Islamskie wdowy

Islamskie wdowy

Młode Niemki, które uległy propagandzie bojowników ISIS, wracają do kraju. A tu mogą trafić do więzienia

Korespondencja z Berlina

Frankfurt nad Menem, 26 kwietnia. O godz. 14.30 na największym krajowym lotnisku ląduje samolot pasażerski linii Iraqi Airways. Na jego pokładzie znajdują się dwie Niemki, Sabine S. oraz Sibel H. Obie spędziły ostatnie miesiące w kurdyjskich więzieniach. Kobiety są czujnie obserwowane przez czterech funkcjonariuszy Federalnego Urzędu Kryminalnego. One same, jakby zahipnotyzowane, patrzą przed siebie. Obok siedzą ich chichoczące dzieci, których powaga sytuacji zdaje się nie obchodzić.

Sibel z Hesji oraz Sabine z Badenii-Wirtembergii kilka lat temu dołączyły do Państwa Islamskiego. W 2017 r. siły wojskowe Syrii i Iraku, wspierane przez kurdyjskich peszmergów i międzynarodową koalicję, wyrwały ze szponów islamskich terrorystów dwa bastiony – najpierw iracki Mosul, a nieco później syryjską Rakkę, nieoficjalną stolicę samozwańczego kalifatu ISIS. Według ustaleń niemieckiej policji w latach 2014-2017 na Bliskim Wschodzie walczyło ok. 940 islamistów z niemieckim paszportem. Po klęskach zadanych Państwu Islamskiemu jedna trzecia z nich wróciła do Niemiec, ok. 150 zginęło od kurdyjskich pocisków. Większość nadal się ukrywa, przypuszczalnie poza granicami Niemiec, a ok. 100 osób trafiło do ośrodków karnych w Iraku i północnej Syrii.

Wśród nich są także kobiety z dziećmi, które – zdając sobie sprawę z coraz trudniejszej sytuacji – albo same się poddały, albo wpadły w ręce wojsk irackich bądź kurdyjskich peszmergów. Tak jak 17-letnia Linda W. z saksońskiego Pulsnitz, skazana w Bagdadzie na sześć lat pozbawienia wolności. Chwila zatrzymania Niemki została utrwalona telefonem komórkowym przez jednego z tropicieli i do dziś można ją zobaczyć w internecie. Linda będzie musiała odsiedzieć wyrok w Iraku, mimo usilnych starań rodziców o jej deportację do Saksonii. Niepełnoletność Lindy ocaliła ją jednak przed najgorszym scenariuszem – karą śmierci.

Mniej szczęścia miała 50-letnia Lamia K. z Mannheimu, która czeka w stolicy Iraku na egzekucję. Natomiast powracające do kraju konwertytki, jak Sabine S. i Sibel H., uszły co prawda z życiem, ale ich przyszłość w Niemczech jest niepewna. Dla niemieckich organów śledczych przypadek nawracających się „islamskich wdów” jest precedensowy. Dlatego w kwietniu kobiety nie zostały zatrzymane na frankfurckim lotnisku (jak wcześniej wielu mężczyzn omamionych religijną ideologią), lecz mogły wrócić do domu. Niemieckie służby długo nie wiedziały, jak z nimi postępować. Sabine i Sibel miesiącami żyły w poczuciu bezkarności, ponieważ ze względu na sprzeczne oceny sędziów Trybunału Federalnego ds. Karnych w Karlsruhe policja musiała być wobec nich grzeczna i cierpliwa. Ostatnio jednak sytuacja się zmienia, a poczucie bezkarności niemieckich dżihadystek zostało zachwiane.

Syryjska odyseja

Niemieckim sądom udało się dotąd pociągnąć do odpowiedzialności tylko trzy dżihadystki. Jedną z nich jest 28-letnia Karolina R., która w 2015 r. została skazana w Düsseldorfie na trzy lata i dziewięć miesięcy pozbawienia wolności. Urodzona w Polsce Niemka wysyłała innym niemieckim ekstremistom przebywającym na terenach zajętych przez Państwo Islamskie kamery i pieniądze. Głównym odbiorcą był jej partner Farid S. z Bonn, byłej stolicy Niemiec, jednej z głównych wylęgarni nadreńskich salafitów. Radykalizacji uległ również jej brat Maksymilian. Karolina jest już na wolności i próbuje prowadzić normalne życie.

Pozostałym dwóm kobietom postawiono zarzuty głównie w odpryskowych sprawach, np. porwania dziecka, ale nie za przynależność do organizacji terrorystycznej. Dotychczasowe orzeczenia Trybunału Federalnego w Karlsruhe nie pozostawiają w tej kwestii wątpliwości – współudział kobiet w terrorystycznym Państwie Islamskim jest naganny i podlegają one obserwacji kontrwywiadu (BfV), jednak ich działalność, sprowadzająca się przede wszystkim do troski o dom i dzieci, różni się od przestępstw popełnianych przez ich małżonków. – Osobom zajmującym się praniem, gotowaniem i rodzeniem dzieci trudno dowieść przynależności do Państwa Islamskiego, nie mówiąc o wystawieniu nakazu aresztowania. W wielu przypadkach te kobiety nigdy nie miały krwi na rękach – tłumaczy Jochen Müller, berliński orientalista oraz szef portalu ufuq.de, zajmującego się problemami społecznymi młodych wyznawców mahometanizmu.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że po miesiącach bierności sądów w tej sprawie oraz po fali medialnej krytyki ocena w sprawie karalności powracających konwertytek zmieniła się. W czerwcu niemieckie służby zatrzymały 27-letnią Jennifer W., która w Państwie Islamskim była aktywną członkinią policji obyczajowej patrolującej syryjskie ulice. 26 lipca zatrzymano również wspomnianą Sabine S. z Badenii. Przebywająca w areszcie śledczym 31-latka sama dostarczyła prokuraturze obfity materiał dowodowy. Niemka opisała swoją syryjską odyseję szczegółowo w pamiętniku oraz na blogu. Z jej wpisów wynika, że Sabine opuściła Niemcy w końcu 2013 r. i – dotarłszy przez Turcję do Syrii – wyszła za wysokiej rangi dżihadystę, któremu wkrótce urodziła dwójkę dzieci. Problem w tym, że bezrobotna Niemka miała już dwójkę dzieci w badeńskim Rastacie, a przed odlotem do Syrii zostawiła pierwszemu mężowi na stole kuchennym wiadomość: „Musiałam wyjechać, aby zachować honor i ponieść męczeńską śmierć”.

Odcięte główki

Sabine S. przebywała prawie cztery lata na terenach zajętych przez terrorystów. Po dotkliwych klęskach ISIS latem 2017 r. i wycofaniu się bojowników z oblężonych rejonów jednostka kurdyjskich peszmergów ujawniła kryjówkę Sabine. Niemka od razu się poddała, w przeciwieństwie do innej rodaczki, która uruchomiła mechanizm detonacyjny w pasie szahida.

Sabine S. pochodzi z Badenii-Wirtembergii, ale zradykalizowała się w muzułmańskim stowarzyszeniu kulturalnym na berlińskiej Perleberger Strasse, gdzie bywał też tunezyjski terrorysta Anis Amri, odpowiedzialny za zamach na stołecznym jarmarku bożonarodzeniowym w grudniu 2016 r. Według niemieckich salafitów, którym udało się wysiąść z pędzącego „islamskiego pociągu”, Sabine S. była zaciekłą dżihadystką, gotową porzucić dla doktryny całe swoje życie. Jej blog, prowadzony z Syrii i Iraku, to rodzaj poradnika dla niemieckich konwertytek. „Nigdy nie dyskutujcie o dżihadzie ze swoimi krewnymi!”, „Zapakujcie do walizki jak najmniej ciuchów i kosmetyków”, „W Syrii zachowujcie się niepozornie, jak turyści”, radziła. Codzienną dokumentację autorka ozdabiała zdjęciami z życia w okolicach Rakki. Widać na nich gaje oliwne, ogrody i przydrożne restauracyjki. Na blogu pojawiły się jednak także fotografie rzekomych renegatów, ukrzyżowanych publicznie na ulicach starówki. Albo płot, na którym zatknięte są głowy innowierców. Pod zdjęciem podpis autorki: „Odcięte główki”.

Mimo obowiązków macierzyńskich i domowych życie młodej kobiety w Państwie Islamskim było monotonne. Sabine prawie codziennie coś dopisywała do swojej „kroniki świętej wojny”. Przy czym wizja islamu wyłaniająca się z jej wpisów miejscami poraża naiwnością. Zdaniem Sabine każda kobieta bez burki powinna zostać publicznie wychłostana. W marcu 2017 r. wstawiła zdjęcie jej – jak sama to pieszczotliwie ujmuje – „trzech słodziaków”, czyli karabinów Kałasznikowa. W innym akapicie dowiadujemy się zaś o „kreatywnej wolności”, którą zapewniają jej władcy kalifatu, i o tym, że otrzymuje od męża „kieszonkowe”. W niektórych sklepach spożywczych w Rakce można nawet kupić „słony popcorn, czekoladę i cornfleksy”. A karmiącym matkom Sabine z kolei doradza, żeby przed wyjazdem zakupiły w Niemczech odpowiednie biustonosze, bo syryjski rynek takowych nie oferuje. I w ogóle – w Państwie Islamskim jest „fajnie”, „kolorowo”, a pogoda jest zagwarantowana.

Opera mydlana

Niemieckim śledczym pewnie pozostałoby zareagować na te kronikarskie popisy śmiechem przez łzy, gdyby sprawa nie była śmiertelnie poważna. Koleżanka Sabine S., w porę przejrzawszy na oczy, po zapoznaniu się z jej blogiem z niedowierzeniem kiwała głową. – Te teksty przypominają telenowelę o kalifacie, scenariusz opery mydlanej o Państwie Islamskim – uważa. „Kronika wojenna” Sabine S. była przez wiele miesięcy dostępna w sieci. Latem 2017 r. dżihadystka przestała uzupełniać blog, a po kilku tygodniach materiały zostały usunięte, choć na pewno funkcjonariusze rodzimych służb zdołali je zabezpieczyć. Później okazało się, że blog Sabine S. został zlikwidowany przez islamskich terrorystów, którym propaganda konwertytki znad Renu przestała odpowiadać.

Podczas zeznań w Niemczech Sabine przyznała, że zbyt naiwnie uległa pokusom swojego kochanka i szczerze żałuje podjęcia tak fatalnej decyzji. Ale czy jej lamenty wzruszą sędziowskie serca i pozwolą jej uniknąć wieloletniej kary więzienia? Blogowe komentarze niemieckiej islamistki są nacechowane daleko większym brakiem skrępowania niż jej zeznania w areszcie. We wpisach można wyczytać o gotowości do wypełniania zleconych przez centralę ISIS propagandowych zadań oraz do poniesienia „męczeńskiej śmierci” przy użyciu kamizelki wypełnionej materiałami wybuchowymi. A to oznacza zamordowanie wielu przypadkowych osób.

– Jestem pewien, że Sabine S. pójdzie do więzienia. Sędziom Trybunału Federalnego umyka fakt, że kobiety w Państwie Islamskim odgrywały szczególną rolę, odciążając mężów i zabezpieczając dom. Ale w przypadku tej podejrzanej było gorzej. Nie wykluczam, że wśród terrorystek ISIS znalazło się również wiele ofiar zmuszanych do niecnych czynów, a na pewno nie brakowało gorliwych zwolenniczek Państwa Islamskiego. Nie doceniamy ich umiejętności – ironizuje Daniel Heinke, ekspert ds. terroryzmu oraz szef bremeńskiego oddziału Krajowej Policji Śledczej (LKA).

W każdym razie Heinke spodziewa się kolejnych fali powrotów islamistów do Niemiec, z pewnością też osób, które (niezależnie od płci) uważają się za radykalnych (i dlatego właściwych) spadkobierców i depozytariuszy islamu, stanowiąc potencjalne zagrożenie. Ci więc, którzy w ciągu zeszłego roku nabrali pewności, że ataki islamskich nożowników na Zachodzie to przeszłość, mogą się zdziwić. Z najnowszych informacji wynika bowiem, że wbrew pogłoskom samozwańczy kalif Państwa Islamskiego, Abu Bakr al-Baghdadi, żyje i utrzymuje muzułmanów w przekonaniu, że niebawem obdaruje ich łaską niedostępnego dla żywych „przebaczenia”. A niemieckich islamistów, pragnących odkupić życiowe porażki „męczeńską śmiercią” wciąż jest bardzo wielu.

Fot. YouTube.com

Wydanie: 36/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy