Islam należy do Niemiec

Islam należy do Niemiec

AfD chce wymazać całą wspólnotę religijną z niemieckiego życia publicznego, chce znieść meczety jak niegdyś synagogi

Korespondencja z Berlina


Aiman Mazyek
 – szef Centralnej Rady Muzułmanów w Niemczech (ZMD), syn Syryjczyka i Niemki, były polityk FDP, medioznawca, redaktor portalu Islam.de, autor książek, jego najnowsza publikacja to „Co robią muzułmanie w Boże Narodzenie?”.

Przez ostatnie dwa lata w Europie wiele się zmieniło. Islamscy wywrotowcy dokonują zamachów, a do Niemiec dotarło ponad milion uchodźców, głównie muzułmanów, co okazało się wodą na młyn partii populistycznych. Czy Christian Wulff – gdyby był jeszcze prezydentem – mógłby dziś beztrosko ogłosić, że „islam należy do Niemiec”?

– Wulff powiedział to w 2010 r., długo przed napływem imigrantów, i już wtedy za te słowa niemal został wysadzony z siodła. Fala niechęci do islamu wezbrała po wrześniu 2001 r., kiedy na Zachodzie merytoryczne mówienie o tej religii zostało zastąpione przez obraz płonących wież nowojorskiego WTC. Dziś prawie w każdym kraju funkcjonuje jakaś partia, która za pieniądze podatników zrobiła z islamofobii swój program polityczny. Także u nas aksjomatem kampanii AfD jest przekonanie, że islam nie należy do Niemiec. Każdy kolejny zamach popycha polityków tej partii do oskarżeń, że skłonność do terroryzmu jest niejako wpisana w naszą religię. Pod pozorem konieczności walki z ISIS wciskają niepewnym Niemcom zwyczajny kit. Na wiecach skandują hasła graniczące z rasizmem. Nie bez kozery porównałem AfD z NSDAP, ta formacja chce wymazać w naszym kraju całą wspólnotę religijną. Chce zlikwidować meczety jak niegdyś synagogi. To mnie przeraża. Nie ma tygodnia, by „nieznani sprawcy” nie zdewastowali w Niemczech muzułmańskiej świątyni. Na szczęście pani kanclerz niejednokrotnie podkreślała, że islam stanowi część kultury niemieckiej, i tego się trzymam. Angela Merkel chyba jako jedyna nie kieruje się więdnącymi słupkami sondażowymi.

ISIS nie szanuje islamu

Czy AfD jest jedynie efemerydą? Czego jeszcze – po wyborczych sukcesach w landtagach – możemy się po niej spodziewać?

– Oceniając sytuację w całej Europie, trudno nie założyć, że będzie trwałym elementem sceny politycznej. Zauważmy jednak, że austriacka FPÖ czy francuski Front Narodowy mają dłuższą historię, zapewniającą im dziś pewną zwartość. AfD dopiero próbuje pod ten trend się podczepić, ale mimo kłótni jej liderów nie sądzę, by była tylko chwilowym zjawiskiem. Tyle że jej sukcesy są budowane na zakłamanej, ksenofobicznej propagandzie, paliwem politycznym tego ugrupowania jest niewiedza elektoratu. Gdybyśmy my, niemieccy muzułmanie, prowadzili lepszą działalność informacyjną, AfD szybko wylądowałaby na śmietniku historii. Kilka tygodni temu zapytaliśmy Niemców, czy wiedzą, ilu wyznawców islamu mieszka w ich kraju. Większość ankietowanych była przekonana, że pewnie ponad 10 mln, tymczasem w Niemczech żyje mniej niż 4 mln. Ludzie się boją, co sprawia, że bronią się przed konkretną wiedzą. Gorzej, że te lęki wdarły się w sam środek naszego społeczeństwa, bo zostały zaostrzone przez kryzys migracyjny. AfD zbija więc kapitał na antyislamskich hasłach, zbierając nieprzekonanych wyborców ze wszystkich stron sceny politycznej, bo jest całkowicie pozbawiona poglądów. Program AfD opiera się wyłącznie na podsycaniu lęków przed obcymi.

Słusznie pan zauważył, że to zjawisko jest obecne w całej Europie. Po referendum brexitowym doszło na Wyspach do dewastacji meczetów i ataków na mieszkających tam Polaków. Najwyraźniej nie chodzi o sam islam.

– To prawda, przy czym najbardziej oburza mnie, że splot interesów, który tworzy siłę naszej wspólnoty, nie pozwala nam mówić o tym, że brytyjskie głosowanie wynika głównie z uprzedzeń do obcych z innych państw, nawet chrześcijan. Przed referendum anglosaskie media krzyczały, że Wielka Brytania ponosi za swoje członkostwo zbyt wysoką cenę, ale wbrew pozorom nie chodziło tu jedynie o eurosceptycyzm gospodarczy. To oczywiście również wina działaczy unijnych, prowadzących często nietransparentną politykę, co pozwala populistom pokroju Nigela Farage’a rozniecać ksenofobiczne emocje swoich wyborców, niezwykle utrudniające rzeczową dyskusję np. o islamie. Politycy, tacy jak premier Bawarii Horst Seehofer i przyszły (z dużą dozą prawdopodobieństwa) prezydent Austrii Norbert Hofer, doskonale wiedzą, że nie należy wrzucać uchodźców i ekstremistów do jednego worka. Robią to jednak umyślnie i stąd biorą się absurdalne pomysły w rodzaju opodatkowania islamu. To skrajnie nieodpowiedzialne, bo propagując kłamliwe hasła, otwierają puszkę Pandory, której wieko i tak już zostało uchylone.

Wybitny orientalista Albert Hourani krótko przed śmiercią w 1993 r. ubolewał nad tym, że obraz islamu na Zachodzie jeszcze nigdy nie był tak wypaczony. Dziś zapewne przewraca się w grobie.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 30/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy