Humanista bez złudzeń

Humanista bez złudzeń

Stanisław Lem  1921-2006

Stanisław Lem nie żyje. Straciliśmy właśnie jednego z najwybitniejszych XX-wiecznych wizjonerów, który porwał tłumy, choć wizje, jakie przedstawiał w swojej prozie, esejach, felietonach i nielicznych wypowiedziach prasowych, były najczęściej gorzkie i dotyczyły nie tylko przyszłości. Ale były zarazem dogłębnie fascynujące, bezkompromisowe, ostre, zmuszające do myślenia. To niepowetowana strata. Nie tylko dla inteligencji. Żegnamy więc naszego Autora, który pisał regularnie w „Przeglądzie” od czterech lat, z głębokim smutkiem i poczuciem żalu, ale też z nadzieją, że to wszystko, co po sobie zostawił, nie zostanie zmarnotrawione. Choć następców – brak.
Wraz ze śmiercią Stanisława Lema odeszła na zawsze pewna epoka. A właściwie przepadła w otchłani współczesności, o której ten wielki myśliciel i pisarz miał w ostatnich latach jak najgorsze zdanie. Nie ulega wątpliwości, że Lem ukształtował sposób myślenia kilku generacji; że druga połowa XX w. należała do niego; że wreszcie jest on w gronie tych twórców i filozofów, którzy wycisnęli trwałe piętno na powojennej historii świata. Naprawdę trudno to przecenić. Zwłaszcza że rodzimy horyzont literacki nie pozostawia wątpliwości: Lema z zapartym tchem czytają kolejne pokolenia, jego „Bajki robotów” należą do kanonu lektur szkolnych, istniejąca od sześciu lat oficjalna strona internetowa (www.lem.pl) cieszy się niesłabnącą popularnością, podczas gdy współcześni pisarze science fiction, dalecy od filozoficznego geniuszu Lema, mogą liczyć co najwyżej na zainteresowanie elitarnej grupy wytrwałych fanów lub chwilowy komercyjny rozgłos, jaki zdobył choćby Andrzej Sapkowski.

Trudne pytania bez odpowiedzi
Ani literatura, nie tylko ta fantastycznonaukowa, ani pewien filozoficzny etos nie będą po Lemie już chyba nigdy tak przenikliwie ludzkie, a zarazem – w swej diagnozie – tak (nie)wiarygodnie pesymistyczne. I tak naprawdę dopiero teraz przyjdzie nam się zmierzyć z tym, co zostawił nam w spadku. Z jego wizją człowieka, świata, kosmosu i przyszłości; wizją, którą trzeba odczytywać jak uniwersalną metaforę, dobrą na każdy czas i na każdy świat. Racjonalistyczną. Krytyczną. Egzystencjalną. Ateistyczną. Jemu należał się Nobel. A nawet więcej – powszechna pieśń pochwalna.
Bo u Lema było przecież wszystko. Fizyka i biologia oglądane przez szkiełko przypadku, a często wypartej oczywistości. Rozum ludzki, jego ograniczenia, możliwości i szanse. Nowoczesne technologie, szaleństwo z nimi związane oraz człowiek, wrzucony w niejasną przyszłość, walący głową w mur teraźniejszości, przytłoczony głazem historii. Nieistniejący Bóg, prawdopodobni kosmici, żałosne systemy polityczno-społeczne. Granice. Ostateczność. Trudne pytania bez odpowiedzi albo trudne odpowiedzi na trywialne pytania. Roboty. Uczucia. Umysły. Bezduszność. Kultura. Kosmos: wewnętrzny i widzialny. Ateizm i jego uzasadnienie. Nauka. Słowem – cały wszechświat odmalowany zamaszyście jednym sprawnym gestem humanisty bez (mistycznych i religijnych) złudzeń. Dodatkowo z poczuciem absurdu, ironią, zjadliwą satyrą, humorem, ale też z tragicznością, powagą, zagadkowością i szczerością. Ze wszystkim, co ludzkie, właśnie.
Lem dawał w swej twórczości nadzieje i przestrogi. Widział człowieka idącego na podbój kosmosu, rzucającego się w bezmiar odkryć technologicznych, ograniczonego jednak swoją naturą i możliwościami poznawczymi. Jednocześnie obnażał zagrożenia, jakie niesie rozwój cywilizacji, wobec którego klasyczne wartości humanistyczne są nazbyt kruche i skończone. Tak jak samotna ludzkość, rozpaczliwie budująca swój duchowy kosmos, tę maleńką, ograniczoną kropelkę w bezbrzeżnym wszechświecie. Trudno obronić tezę, że była to wyłącznie powieściowa esencja fantastycznonaukowych wynurzeń, gdyż ten gatunek był dla Lema wyłącznie pretekstem do rozważań fundamentalnych. Najbliższych współczesnemu człowiekowi.
Wiedzą o tym ci, którzy znają „Eden”, „Powrót z gwiazd”, „Solaris”, „Głos Pana” „Opowieści o pilocie Pirxie” – jedne z najbardziej pamiętnych „poważnych” dzieł pisarza, w których do perfekcji doprowadził on klasyczny styl science fiction. Ale także w tych „lżejszych” książkach, takich jak „Dzienniki gwiazdowe”, „Pamiętnik znaleziony w wannie”, „Bajki Robotów”, „Cyberiada” czy „Wizja lokalna”, stylizowanych na rozmaite formy literackie, takie jak bajka, epos rycerski, pamiętnik czy powiastka filozoficzna, znajdujemy to wszystko, co dla myśli Lema charakterystyczne. Nie inaczej jest w jego prozie dyskursywnej: „Dialogach”, „Filozofii przypadku”, „Fantastyce i futurologii”, a przede wszystkim w sławnym dziele „Summa Technologiae”, gdzie kierunek i cel ludzkiej wynalazczości, a co za tym idzie kultury, został przez pisarza wytyczony w sposób najbardziej chyba sugestywny i przekonujący.

Przestrogi dla Polski
Kiedy w grudniu 2005 r. jako emisariusz „Przeglądu”, którego Stanisław Lem był stałym felietonistą i zarazem przyjaznym czytelnikiem, a także laureatem Busoli – nagrody przyznawanej przez nasz tygodnik osobowościom, które powinny być wzorem do naśladowania – odwiedziłem go w jego krakowskim domu, wiedziałem, że stoję oko w oko z legendą. Mimo wieku – miał wówczas 84 lata – tryskał intelektualną energią, ironizował, opowiadał o swoich emocjach politycznych, rzucał gromy na nasz świat i nie miał złudzeń: to wszystko musi się skończyć źle.
Do końca zachował pogodę ducha, pasję poznawczą, ale jednocześnie czuć było wyraźnie, że żegna się ze swoim życiem i ze światem, jaki znał. To nie było zgorzknienie zrezygnowanego staruszka, to był rodzaj analitycznej interpretacji osobistych doświadczeń kogoś, kto świadomie i mądrze przeżył niełatwe życie. Kogoś, kto wierzył w rozum, a mimo to oglądał człowieka i istnienie w zwierciadle symbolicznego znaku zapytania.
– Ja przeszedłem przez tyle ustrojów politycznych, że mogę sobie narzekać do woli, zwłaszcza że nie uważam, by to, co przeżyłem, było szczególnie zachęcające – Sowieci, okupacja niemiecka, potem znów Sowieci, jeszcze potem PRL, a teraz nie wiadomo co. Pan chciał mnie na początku tej rozmowy zapytać o sens życia, ale uciekł od tego pytania. Ale ja chętnie odpowiem: wszystko zależy od tego, gdzie i kiedy się żyje. My się często dziwimy z żoną, że przeżyliśmy to wszystko i jakoś się udało. Ale udało się – mówił wówczas.
Swoimi nastrojami dzielił się zresztą regularnie od 2002 r. z czytelnikami „Przeglądu”. Także tu był przekonującym wizjonerem naszej polskiej mikro- i światowej makroskali. Na bieżąco komentował wydarzenia polityczne, interesowało go współczesne tu i teraz, a jego diagnozy – najczęściej – były krytyczne, by nie powiedzieć pesymistyczne. Wieszczył, że nadchodzące czasy nie będą spokojne. Martwił się przede wszystkim pogarszającymi się stosunkami amerykańsko-rosyjskimi, podkreślając, że administracja Busha, którego notabene nie wahał się nazwać wprost głupkiem, ma wrogie nastawienie wobec Iranu, Korei Północnej i Białorusi, bliskiego sojusznika Rosji. „Należy się liczyć ze wzmożonym antagonizmem”, pisał przed rokiem, nie kryjąc obawy, że takie rosnące napięcie może w przyszłości stać się zarzewiem konfliktu nuklearnego; był pewien, że świat, wcześniej lub później, będzie musiał się zmierzyć z takim dramatem. Był gorącym orędownikiem zjednoczonej Unii Europejskiej.
Nie mniej ostro widział sprawy polskie, które świat, jak słusznie twierdził, ma w nosie. Nie miał złudzeń. „Tendencja prawicowych marginesów do powrotu na scenę polityczną nieprzypadkowo nasiliła się, kiedy zarówno autorytet polityczny Giedroycia, jak i Miłosza złożyliśmy do grobu”, pisał w marcu ub.r. I ostrzegał, że „przyszłość Polski jest bodajże bardziej zamglona, aniżeli była kiedykolwiek”. W jednym z ostatnich tekstów opublikowanych w „Przeglądzie” pisał: „Rada polityczna, której warto by udzielić panom Kaczyńskim, sprowadza się w gruncie rzeczy do wyjaśnienia, że wszystko to, co im przychodzi do głowy, nie powinno być realizowane, natomiast mnóstwo leżących odłogiem, nienaruszonych projektów, właśnie pilnego pochylenia nad nimi się domaga”. Obecna polityczna rzeczywistość Polski dopisuje do tych słów ponurą puentę – obawy Lema sprawdzają się co do joty.

Niedoszły lekarz
Urodził się 12 września 1921 r. we Lwowie. Poszedł, nie do końca po swojej myśli, w ślady ojca, lekarza laryngologa – po zajęciu Lwowa przez wojska radzieckie rozpoczął studia w tamtejszym Instytucie Medycznym; nie dostał się na politechnikę, dokąd ciągnęły go zainteresowania. Naukę przerwał pod okupacją niemiecką, pracował jako pomocnik mechanika i spawacz w garażach niemieckiej firmy odzyskującej surowce. W 1944 r. wrócił do instytutu, a dwa lata później wyjechał do Krakowa, gdzie, wciąż pod wpływem ojca, rozpoczął studia na Wydziale Medycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego. W tym samym roku zadebiutował nowelą „Człowiek z Marsa”, której odcinki drukowano w „Nowym Świecie Przygód”. Pisał wiersze i opowiadania, które publikował miedzy innymi w „Tygodniku Powszechnym” i „Kuźnicy”.
Ostatecznie porzucił medycynę. Po uzyskaniu absolutorium nie przystąpił do ostatnich egzaminów, bo nie chciał pracować jako lekarz wojskowy, co mu wówczas groziło. Od 1948 r. przez dwa następne lata pracował jako asystent w Konserwatorium Naukoznawczym, w tym samym czasie pisał już swoją pierwszą książę „Szpital przemienienia”, która ze względów cenzuralnych ukazała się osiem lat później. Debiutem książkowym Lema była wydana w 1951 r. powieść fantastycznonaukowa „Astronauci”. Tak rozpoczęła się jego przygoda z literaturą, która przyniosła mu międzynarodową sławę, przekłady na niemal wszystkie języki świata, łączny nakład książek sięgający 27 mln egzemplarzy, niezliczone nagrody i honory, a także filmowe ekranizacje jego prozy. A było tego niemało. Oprócz dwukrotnej ekranizacji „Solaris” (zrealizowanej w 1972 r. przez Andrieja Tarkowskiego i równo 30 lat później przez Stevena Soderbergha) wymienić trzeba polsko-enerdowską „Milczącą gwiazdę” Kurta Maetziga (1960), czechosłowacką „Ikarię XB 1” Jindricha Polaka (1963), a także rodzime produkcje: „Profesora Zazula” oraz „Przyjaciela” Marka Nowickiego i Jerzego Stawickiego (1965), „Przekładańca” Andrzeja Wajdy (1968), „Test pilota Pirxa” Marka Piestraka (1979) oraz o rok wcześniejszy „Szpital przemienienia” Edwarda Żebrowskiego.

Gdy życie się kończy…
Stanisław Lem niemal całe swoje twórcze życie spędził w Polsce, choć doskwierała mu śmieszno-straszna rzeczywistość PRL. Bronił się przed nią na przykład kpiną. „Nie pozostaje mi nic innego – pisał w 1965 r. do dyrektora Motozbytu, która to instytucja wykazywała się wyjątkową opieszałością w sprawie naprawienia samochodu Lema – jak tylko wyrazić przekonanie, że stać na czele takiej instytucji może być czymś godnym małego, bawiącego się dziecka, lecz dla człowieka dorosłego, który wszak zajmuje się tylko imitowaniem pracy, sytuacja taka jest doprawdy głęboko żenująca. Zaczem pozwalam sobie przesłać Panu wyrazy szczerego i głębokiego współczucia”.
Nie zawsze jednak było do śmiechu. Autor „Fiaska”, napisanego zresztą na emigracji, wyjechał z Polski pół roku po wybuchu stanu wojennego. W Berlinie studiował jako stypendysta Wissenschaftskolleg, potem przeniósł się do Wiednia. Wrócił pod koniec 1988 r. Współpracował z „Tygodnikiem Powszechnym”, gdzie regularnie pisywał felietony, „Odrą”, która publikowała jego „Rozważania sylwiczne”, „PC Magazine” oraz „Przeglądem”. Ostatnią jego książką jest wydane w 2000 r. „Okamgnienie”, o którym tak opowiadał Jackowi Żakowskiemu jeszcze w „Gazecie Wyborczej”: „Konfrontacja moich idealistycznych futurologicznych wyobrażeń z rzeczywistością trochę przypomina kraksę. Nie to powstało, co było moim marzeniem, ale to, co przewidywałem jako możliwe i co okazało się dochodowe, co można dobrze sprzedać. Nie to wzięliśmy z przyszłości, co było piękniejsze, sensowniejsze, bardziej ekscytujące, co mogło uczynić każdego z nas lepszym, ale to, co ludziom dysponującym pieniędzmi wydało się bardziej komercyjne, na co młodzież z wielkich agencji reklamowych miała lepsze marketingowe pomysły”.
Czy to nie prawdziwa, a zarazem smutna diagnoza? Lem, wypowiadając swoje sądy o świecie, budził skrajne reakcje, od zachwytu po nienawiść. Nic dziwnego. Mówił prawdę w oczy, wykładał kawę na ławę, należał do tych intelektualistów, których stać było na odwagę – w tym sensie również nie widać następców, którzy umieliby widzieć ostro i nie przebierać w słowach. W ostatnim wywiadzie dla „Przeglądu” powtórzył swoją wstrząsającą diagnozę, że świat nieuchronnie zmierza w kierunku konfliktu nuklearnego, o Polsce zaś mówił, że jest „cywilizacyjnym zadupiem”; kilka lat wcześniej sugerował, że nadchodzi era, kiedy lęk i znużenie będą coraz częściej i coraz silniej wpisane w ludzkie doświadczenie. Te słowa bolą. Ale i uczą. Będzie nam takich otrzeźwień brakowało.
Na koniec naszej grudniowej rozmowy Stanisław Lem, przy całym swym pesymizmie, powiedział mi: „(…) w niezmiernej gwiazdowej pustce nagle zjawia się maleńki, wręcz mikroskopijny przebłysk świadomości – mojej albo pańskiej, albo mrówki czy jakiegoś ptaszka – a potem, gdy kończy się życie, on gaśnie i dalej trwa ta niezmierzona nicość. Wydaje mi się, że warto, aby ta świadomość zabłysła”. Nigdy tych słów nie zapomnę.


Stanisław Lem na łamach „Przeglądu”

Pod prasą
(…) Tendencja prawicowych marginesów do powrotu na scenę polityczną nieprzypadkowo nasiliła się, kiedy zarówno autorytet polityczny Giedroycia, jak i Miłosza złożyliśmy do grobu. Uważam, że ewentualny przyrost zwolenników neoendecji może wprawdzie doprowadzić do wielkich zmian na scenie politycznej Trzeciej Rzeczypospolitej, ale nie przyniesie nam na pewno niczego dobrego ani wartościowego. W kilku listach powtarzał Miłosz, że jeśli zebrać wszystkie ideowe koncepcje prawicy z lat 1918-1939, okaże się, że prócz nacjonalizmu i antysemityzmu nic więcej tam nie było. Powiedziałbym, że nawet w pismach młodzieży literackiej (np. „Lampie”) można w pośredni sposób zorientować się w wyraźnym osłabieniu pomiłoszowej recepcji. Po prostu jest tak, jak gdyby nawet ci, którzy świadczą pamięci Miłosza honory, odczuwali ulgę, ponieważ śmierć zamknęła mu usta.
(…) Uważam, że niezmiernie daleko posunięta marginalizacja „Zeszytów Historycznych” stanowi dużą szkodę wyrządzoną naszej historii, zwłaszcza że miejsce pełnych znaczenia i wyrazu spraw politycznych zajmują dzisiaj niemądre wybryki, w rodzaju tzw. listy Wildsteina. Warto ostrzec przed wielkim naruszaniem proporcji, które nasza polityczna dziennikarka uprawia. Przyszłe losy naszego kraju, zwłaszcza przed wyborami, mają dla niej podobną ważkość, co katar Małysza.
9 lutego 2005 r.

Polska i Ukraina
(…) Nasz udział w konflikcie rosyjsko-ukraińskim, który ściągnął na nas srogi gniew Moskwy, zmienił geopolityczną równowagę wschodniej Europy. Jest to zdecydowanie korzystne, zwłaszcza kiedy potencjały wewnętrznej wrogości politycznej rozhuśtały się w Polsce tak mocno, że z niepokojem śledzę drogę, jaką nasz kraj przejdzie w okresie zbliżających się wyborów. Nagłym wezbraniem uczuć i sympatii dla tendencji demokratycznych na Ukrainie zrobiliśmy krok naprzód, lecz nie wiadomo, czy w zmiennym i nietrwałym świecie polityki wewnętrznej zdołamy ów kierunek postępu ocalić. Należy sobie życzyć, żeby tak właśnie się stało, ale prawdziwie bez przesady można powiedzieć, że znajdujemy się tutaj na niebezpiecznie ruchomych piaskach, ponieważ wzrost zainteresowań sprawami zagranicznymi nie równa się niestety wzrostowi rozsądku naszych krajowych elit politycznych. Można by to ująć lapidarnie w następujące orzeczenie: podczas kiedy Ukrainę, naród pięćdziesięciomilionowy, wsparliśmy w ruchu ku demokracji i wolności od imperialnego nacisku Rosjan, sami znajdujemy się w stagnacji, spowodowanej wewnętrznymi działaniami naszej prawicy, ciągnącej kraj w stronę endeckiej przeszłości. (…) Wypada przyznać, że przyszłość Polski jest bodajże bardziej zamglona, aniżeli była kiedykolwiek.
16 marca 2005 r.

Przebudzony niedźwiedź
(…) Dbałość Kremla o nastroje społeczne jest tak wielka, że „Izwiestia” w jednym z numerów zawiadamiają na pierwszej stronie, o ile ton złota powiększy się jego wydobycie w kraju. Jednakowoż manipulacje propagandowe mają dość krótkie nogi. Największym prawdziwym zmartwieniem ekipy kremlowskiej powinno być – trwające od upadku Sowietów – ciągłe topnienie zasobów ludzkich w tym kraju. Prasa nasza donosi o rosnącym, wzmożonym eksporcie polskich towarów do Rosji. Świadczy to rzeczywiście o tym, że metody totalizmu, wypraktykowane za Stalina, uległy nadgryzieniu, ponieważ powstała już w Rosji względna niezawisłość konsumpcji od rządowego dyktatu. Musimy z wielką uwagą obserwować wszystko, co się dzieje na tym olbrzymim obszarze, ponieważ jakkolwiek byśmy tego nie chcieli, nasze losy są uzależnione od dobrosąsiedzkich stosunków z Rosją. Ani tego, ani też niemieckiego sąsiada pozbyć się nie możemy. Ze względu na to koncepcje, jakim hołduje LPR pod wodzą Romana Giertycha, muszą budzić zastrzeżenie i zdziwienie każdego trzeźwego obserwatora.
18 maja 2005 r.

Dokąd idziemy?
Obecnie życie polityczne w Polsce jest właściwie zbiorem najdziwniejszych pomówień, insynuacji, a nawet zwyczajnych łgarstw, którymi tak zwani politycy się obrzucają, zaś modnym sposobem zwiększania popularności jest kierowanie na wokandę najbardziej szalonych oskarżeń, jakie można sobie wyobrazić. (…)
Panujący teraz, nie tylko w naszym kraju, chaos nie sprzyja stawianiu politycznych horoskopów. Odnoszę wrażenie, że ziścić się może każdy, choćby najmniej prawdopodobny scenariusz wydarzeń. Chwilami wydaje mi się szczególnie trafna heretycka myśl, że dysponujemy społecznie zbyt wielką, bo prawie niczym nieotamowaną swobodą, co prowadzi do najdziwniejszych zachowań, tylko z pozoru sensownych z punktu widzenia demokracji. W krajach, gdzie ustrój polityczny stopniowo ewoluował w kierunku ludowładztwa, społeczeństwa zdołały do niego dojrzeć. (…)
Groźniejsza od konserwatyzmu wydaje mi się jednak sytuacja, w której – z braku politycznej ogłady – każde, nawet najbardziej niepoważne głupstwo staje się dopuszczalne pod pretekstem swobód demokratycznych. Być może rzeczy pójdą lepszym i równiejszym biegiem za lat kilkadziesiąt. Na razie jesteśmy skazani na taką elitę polityczną, która wywołuje u przyzwoitego człowieka rumieniec wstydu.
14 czerwca 2005 r.

Polityczna proza i poezja
(…) Magazyn „Cicero” zamieszcza ulubione wiersze czołowych polityków Niemiec: zarówno obecnego, jak i byłego kanclerza. Pani Merkel zadeklamowała Hessego, a Schröder popisał się utworem Rilkego o jesieni. Warto byłoby, jak sądzę, zaproponować naszym głównym postaciom ze sceny politycznej, czyli Kaczyńskim, Lepperowi oraz Giertychowi, aby i oni wyrecytowali jakieś wiersze, które znają na pamięć. Od czasu wszakże, kiedy Józef Piłsudski wygłosił fragment słynnego wiersza Słowackiego, obyczaj ów zmarł bezpotomnie w naszej klasie politycznej i należy się obawiać, że takie żądanie, uznane za warunek politycznej kariery, okazałoby się barierą nie do przeskoczenia zarówno dla wspomnianych, jak i większości przedstawicieli naszej klasy politycznej. Na tym lepiej już moją ponurą refleksję zamknąć.
17 listopada 2005 r.

Kapuściane głowy
Jakkolwiek nie czytam wszystkich wychodzących w Polsce gazet i tabloidów, odnoszę przecież wrażenie, że zarówno wyniki wyborów prezydenckich, jak i powstanie nowego rządu, a już szczególnie rola szarej eminencji, jaka przypadła w Rzeczypospolitej Kaczyńskich ojcu Rydzykowi, powszechnie komentowane są uszczypliwie, a nawet złośliwie. Zaczynając od drwin, przytaczanych za internetem, których ofiarą jest głównie prezydent elekt, można także niemało złego wyczytać o takich postaciach jak na przykład Jacek Kurski, który pogrążył Donalda Tuska, werbując jego dziadka do Wehrmachtu. (…)
Ogólnie biorąc, w naszej rzeczywistości nie ma właściwie, ani w kraju, ani na świecie, polityków tej miary, co Adenauer albo Roosevelt. Próby przystawienia Lecha Kaczyńskiego do Józefa Piłsudskiego budzą raczej uśmiech politowania bądź sarkastyczne współczucie. Trudno powiedzieć, czy takie niże, dotykające rządzących, są skutkiem wzmożonych napięć i trudności, jakie piętrzą się na arenie światowej. Bodajże jedyną pozytywną jaskółką są wcale kategoryczne orzeczenia Niemiec, piętnujące Łukaszenkę, jako ostatniego dyktatora w Europie, a jednocześnie dające w niezbyt zawoalowany sposób do zrozumienia, że nie należy się lękać urażenia przewrażliwionej dumy prezydenta Putina. (…)
30 listopada 2005 r.

Wieloryb w Londynie
Kaczkonosy wieloryb (…) wpłynął do ujścia Tamizy i wydostał się na powierzchnię sześćdziesiąt kilometrów dalej, pośrodku Londynu. (…) Widowisko to przyciągnęło na wybrzeża i mosty rzeki nieprzebrane tłumy londyńczyków, mnie zaś, jakkolwiek zaabsorbowanego tą walką o ocalenie wieloryba, wielce pomogło: chociaż na chwilę całkowicie zapomniałem o istnieniu braci Kaczyńskich, o panach Dornie, Lepperze przebywającym w Chinach, Giertychu i wszystkich innych politykach, którym przyszło obecnie zasiadać w polskich rządach. Aczkolwiek zatem źle zakończyła się epopeja kaczkonosego wieloryba, (…) niemniej jednak przyniosła mi znaczną ulgę, a nawet ukojenie, wywołane usunięciem z pamięci, kto i w jakim trybie zajmuje się sterowaniem naszym krajem, który również wydaje się dryfować w samobójczej misji w zupełnie niewłaściwym kierunku. (…)
Dowiedziałem się potem z komentarzy, że wieloryb w Tamizie jest zjawiskiem niezwykle rzadkim i ostatni raz pojawił się prawie sto lat temu, w roku 1913. Stworzenie było bardzo duże i podobno wielce sympatyczne. Przymiotów tego rodzaju doszukać się u polskiej klasy politycznej niestety nie mogę.
25 stycznia 2006 r.

Doktryna i polityka
Rada polityczna, której warto by udzielić panom Kaczyńskim, sprowadza się w gruncie rzeczy do wyjaśnienia, że wszystko to, co im przychodzi do głowy, nie powinno być realizowane, natomiast mnóstwo leżących odłogiem, nienaruszonych projektów, właśnie pilnego pochylenia nad nimi się domaga. Działalność tej dwójki, co ukradła księżyc, sprowadza się do amatorszczyzny, która cierpi z dwóch istotnych powodów. Po pierwsze, nie dysponują oni szerokim zespołem kompetentnych fachowców, zdolnych uruchomić trudne prace, jakie przed Polską stoją. Sztukowanie mniejszościowego rządu ludźmi Leppera i Giertycha jest w znacznym stopniu oddawaniem wodzy zarządzania Polską byle komu. To się zemści w ciągu bieżącego roku. (…)
Drugim, może i najfatalniejszym mankamentem polityki uprawianej przez bliźniaków jest ich betonowe przekonanie o swojej nieomylności, dzięki czemu nie widać w ich politycznych decyzjach ani odrobiny autorefleksji. (…) Ich otoczenie robotę polityczną zaczęło od oplątywania osób cieszących się zasadnie dużym autorytetem społecznym, siecią pomówień i inwektyw. Tak nieskazitelni ludzie jak profesor Zoll i profesor Łętowska zostali absurdalnie oskarżeni o działalność szkodliwą dla państwa. (…) Można by sądzić, że torpedowanie autorytetów jest ostatnią rzeczą, jakiej powinni się chwytać panowie bracia. Mniej więcej do końca bieżącego roku pokażą się zgubne rykoszety takiego postępowania.
W wypowiedzi, czy to naszego nowego prezydenta, czy też jego akolitów, wsłuchiwać się po prostu nie warto. Osobom tym wciąż się wydaje, że społeczeństwo składa się z samych idiotów i będzie gorliwie łykało każdą blagę i każdy wykręt. Nasz kraj stoi przed morzem poważnych i trudnych dylematów, obejmujących stan infrastruktury, zależność gospodarczą od Rosji i całe mnóstwo innych pilnych spraw, tymczasem pierwszą rzeczą, na jaką się zdecydowała kaczyńska władza, jest budowanie nowych więzień i obniżenie wieku karalności. Są to zresztą czysto wewnętrzne nasze sprawy, których świat nawet nie dostrzega. (…) Najkrócej ująć da się obecną politykę w dwóch słowach: robią wszystko, czego robić nie trzeba, natomiast zadania palące pozostawiają nietknięte.
9 lutego 2006 r.

Wydanie: 14/2006

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy