Po co społeczeństwu teatr

Po co społeczeństwu teatr

Trzeba mieć nadzieję i trzeba o nią walczyć. Trzeba również za pomocą sztuki projektować lepszą przyszłość


Paweł Łysak – dyrektor Teatru Powszechnego w Warszawie


W tym roku mija 30 lat od pańskiego debiutu.
– Rzeczywiście, 30 lat. Bardzo ambitnie podszedłem do swojego debiutu, tekst był kontrowersyjny.

To był „Roberto Zucco” Koltèsa, autora wtedy wzbudzającego dyskusje. Pamiętam spektakl z żelazną konstrukcją na scenie, która niemiłosiernie skrzypiała i przerażała widzów.
– Mnie też. A w dodatku to była niemal prapremiera. Taki skok na głęboką wodę przy małym doświadczeniu, dużym zespole, w bardzo trudnej przestrzeni. Konstrukcja, o której pan wspomina, ważyła 7 ton. Po premierze zastanawiałem się, czy w ogóle będę reżyserem. Potem, kiedy robiłem „Antygonę w Nowym Jorku”, odetchnąłem: reżyserowanie wydało mi się wówczas bardzo łatwe.

Wspominam ten debiut, bo od razu było widać, że nie lubi pan teatru letniego, że szuka pan tematów gorących.
– Od początku byłem przejęty odpowiedzialnością, jaka spoczywa na reżyserze tworzącym spektakl. Przytłaczała mnie ilość pieniędzy wydawanych na scenografię, na honoraria, na całą realizację moich pomysłów, a przecież jest tyle innych ważnych potrzeb społecznych. Czułem się odpowiedzialny za zespół pracowników teatru, w którym pracuję, za ich czas, a potem czas ludzi, którzy przychodzą na spektakl, że im wszystkim zawracam głowę moimi ideami. I to mnie jako młodego człowieka przekonało, że aby odpowiedzialnie tworzyć teatr, trzeba realizować społeczną misję. Społeczeństwo po to wydaje pieniądze, żeby poruszać ważne tematy, żeby świat zmieniać na lepsze. Jestem z rodziny nauczycielskiej. Dziadek, babcia, jej siostry byli nauczycielami po zaborach, jeździli po Polsce, nauczali w różnych miejscach. Zawsze w mojej rodzinie była idea misji, społecznego działania, poczucia, że się coś tworzy dla innych, że nie siedzimy w jednym miejscu, że w życiu nie chodzi tylko o prywatną zasobność.

To poczucie misji zawsze mi towarzyszyło – kiedy zaczynałem reżyserować, miałem małe dzieci, jeździłem po Polsce, znikałem z domu na parę miesięcy, zadawałem sobie pytanie: jeśli to robię kosztem prywatnych wyrzeczeń, to przecież musi być poważny powód. Przedstawienia, które robiłem, musiały więc coś nakłuwać, w coś uderzać. Musiały prowadzić do jakiejś realnej zmiany.

To znaczy, że hasło Powszechnego, wzięte od Hübnera, „Teatr, który się wtrąca”, wyrasta z pańskich głębokich przekonań.
– To akurat wyrasta z przekonań Hübnera, ale razem z Pawłem Sztarbowskim uznaliśmy, że ten cytat zaczerpnięty z felietonu patrona świetnie oddaje ideę, którą chcemy realizować w Warszawie. Nie zdążyłem poznać Zygmunta Hübnera. Moim mistrzem w szkole teatralnej był Tadeusz Łomnicki. Profesor Łomnicki założył rodzaj koła studenckiego z naszym rokiem i z nami pracował. Duży wpływ wywarł na mnie również Maciej Prus, reżyser klasycznej literatury, który jednak zawsze wypowiadał się jako artysta w ważnych sprawach. Pracując z Prusem przez wiele lat jako asystent w wielu jego spektaklach, czułem, że pracuję z uczniem Axera, który był uczniem Schillera – miałem poczucie tego powiewu pokoleń, uczestnictwa w sztafecie pewnej tradycji teatru społecznego, politycznego, który dotyka ważnych spraw.

W tym, co pan robi, nie brak tytułów, które wywołują teatralne trzęsienia ziemi. Już od debiutu. Potem dość przypomnieć budzące zgorszenie „Shopping and Fucking” (1999).
– Teatr jako narzędzie zmiany wymaga konsekwencji, myślenia długofalowego. Doraźny sukces bywa rzeczą zwodniczą, bo twórca zaczyna myśleć, co tu zrobić, żeby było fajnie, żeby znowu się podobało. Poruszanie tematów trudnych, nowych jest ryzykowne, ale zawsze mnie pociągało – chociażby w naszej „Klątwie”. Być może teraz „Klątwa” byłaby inaczej przyjęta, po filmie „Kler” i po filmach braci Siekielskich. Współczesny teatr od lat wyprzedza w sztuce pewne zjawiska i tematy, które dopiero później trafiają do innych dziedzin, np. filmu czy telewizji. Bycie prekursorem zazwyczaj jest ryzykowne i często wiąże się z poważniejszymi konsekwencjami. Dla mnie „Shopping and Fucking” było dopełnione przez „Oczyszczonych” Warlikowskiego, których mieliśmy przyjemność koprodukować w Poznaniu.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 29/2022, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 29/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy