dla związków, że rząd się z nimi nie liczy.

Potem była kwestia płacy minimalnej i podwyższenia wieku emerytalnego. Schemat wyglądał podobnie. Rząd, motywowany sygnałami dawanymi przez rynki finansowe, szedł w kierunku rozwiązań neoliberalnych. Na dodatek premier Tusk nie miał najlepszej ręki do dialogu społecznego. Zazwyczaj godził się na jakieś rozwiązania lub podejmował się pewnych spraw, a potem nie dotrzymywał słowa. Na przykład powiedział, że rząd opracuje do określonego terminu plan dochodzenia do płacy minimalnej na poziomie 50% średniej krajowej. A potem się okazało, że takiego planu nikt w rządzie nie robi. Takich spraw było kilka i zapamiętano je jako dowód lekceważenia. Najbardziej jednak bolał sposób zrównania i przesunięcia wieku emerytalnego. Związki zdawały sobie sprawę z sytuacji demograficznej i same opracowały odpowiednie propozycje. Szczególnie istotne były plany OPZZ, podobne do tych, które obecnie obowiązują w Niemczech. Premier z pewnością o tych propozycjach wiedział lub powinien wiedzieć, tymczasem ogłosił wprowadzenie nowych regulacji w exposé, pomijając w ogóle debatę w komisji.

A może związki nie są takie złe?

I tak doszliśmy do czerwca 2013 r., gdy wszystkie związki wyszły z Komisji Trójstronnej, twierdząc, że ich postulaty są ignorowane. A skoro dialog nie istnieje, to one nie będą dłużej odgrywały roli listka figowego. Kroplą, która przelała czarę, było przyjęcie ustawy o elastycznym czasie pracy. Ustawa była bardzo długo negocjowana ze związkami, ale ostatecznie rząd zdecydował się na jej przeforsowanie bez ich akceptacji. Sama sprawa, moim zdaniem, nie była aż tak kluczowa. Trzeba ją rozumieć w kontekście tego, co się wydarzyło wcześniej. To był ze strony związków dramatyczny gest pokazujący: „Dosyć, nie chcemy być lekceważeni. Taka formuła dialogu nam nie odpowiada”.

Czy ten gest coś zmienił? Wielu obserwatorów uważa, że tak. Po raz pierwszy od początku III RP wszystkie największe centrale związkowe potrafiły pokazać solidarność świata pracy. Zastosowała się do tego nawet Solidarność, dotychczas stojąca raczej na stanowisku, że ich „obowiązkiem statutowym jest reprezentowanie naszych członków związku. Nie jesteśmy armią zbawienia” (to słowa, które usłyszałem kiedyś od ważnego współpracownika Piotra Dudy). Mniej więcej w tym samym czasie opinia publiczna zaczęła doceniać to, że zarówno Solidarność, jak i OPZZ zgodnie nagłaśniały temat „umów śmieciowych”, choć przecież akurat największe centrale najmocniejsze są wśród pracowników podlegających Kodeksowi pracy, a więc tam, gdzie umów cywilnoprawnych jest najmniej. Zresztą to związki w ogóle wymyśliły nazwę „śmieciówki”, którą pracodawcy początkowo próbowali kontestować.

Wielu wciąż oczywiście mierziły przywileje związkowe, np. ochrona zatrudnienia działaczy. No bo czemu oni mają, a ja nie? Jednocześnie media zaczęły jednak pisać o tym, że ta legendarna ochrona bardzo często bywa fikcją. Głośna stała się sprawa Justyny Chrapowicz, która próbowała założyć Solidarność w Lidlu. Po kilku miesiącach sabotowania jej działalności została zwolniona z pracy. Z kolei Paweł Bednarek dostał wypowiedzenie w dniu, gdy próbował poinformować pracodawcę o założeniu komórki związkowej w Leroy Merlin. Co i tak było niezłym wyczynem, bo związkowe spiskowanie kończyło się zazwyczaj na dużo wcześniejszym etapie. Wystarczało bowiem wezwanie potencjalnego „wichrzyciela” na dyrektorskie piętro i sugestia, że „istnienie związków zawodowych kłóci się z kulturą korporacyjną naszej firmy” (cytat autentyczny). Pojawił się również argument, że wiele związkowych patologii bierze się nie tyle z nadmiernej siły reprezentacji pracowniczej, ile z jej słabości, skutkującej np. kupowaniem działaczy związkowych przez pracodawcę, wedle zasady: „Ja ci tu dam pod stołem parę tysięcy, a ty siedź cicho”. Nowy wiatr powiał również od strony trzeciej władzy. W czerwcu 2015 r. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że zatrudnieni na umowach śmieciowych też mają prawo zrzeszać się w organizacjach związkowych, co pozwalało mieć nadzieję, że oto szeregi zorganizowanej reprezentacji pracowniczej zostaną zasilone przez pozbawiony tego prawa prekariat. Wielkie nadzieje wiązano również z powołaniem do życia (też w roku 2015) Rady Dialogu Społecznego (RDS), formalnego następcy Komisji Trójstronnej, która wyzionęła ducha dwa lata wcześniej.

Związki w Polsce Kaczyńskiego

I wtedy nadeszło podwójne zwycięstwo PiS, które kazało wiele z tych przewidywań zrewidować. Bo PiS zdecydowało się polskiego pracownika wzmocnić. Zrobiło to jednak w bardzo charakterystyczny dla siebie sposób.

Pod względem proceduralnym zmiana jest oczywiście znacząca. O ile przez cały okres trwania koalicji PO-PSL związkowcy żalili się, że rząd rzadko ich pyta o zdanie, o tyle od początku 2016 r. czują się wręcz przytłoczeni. Rząd wysyła bowiem do RDS wszystkie projekty legislacyjne i widać, że bardzo uważa, by nie zostać oskarżonym o ignorowanie dialogu społecznego.

Gorzej z pytaniem, czy potem bierze pod uwagę to, co na RDS usłyszy. Sprawa płacy minimalnej była tu bardzo znacząca. Najpierw związki i pracodawcy długo negocjowali i w końcu doszli do porozumienia. Po czym przyszedł rząd i… przelicytował nawet związki, podnosząc płacę minimalną do 2 tys. zł. Dał tym samym jasny sygnał, że to on będzie mecenasem świata pracy. Powiedział: „Nam to zawdzięczacie”. Jednocześnie mimo całej swojej propracowniczej retoryki PiS przez cały rok 2016 nie przygotowało ustawy, która by pozwalała zatrudnionym na umowach śmieciowych organizować się w ramach związku. A przecież Trybunał nakazał to zrobić jeszcze za rządów PO-PSL. To kolejny dowód, że PiS nie lubi się dzielić władzą w sprawach kluczowych. Podobną grę wobec partnerów społecznych prowadziło już w latach 2005-2007. Jarosław Kaczyński chciał wtedy doprowadzić do zawarcia „paktu” między Solidarnością a PiS z pominięciem innych partnerów. Na to nie zgodziły się jednak ówczesne władze związku. Nie chciały załamania dialogu.

Niestety, na stare tory wróciły również same związki, zwłaszcza Solidarność. Po wyborach 2015 r. NSZZ oraz sam jego przewodniczący Piotr Duda znów zaczęli używać brutalnej retoryki wyrażonej w haśle „Nie jesteśmy armią zbawienia, reprezentujemy tylko swoich członków”. Pojawiło się również pohukiwanie na tych wszystkich, którzy krytykują rząd Prawa i Sprawiedliwości na polach innych niż pracownicze, choćby w sporze o TK czy o obecność dziennikarzy w Sejmie. Coraz częściej też Solidarność nabiera wody w usta, gdy dochodzi do łamania praw pracowniczych, a nawet związkowych w instytucjach publicznych rządzonych przez politycznych nominatów PiS. W ten sposób Solidarność Dudy zaczęła trwonienie sporego kapitału zaufania, który udało się związkom wypracować w latach 2009-2015. Wśród szeregowych działaczy wywołuje to gniew i rozgoryczenie. „Was łatwiej spotkać ostatnio w kościele niż pod bramą zakładu”, słychać ze związkowych dołów. To przykre, ale prawdziwe.

Co dalej?

Dobra wiadomość jest taka, że zgodnie z obowiązującym w Polsce modelem mamy związkowy pluralizm (to w jakimś sensie pokłosie historycznej debaty Wałęsa-Miodowicz z roku 1988). Rozdrobnienie organizacji związkowych jest często podnoszone przez ich krytyków (po co tyle tych organizacji?!). Z drugiej strony taki model pozwala na pewien oddech. Kogo więc zniesmacza polityczne uwikłanie naszych największych central związkowych albo irytuje ich skostnienie, z radością przyjmie pewnie fakt, że na Solidarności i OPZZ nie kończy się polski krajobraz pracowniczy. Ciekawą ofertą może być dla niego na przykład Forum Związków Zawodowych, które zrzesza ok. 100 mniejszych organizacji z różnych zakładów (branża pielęgniarska, kolejnictwo czy energetyka).

Zawsze można szukać wsparcia np. w założonej w 2002 r. Inicjatywie Pracowniczej. IP wyrosła z poznańskiego środowiska anarchistycznego i od samego początku przedstawia się jako zaprzeczenie logiki działania związkowych gigantów. Forma ma być oddolna i apolityczna. „Wiele z naszych komisji zakładowych programowo nie korzysta z przywilejów związkowych. Nie chcemy od pracodawców etatów, telefonów, faksów. Bo one bywają potem powodem ubezwłasnowolnienia związków”, dowodzi Inicjatywa w swojej deklaracji ideowej. W przeszłości angażowała się w walkę o prawa pracownicze w takich firmach, jak Poczta Polska, Auchan, Zakłady Cegielskiego w Poznaniu czy Kaufland. Ale jej siłą jest również docieranie do miejsc i problemów, które pozostają zazwyczaj poza radarem większych związkowych graczy. IP protestowała przeciwko usuwaniu targowisk z centrów polskich miasteczek i lokowaniu tam nowoczesnych hipermarketów, bo pracujący na tych targowiskach sprzedawcy to grupa tradycyjnie nieposiadająca prawie żadnej reprezentacji związkowej. Były też akcje związkowe wśród pracowników sezonowych – kolejnej zapomnianej frakcji polskiego prekariatu.

Jest też choćby Związek Syndykalistów Polski. „Próbujemy stawiać opór tam, gdzie innych nie ma. To znaczy w stale rozrastającej się strefie pozakodeksowej”, tłumaczył mi kiedyś Xavier Woliński z ZSP. Jego organizacja jest obecna na wielu frontach: od tradycyjnych miejsc pracy fizycznej po pełen młodych ludzi trzeci sektor. Zasłynęła np. wygranym dzikim strajkiem sprzątaczek i kucharek zorganizowanym w szpitalu w Bełchatowie. Strajk był „dziki”, dlatego że kobiety formalnie nie są od pewnego czasu pracownicami szpitala, a ich usługi zostały przekazane firmie zewnętrznej mieszczącej się w Warszawie (to coraz częstsza praktyka w instytucjach publicznych zmuszonych do działania na warunkach rynkowych). Innym celem ZSP są agencje pracy tymczasowej zawiadujące dziś „rezerwową armią bezrobotnych”, a więc potencjalnie najbardziej bezbronną grupą polskich pracowników. Z powodu pozakodeksowej specyfiki ich działalności organizacje takie jak ZSP sięgają czasem po środki dość niecodzienne. W 2013 r. opublikowali np. w internecie listę „Złych pracodawców” (zgłoszenia przysyłali internauci). Znaleźli się na niej np. działająca w Wielkopolsce sieć marketów Dino (wyrzucanie z pracy związkowców), dyrektor ŻIH Paweł Śpiewak (nadużywanie umów czasowych) i firma ochroniarska Impuls (zalegała pracownikom z wypłatami). Takie sprawy rzadko skupiają na sobie uwagę opinii publicznej, która przyzwyczaiła się do mocno usadowionej w naszej historii – ale już anachronicznej – opowieści o konflikcie pracowniczym jako wielkim zwarciu gigantów.

Kolejnym pomysłem na wzmocnienie reprezentacji pracowniczej innej niż tradycyjne związki jest model rad. Na dobrą sprawę istnieje on już od dekady. W lipcu 2006 r. Sejm wprowadził do polskiego porządku prawnego dyrektywę Parlamentu Europejskiego o wzmacnianiu dialogu społecznego. Ustawa stworzyła możliwość powoływania tzw. rad pracowników. Teoretycznie powinny one stanowić pośrednie ogniwo dialogu pracownika z pracodawcą, być jakby stopą włożoną przez pracowników w lekko uchylone drzwi. Zwłaszcza tam, gdzie firmy nie chcą nawet słyszeć o powołaniu pełnoprawnej komórki związkowej.

Problem jednak w tym, że model „rad pracowników” wdrożono w Polsce byle jak i trochę na odczepne. Ot, żeby Europa nam nie mówiła, że my w Polsce sabotujemy unijne pomysły. Do ustawy wpisano więc na przykład wymóg, że pod wnioskiem o powołanie rady musi się podpisać minimum 10% załogi, przy czym nazwiska sygnatariuszy (inaczej niż w przypadku związku) nie są utajnione. Rafał Górski z łódzkiego Instytutu Spraw Obywatelskich wspomina, że słyszał już niejedną historię o tym, jak po zebraniu podpisów załogi menedżer brał tę listę i szedł do podpisanych tam pracowników. Po jakimś czasie wracał z kartką pełną powykreślanych autografów. I tyle z rady zostawało. Niestety, w ciągu dekady, która upłynęła od uchwalenia ustawy, żadna władza nie zrobiła nic, by uczynić z rad rzeczywiście użyteczne narzędzie wzmacniające pozycję polskiego pracownika. W efekcie z ok. 3,5 tys. rad, które istniały w roku 2010, zrobiło się ok. 500.

Podsumujmy więc, by się dobrze utrwaliło. To jasne, że zinstytucjonalizowani reprezentanci świata pracy (związki, rady) nie są bez wad. Bywają narwani, lubią się nad sobą użalać i nierzadko szwankuje u nich sfera wizerunkowa. A i racja nie za każdym razem leży po ich stronie. Ale nie bądźmy zbyt surowi. Za uszami ma przecież każda z istniejących w Polsce instytucji życia publicznego. Nie ma powodu, by akurat przedstawicieli świata pracowników traktować jako pariasa. Fakt, że przez pierwszych 25 lat polskiej wolności nie umieliśmy znaleźć dla nich rozsądnego miejsca w polskiej debacie publicznej i porządku instytucjonalnym, jest jedną z największych porażek III RP. Za ten stracony czas jako społeczeństwo już słono płacimy. Nie ma sensu, by rachunek dalej powiększać.

Fragmenty książki Rafała Wosia To nie jest kraj dla pracowników, W.A.B., Warszawa 2017

Wydanie: 39/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy