Improwizacja z konieczności

Improwizacja z konieczności

Straty Wehrmachtu w kampanii wrześniowej były równe stratom w czasie walk o Norwegię, Danię, Belgię, Holandię i Francję

Informacja o polskich starszych oficerach porzucających w depresji swe jednostki na polu walki – o czym pisał red. Krzysztof Wasilewski w tekście „Wrześniowa improwizacja” (PRZEGLĄD nr 36) – jest nieco jednostronna. Autor pomija fakt, że byli wśród tych oficerów i tacy, którzy dzielnie walczyli do końca, a niektórzy oddali życie na polu walki. Wspomnę tu tylko generałów: Mikołaja Bołtucia, dowódcę Grupy Operacyjnej „Wschód” w składzie Armii „Pomorze”, który poległ pod Łomiankami, Stanisława Grzmota-Skotnickiego, dowódcę Pomorskiej Brygady Kawalerii i Grupy Osłonowej „Czersk” w składzie Armii „Pomorze”, śmiertelnie rannego w bitwie pod Tułowicami, czy Józefa Kustronia dowodzącego 21. Dywizją Piechoty Górskiej, poległego pod Ułazowem. O tym autor nie napisał.
Po zakończeniu II wojny okazało się, że armia polska z września 1939 r. w porównaniu z innymi armiami walczącymi na frontach tej wojny legitymuje się proporcjonalnie najwyższą liczbą poległych i rannych wyższych dowódców w stosunku do liczby poległych żołnierzy. Z ujawnionych dokumentów niemieckich wynika, że straty Wehrmachtu w ludziach podczas kampanii wrześniowej – według oficjalnej propagandy niewielkie – były równe stratom poniesionym przez Niemców w czasie walk o Norwegię, Danię, Belgię, Holandię i Francję, a więc do momentu napaści na ZSRR.
I jeszcze jedno. W tej „planowej prowizorce” sztabu polskiego 46 dywizji polskich broniło się przed Niemcami 35 dni. Opór aliancki w 1940 r. trwał równo 38 dni, choć przeciw 143 niemieckim związkom taktycznym walczyło 157 związków taktycznych aliantów. Rozbicie jednej dywizji polskiej w 1939 r. (niedoinwestowanej – to fakt) wymagało od Niemców trzykrotnie większych nakładów ludzkich i materiałowych niż rozbicie dywizji alianckiej w 1940 r. Armia niemiecka do stanu z 31 sierpnia 1939 r. wróciła dopiero 31 marca 1940 r.
Możliwe, że marsz. Rydz nie był wielkim wodzem, tylko strategiem bez większego przygotowania teoretycznego i praktycznego. Jednak jego uczeni i zaprawieni w bojach z I wojny koledzy z Francji i Anglii nie wykazali większych umiejętności w tej wojnie do 1941 r. To samo można odnieść do kadry dowódczej ZSRR, która po pięciu miesiącach walk miała wroga na przedpolach Moskwy i Leningradu.
I ostatnia sprawa. Plan obronny. W 1939 r. rozważano opór na linii San-Wisła-Bug z niewielkimi oddziałami rozpoznawczo-opóźniającymi między granicą zachodnią a tą linią. Nie dowierzając aliantom, lękano się jednak, że pod pretekstem braku obrony tych terenów przez Polaków doprowadzą oni do Monachium bis, przymuszając nas do zawarcia pokoju po zrzeczeniu się tych ziem. Wybrano więc gorszy, ale chyba jedyny w tej sytuacji wariant: obsadzenie wojskiem granic. Poza tym sztab polski dobrze przewidział kierunki natarcia Niemców, więc chyba Polska co nieco wiedziała o niemieckich planach.

Wydanie: 38/2014

Kategorie: Polemika

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy