Idol z dredami

Idol z dredami

Bob Marley miałby dziś 60 lat. Cały świat świętuje urodziny króla reggae

Melanż kurzu, marihuanowego dymu oraz ducha Boba Marleya unosił się 6 lutego nad placem Meskel w Addis Abebie. W koncercie „Africa Unite”, upamiętniającym 60. urodziny jamajskiego idola, uczestniczyła cała plejada gwiazd muzyki reggae i ponad 250 tys. rastafarian przybyłych do etiopskiej stolicy z najdalszych zakątków świata. Po raz pierwszy w historii główną imprezę ku czci kultowego rastamana zorganizowano poza Jamajką. Choć na karaibskiej wyspie dzień jego urodzin zyskał już rangę święta państwowego, tym razem za centrum obchodów obrano zapomnianą przez świat Etiopię. Wybór nie był przypadkowy. Dla braci rasta to swoista ziemia obiecana.
Urodzinowy koncert był znakomity. Rozentuzjazmowany tłum przez wiele godzin wymachiwał dredami, zielono-żółto-czerwonymi flagami oraz kołysał się w rytm pulsujących gitar, których dźwięki splatały się w największe przeboje Boba Marleya. Szlagiery „No Woman, No Cry”, „Buffalo Soldier” czy też „I Shot the Sheriff” przeplatały się z wystąpieniami żony, synów i bliskich obecnego duchem jubilata. – Fajnie jest być w domu. Etiopczycy to wspaniali ludzie! – krzyczał do zebranych Ziggy, jeden z synów legendarnego muzyka. Na scenie pojawiła się też matka Boba, Cedilla Booker.
Świętowanie urodzin króla reggae potrwa do końca lutego. W tym czasie przewidziane są liczne wystawy, seminaria, a także kwesty na rzecz ofiar tsunami, biednych w Etiopii oraz chorych na AIDS. Zwieńczeniem obchodów miało być przeniesienie szczątków Marleya z Jamajki do Etiopii. Na pomysł ponownego pochówku w oddalonej o 250 km od Addis Abeby rastafariańskiej enklawie Shashmene wpadła Rita, wdowa po Marleyu. Na Jamajce, gdzie muzyka Boba traktowana jest jak relikwie, a jego twarz spogląda z tysięcy pamiątek, plakatów i graffiti, informacja o ekshumacji wywołała wielkie poruszenie. Nic dziwnego, chodzi przecież o najsłynniejszego obywatela Jamajki, który przyciąga turystów bardziej niż rajskie plaże i wieczne słońce. Wyspa na wskroś przesiąknięta Bobem nie pozwoliła jednak odebrać sobie legendy. Rita – choć wspierana przez władze Etiopii – musiała ostatecznie wycofać się ze swoich zamiarów. Na otarcie łez Etiopczykom pozostanie pomnik Boba Marleya postawiony na jednej z głównych ulic stolicy.

Spawacz ze slamsów

Bob Marley urodził się 6 lutego 1945 r. w jamajskiej wiosce Ninie Maile. Był owocem romansu białego oficera brytyjskiej armii i czarnej jamajskiej nastolatki. Nie miał łatwego dzieciństwa. Jako mulatowi w murzyńskim getcie, trudno mu było znaleźć akceptację wśród rówieśników. Był zbyt biały dla czarnych i zbyt czarny dla białych. Dorastał na ulicach Trenchtown, najbiedniejszej dzielnicy Kingston, gdzie życiowe drogi młodych wytyczały paragrafy lub ścieżki usypane z twardych narkotyków. Każdego dnia Marley ocierał się o mroczny świat gangsterów, ale nigdy nie zszedł na złą drogę. Ojca w zasadzie nie znał. Wychowywała go matka, która chciała, aby syn zdobył wykształcenie. – Na szczęście miałem w sobie dość natchnienia, bo gdybym skończył te wszystkie szkoły, pewnie byłbym idiotą – mawiał Marley. Dlatego zamiast nauką, zajął się graniem reggae. Nie mógł jednak się utrzymać z muzyki, dorabiał więc jako spawacz.
W 1962 r. artysta nagrał swój pierwszy singiel „Judge Not”, opowiadający o życiu ulicznika z Trenchtown. Wkrótce potem zaczął kompletować własny zespół, który stał się fundamentem późniejszego The Wailers. Zainteresował się też rastafarianizmem. Kiedy Jamajkę odwiedził cesarz Etiopii, Hajle Sellasje, Marley na dobre wszedł w ruch rasta. W 1966 r. ożenił się z Ritą Andersen, a dwa lata później został ojcem. Wtedy też wziął definitywny rozbrat z fryzjerem. Zaczął nosić długie, mocno sfilcowane dredy – fryzurę typową dla rastafarian i na długie lata znak rozpoznawczy króla reggae.
Później Marley próbował swoich sił w USA, gdzie skończył jako monter w fabryce oraz operator wózka widłowego. Zagrożony wcieleniem do armii i wysłaniem na wojnę w Wietnamie wrócił na Jamajkę, gdzie jego utwory zaczynały już robić furorę. Talent i żelazna konsekwencja w dążeniu do celu sprawiły, że muzyk szybko wyszedł ze slamsów i zamieszkał wraz z rodziną i przyjaciółmi w dużym domu przy Hope Road w Kingston. Posiadłość formalnie należała do jego wydawcy, Chrisa Blackwella, ale to Marley był tam prawdziwym panem domu. Pokoje kazał pomalować na wzór etiopskiej flagi – na zielono-żółto-czerwono. Urządził studio nagrań oraz salę prób. W ogrodzie wydzielił miejsce do gry w piłkę nożną, którą kochał nie mniej niż muzykę i marihuanę. Dom Marleya stał się komuną i azylem dla okolicznych dredmanów. Przystań zwana Island House otwarta była dla wszystkich, nawet tych na bakier z prawem. Ludzie przychodzili do niego zapalić skręta, posłuchać muzyki lub zagrać w piłkę bądź ping-ponga, którego odgłosy zawsze kojarzyły się Marleyowi z reggae.

Polityczny rozjemca

W drugiej połowie lat 70. Bob Marley stał się na Jamajce człowiekiem instytucją. Żywą legendą, dla niektórych wręcz bohaterem narodowym. Liczyły się z nim nawet najwyższe władze państwowe. Potrafił wpływać na polityków i łagodzić ich spory. Był jamajskim wentylem bezpieczeństwa. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem politycznym z jego udziałem stał się słynny koncert „One Love” z 1978 r., na którym doszło do pojednania dwóch zwaśnionych polityków, Michaela Manleya i Edwarda Seagi. Marley, aranżując symboliczny uścisk dłoni obu panów, najprawdopodobniej powstrzymał rozlew krwi i wybuch stanu wojennego. Dzięki niemu i muzyce reggae na wyspie został zachowany pokój. Tak silna pozycja muzyka nie wszystkim jednak się podobała. Znaleźli się tacy, którzy za jego społeczno-polityczne zaangażowanie chcieli go zabić. Zamach na jego życie na szczęście się nie powiódł, choć Bob, jego żona i menedżer zostali ranni.
Momentem przełomowym jego kariery było wydanie w 1977 r. płyty „Exodus”, którą magazyn „Time” po latach uznał za najważniejszy album XX w. Nagrania z tego krążka odniosły spektakularny sukces, także komercyjny. Tytułowy utwór „Exodus” czy „One Love” długo święciły triumfy na światowych listach przebojów. Kolejne płyty: „Kaya”, „Survival” czy „Uprising” rozsławiały Marleya, reggae oraz rastafarianizm na wszystkich kontynentach. Melodyjne kompozycje, bazujące na jamajskich rytmach reggae i ska, stały się nośnikiem wolnej myśli i bezkompromisowych tekstów, wzywających do zjednoczenia Afryki, zaprzestania wojen i konfliktów oraz poszanowania praw człowieka. Przejmująca mieszanka wibrujących gitar, rytmicznego basu i filozofii rasta podbiła serca krytyków i milionów słuchaczy. Reggae zapewniło Marleyowi nieśmiertelność, choć on sam odszedł bardzo szybko. Śmierć dopadła go w szczytowym momencie kariery.

Zioło nie uleczyło

Początek długiej i ciężkiej choroby króla reggae rozpoczął się od pozornie niegroźnej kontuzji, której Marley nabawił się w lutym 1977 r., podczas gry w piłkę na podwórku swego trójkolorowego domu. Zaniedbana rana stopy dała początek poważnej infekcji, która ostatecznie okazała się czerniakiem. Lekarze sugerowali amputację i intensywne leczenie. Jednak Marley nie chciał o tym słyszeć. Uważał, że rastafarianizm zabrania tak głębokiej ingerencji człowieka w ciało stworzone przez Boga. Odrzucał też leki. W jego opinii, można je było zastąpić ziołami, zwłaszcza marihuaną, której przypisywał cudotwórcze działanie. Mimo choroby nie oszczędzał się. Grał koncerty, komponował i namiętnie palił zioło, wierząc, że go uzdrowi. Latem 1980 r. nowotwór ostro zaatakował. Marley zasłabł podczas joggingu w Nowym Jorku. Ostatni koncert zagrał 23 września 1980 r. w Pittsburgu. Po nim trafił na badania, które wykazały przerzuty raka do płuc, żołądka i mózgu. 11 maja 1981 r. jego cierpienia skończyły się na szpitalnym łóżku w Miami. Króla reggae pochowano z honorami należnymi głowie państwa. Wcześniej przyznano mu Medal Pokoju ONZ oraz jamajski Order Zasługi. Świat długo nie mógł się pogodzić ze śmiercią artysty. Syn Ziggy sugerował nawet, że ojca zamordowano. Twierdził, że został napromieniowany przez tych, którzy próbowali wcześniej dokonać zamachu na jego życie. Oficjalnie jednak nikt tych sugestii nie potwierdził.

*

Bracia rasta
Rastafarianizm to ruch religijny, który narodził się w latach 30. na Jamajce. Jego inicjatorem był Marcus Garvey, orędownik panafrykanizmu. Rastafarianie, zwani też braćmi rasta, wierzą, że to czarni są narodem wybranym. Za swego mesjasza uważają etiopskiego cesarza Hajle Sellasje (Ras Tafari), a Etiopia stanowi dla nich ziemię obiecaną. Walczą z Babilonem, symbolizującym zło współczesnego świata, oraz głoszą konieczność powrotu człowieka do natury. Noszą dredy i propagują wegetarianizm. Rytualnie palą marihuanę, którą uważają za święte zioło. Obecnie na świecie jest około miliona wyznawców tej religii.

Najważniejsze płyty wydane za życia Marleya:
„Catch a Fire” – 1972
„Burnin” – 1973
„Natty Dread” – 1974
„Live!” – 1975
„Rastaman Vibration” – 1976
„Exodus” – 1977
„Kaya” – 1978
„Babylon By Bus” – 1978
„Survival” – 1979
„Uprising” – 1980

Drogocenne dredy
W londyńskim domu aukcyjnym Christies za kawałek dredów Boba Marleya zapłacono 2585 funtów. Włosy muzyka wystawiła na sprzedaż jego fanka, która dostała je po jednym z koncertów.

Fundacja im. Boba Marleya z koncertu „Africa Unite” zamierza uczynić imprezę cykliczną, która co roku będzie organizowana w innym kraju Afryki. W Etiopii festiwal miałby ponownie zawitać w 2015 r., z okazji 70. rocznicy urodzin jamajskiego idola.

 

Wydanie: 7/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy