Instynkt Pełczyńskiego

Instynkt Pełczyńskiego

Pół wieku polskich przemian w oczach politologa z Oksfordu

Wydana pod koniec ubiegłego roku książka Zbigniewa Pełczyńskiego zasługuje na uwagę zarówno ze względu na osobę autora, jak i na zawarte w niej treści. Jest to bowiem coś w rodzaju intelektualnej autobiografii, zbudowanej na podstawie wyboru jego tekstów pisanych przez pół wieku – od 1956 do 2006 r. Większość z tych tekstów ukazuje się po polsku po raz pierwszy.
Data wyjściowa zbioru nie jest przypadkowa. Pod koniec 1956 r. młody (ur. w 1925 r.) politolog oksfordzki, a zarazem powstaniec warszawski, zawitał po raz pierwszy po 12 przeszło latach do Polski.
Wiedziony trafnym instynktem badacza polityki dostrzegał historyczne znaczenie zmian, które dokonały się w naszym kraju w tym przełomowym roku. Komentując niedługo później książkę Carla Friedricha i Zbigniewa Brzezińskiego o totalitaryzmie, przywołał przykład Polski (i, jak dodał, „do pewnego stopnia także Jugosławii”) jako dowód, że nie należy zbyt lekko przekreślać możliwości rozwoju

dawnych dyktatur totalitarnych

„w kierunku konstytucjonalizmu i demokracji”. Odrzucał wtedy (i później) pogląd, jakoby Polska popaździernikowa pozostawała dyktaturą totalitarną. Choć potem podobne stanowisko zajęło wielu autorów polskich i zagranicznych (m.in. Andrzej Walicki, Shlomo Avineri, Juan Linz), Pełczyńskiemu należy się pod tym względem palma pierwszeństwa. Analizował – jako jedyny uczony zagraniczny – polskie wybory 1957 r., by dojść do wniosku, że w wyborach tych, choć miały one plebiscytarny, a nie demokratyczny charakter, „komunistyczny w zasadzie rząd starał się (…) uzyskać – i uzyskał – rzeczywisty mandat do rządzenia krajem, przynajmniej tymczasowo”.
Śledził w następnych latach z uwagą i życzliwością zmiany zachodzące w Polsce. O polskim marksizmie opublikował (w 1977 r.) niezwykle cenny esej, w którym dowodził, że ówczesna Polska była jedynym państwem komunistycznym, w którym myśl marksistowska nie uległa „paraliżowi intelektualnemu”.
Analizując upadek Gomułki, oddawał mu sprawiedliwość, podkreślając jego wielkie zasługi dla wprowadzenia w Polsce bardziej liberalnej wersji systemu komunistycznego i dla uznania granicy polsko-niemieckiej przez rząd RFN.
W obliczu zrywu pracowniczego 1980 i 1981 r. Pełczyński zajmował stanowisko wysoce oryginalne, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę jego polityczną przeszłość i naukowe usytuowanie w Wielkiej Brytanii. Sympatyzował z wolnościowymi postulatami „Solidarności”, ale ostrzegał przed zbytnim radykalizmem. W grudniu 1980 r. wyrażał nadzieję na to, że możliwa będzie „kontynuacja monopolu władzy państwowej i partii komunistycznej, ale rządzących w sposób demokratyczny i zdecentralizowany, przez

regularne konsultacje narodowe

(…) za pośrednictwem systemu niezależnych, samorządnych związków zawodowych i innych wolnych organizacji zawodowych i społecznych”. W lutym 1981 r. wyrażał nadzieję, że „w partii przeważą w końcu tendencje reformatorskie” i zachęcał „Solidarność” do współpracy z partyjnymi reformatorami. W czerwcu tegoż roku opowiedział się za umiarkowaną polityką Lecha Wałęsy i przestrzegał przed niebezpieczeństwem, jakie niesie w sobie ekstremizm radykałów. Po wprowadzeniu stanu wojennego nie porzucił nadziei na powrót do polityki demokratycznych reform, opowiadając się (w grudniu 1982 r.) za budowaniem „frontu zgody narodowej”.
Z maja 1982 r. pochodzi tekst, którego tytuł posłużył autorowi jako tytuł książki. „Polska droga od komunizmu” zaczęła się, zdaniem Pełczyńskiego, w 1956 r. i trwała przy zmieniających się – nie zawsze korzystnie – warunkach przez następne dziesięciolecia. Stan wojenny tej drogi, zdaniem autora, nie przerwał. „Choć perspektywy krótkoterminowe są ciemne i ponure – mówił – dalsza droga naprzód wydaje się jaśniejsza”. Odrodzi się jakiś model „pluralistycznego komunizmu”. Polsce dziś, uważał, potrzeba kompromisu historycznego, gdyż „nie ma innego racjonalnego rozwiązania”. Wiosną 1982 r. był to pogląd rzadko prezentowany – przynajmniej publicznie.
Nic przeto dziwnego, że przełom 1989 r. Pełczyński powitał z nadzieją i że w pełni zaangażował się w polskie przemiany, m.in. jako doradca komisji konstytucyjnej Sejmu kontraktowego i rządowego zespołu do spraw reformy centrum administracyjnego. W latach 80. zainicjował bardzo cenny program zapraszania polskich naukowców do Oksfordu, a w latach 90. stworzył unikatową „szkołę liderów” dla młodych polskich polityków. Dużo pisze o problemach Polski i o naukach, które możemy czerpać z wiedzy o doświadczeniach brytyjskich. Świadectwa tych prac, a także ujmujące wspomnienia z wojennej młodości autora weszły do tej książki. Wydało ją wydawnictwo Scholar, bardzo starannie i w pięknej szacie graficznej, za co wydawcy należą się w pełni zasłużone gratulacje.
Pisząc o tej książce, nie mogę pominąć wątku osobistego. Zbigniewa Pełczyńskiego poznałem w czasie jego pierwszej wizyty w Polsce w 1956 r. i od tego czasu

pozostajemy w trwałej przyjaźni.

Byłem jego gościem wielokrotnie w Oksfordzie, spotykaliśmy się na uniwersytetach amerykańskich. Ta przyjaźń przetrwała wielkie burze polityczne, gdyż w sprawach najważniejszych dobrze się rozumieliśmy. Ślady tego są też w omawianej tu książce. Jestem Ci, Zbyszku, za te lata przyjaźni i za dziesiątki godzin mądrych rozmów szczerze wdzięczny.

Zbigniew Pełczyński, Polska droga od komunizmu: refleksje nad historią i polityką 1956-2006, Wydawnictwo Naukowe SCHOLAR, Warszawa 2007

 

Wydanie: 3/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy