Intruzi w ekosystemie

Intruzi w ekosystemie

Niebezpieczeństwem w przyrodzie są obce gatunki

Proces biośmiecenia nabiera rozpędu. Zaczyna to mieć poważne konsekwencje nie tylko ekologiczne, ale również ekonomiczne i zdrowotne. Według szacunków świat traci na tym minimum 100 bln dol. rocznie.

Nowe niebezpieczeństwo stanowią gatunki obce, żywe śmieci, czyli nowe organizmy, które biologicznie zanieczyszczają ekosystemy. Przy ich działaniu bledną skutki zanieczyszczeń chemicznych, których jeszcze do niedawna wszyscy tak się obawialiśmy.
Polska jako kraj i region Morza Bałtyckiego nie jest od tego problemu wolna. W Bałtyku odnotowano już ponad 100 obcych gatunków, a liczba ta rośnie. Na szczęście tylko część intruzów zaczyna się zachowywać inwazyjnie. W Europie występuje obecnie ok. 11 tys. nierodzimych gatunków, ale tylko 15% jest szkodliwych.

Frutti di mare

Po raz pierwszy kraba wełnistorękiego odkryli w 1912 r. niemieccy rybacy, w rzece Aller, najdłuższym dopływie Wezery. W Polsce pojawił się w Zalewie Szczecińskim oraz w dorzeczu Odry w 1928 r., a rok później został zlokalizowany na terenie Śląska. W 1932 r. występowanie krabów wełnistorękich zanotowano już we wszystkich dopływach Odry poniżej Wrocławia i tym samym znalazły się one w Nysie Łużyckiej, Bobrze, Kwisie Śląskiej, Ślęzie i Oławie.

Dziś krab zamieszkuje w Polsce nie tylko słabo zasolone wody Bałtyku, ale i duże oraz średnie rzeki, kanały żeglowne i jeziora, w brzegach których drąży korytarze. Wyrządza niestety poważne szkody w budownictwie wodnym, niszcząc potrzebne wiosną i latem tamy oraz groble, chroniące przed skutkami powodzi. O jego niszczycielskiej sile świadczy fakt, że tylko na jednym metrze kwadratowym kopie średnio 30 jam! Rozmnaża się w wodzie słonej i słodkiej. Okres rozrodu trwa od listopada do lipca, choć czasem można znaleźć samice z jajami we wrześniu i w październiku. Młode, jednoroczne osobniki wędrują w górę do dorzeczy, skąd po upływie czterech-pięciu lat powracają z prądem. Małe kraby przemieszczają się z szybkością 1-3 km dziennie, dorosłe mogą przemierzać nawet 10 km.

Ojczyzną egzotycznego skorupiaka – który agresywnie zasiedla krajowe wody i wypiera rzadkiego i pożytecznego raka szlachetnego – są Chiny, Japonia i Korea, skąd na początku ubiegłego stulecia został zawleczony do Europy, prawdopodobnie w zbiornikach balastowych statków handlowych. Azjatycki intruz ma szkodliwy wpływ nie tylko na wszystkie krajowe gatunki skorupiaków, ale i na gospodarkę morską, ponieważ niszczy rybakom sieci i pozbawia pokarmu wiele cennych gatunków ryb morskich.

Dorosłym krabom nie wystarczają już nasze wody, bo coraz częściej można je spotkać nawet 800 m od ich brzegów. Znalazły ostatnio nową i skuteczną metodę wędrowania lądem do jezior, zwłaszcza na Pojezierzu Konińskim. Kraby wełnistorękie są wszystkożerne, odżywiają się wszelką materią organiczną, roślinną oraz padliną.

Siostry destruktorki

Rybą „aklimatyzowaną” w Polsce jest tołpyga biała, którą sprowadzono z Dalekiego Wschodu stosunkowo niedawno, bo dopiero w 1964 r. A jej bliźniacza siostra tołpyga pstra trafiła do nas w 1965 r.

Powody sprowadzenia tołpygi białej były podobne jak w wypadku pstrąga tęczowego – chodziło o zwiększenie produkcji stawowej, a przede wszystkim ograniczenie uciążliwych letnich zakwitów glonów.

Niestety, w tym wypadku profilaktyka szybko zamieniła się w dalszą destrukcję. W zbiornikach, do których wpuszczono tołpygi, wkrótce zaczęto obserwować gwałtowne zmniejszanie się biomasy glonów, połączone ze zwiększonym osadzaniem się szczątków organicznych na dnie. Zarybienie tołpygą zagrożonych polskich akwenów w żadnym z nich nie stało się antidotum na ich nieuchronną eutrofizację, to znaczy na wzbogacanie się zbiorników wodnych w substancje odżywcze powodujące nadmierną produkcję glonów.

Podobnie wygląda sprawa z wpuszczoną do krajowych wód tołpygą pstrą, która zamiast pomagać środowisku wodnemu, zaczęła je skutecznie niszczyć. Okazało się, że ryby te odżywiają się nie tylko niepożądanym planktonem roślinnym, ale również pożytecznym planktonem zwierzęcym. Spadek liczebności zwierząt planktonowych, które odżywiały się planktonem roślinnym, w wodach zarybionych tołpygą pstrą doprowadził do kilkakrotnie większych zakwitów glonów niż przed sprowadzeniem tych ryb. Niszczycielska działalność tołpyg doprowadziła w końcu do zachwiania piramidy zależności ekosystemu wodnego. Zmiany struktury ichtiologicznej wielu polskich jezior są nieodwracalne. Gwałtownie zaczęło ubywać drapieżników: szczupaków, sandaczy i okoni odżywiających się rybami planktonożernymi.

Przeraża jednak to, że mimo wiedzy o negatywnym oddziaływaniu tołpyg na środowisko wodne nadal dokonuje się zarybień. Decydują o tym niedouczeni ichtiolodzy i urzędnicy. Zabiegi polegające na wpuszczaniu do naszych wód obcych gatunków ryb bez uprzednich badań, jedynie na zasadzie prób i błędów, okazały się w minionym wieku wielką porażką ówczesnego świata nauki. Szkoda, że podobne akcje mimo upływu lat mają w kraju wielu naśladowców.

Czerwonolicy problem

Żółw czerwonolicy znajduje się na liście Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody wśród stu najgroźniejszych gatunków inwazyjnych na świecie. W Polsce żyje we wszystkich zbiornikach wodnych na terenie miast, a także coraz częściej w pobliżu siedlisk krajowego żółwia błotnego. Co gorsza, jest go już więcej niż tego drugiego (żółw błotny jest niezwykle rzadki i każde zagrożenie może sprawić, że zniknie z naszego ekosystemu). Do środowiska naturalnego trafił z winy człowieka, który uprzednio hodował go w domu jako ozdobę i atrakcję. W drugiej połowie lat 90. do kraju sprowadzono ok. 500 tys. okazów. Małe żółwie czerwonolice są bardzo ładne, problem pojawia się, gdy urosną lub najzwyczajniej znudzą się właścicielom, bo wtedy trafiają do najbliższej rzeki, stawu czy jeziora.

Intruz w środowisku naturalnym skutecznie rywalizuje o miejsca do wygrzewania się na słońcu, o pokarm i miejsca lęgowe. Jako drapieżnik może pozbawić staw lub małe jezioro żyjących w nim chronionych płazów. Stanowi też realne zagrożenie dla fauny wodnej, bo potrafi plądrować gniazda ptaków wodnych.

Może również przenosić choroby z innych regionów świata, groźne nawet dla człowieka. Jednak jeśli nie bierzemy go do ręki, nie ma niebezpieczeństwa.

Czar Kaukazu

Barszcz Sosnowskiego nazwany od imienia polskiego badacza przyrody Kaukazu, jest rośliną przyprawiającą każdego, kto o nim słyszał lub z nim się zetknął, o ciarki na plecach. Trafił do Polski w latach 50. XX w. w ramach badań nad jego zastosowaniem w rolnictwie do Ogrodu Roślin Leczniczych Akademii Medycznej we Wrocławiu. Dopiero w połowie lat 70. został upowszechniony w pegeerach Podhala i Podkarpacia jako roślina strategiczna, mająca zapewnić dużo niezwykle wydajnej paszy dla bydła.

Na masową uprawę zdecydowano się ze względu na dużą zawartość białka i węglowodanów. Na początku eksperymentalną uprawę prowadzono pod nadzorem w Borku Fałęckim koło Krakowa, w Grodkowicach, Niedzicy i na Gubałówce w Zakopanem. W 1990 r. po upadku pegeerów barszcz Sosnowskiego wymknął się spod kontroli. Opanował tereny wzdłuż koryt rzek, małych cieków wodnych, nieużytków i ogrody. Jest niebezpieczny dla ludzi ze względu na silne właściwości parzące, które najbardziej uaktywniają się latem przy wysokiej temperaturze. Na walkę z tą zieloną plagą władze samorządowe w ostatnich czterech latach wydały miliony złotych. Niestety problem nadal nie został rozwiązany. Być może musi upłynąć jeszcze wiele lat, zanim skutecznie uda się wyplenić barszcz z Polski.

Wydanie: 32/2018

Kategorie: Ekologia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy