Jak bezdomne psy

Jak bezdomne psy

Wywieziono nas miesiąc temu. O 8 rano przyszedł dzielnicowy, zapukał i oznajmił, że o 11 podstawią autobusy i musimy się natychmiast wyprowadzić. Domy w Bytomiu-Karbiu musi opuścić 600 osób

Rozsypujące się budynki z zamurowanymi oknami i drzwiami wejściowymi. Po bokach podparte drewnianymi stemplami. Trzy rzędy domów, dwa upiornie opustoszałe, w których robotnicy zamurowują ostatnie okna. Jeden blok jest jeszcze zamieszkany przez zrozpaczonych i niepewnych jutra ludzi. Właśnie przechodzi inspektor nadzoru budowlanego. Informuje pytających, że dzień wcześniej podpisała nakaz opuszczenia i lada dzień będą ich ewakuować. Wielu ich bliskich już mieszka w hostelach. Zaczyna tam brakować miejsc, a poziom emocji jest wybuchowy.
Mieszkańcy się denerwują: – Nie wiemy, z kim rozmawiać, mamy sprzeczne informacje. A przecież tu chodzi o nasze życie, które jest nam odbierane z dnia na dzień.
Swoje domy musi opuścić 600 osób z 28 budynków przy ul. Technicznej, Pocztowej i Falistej w Bytomiu-Karbiu. Budynki powstały w latach 1902-1940.

To jest nasz dom
– Oddałem dowód osobisty i chcę się zrzec polskiego obywatelstwa. Może zwrócę się o obywatelstwo białoruskie. Tam lepiej traktują ludzi niż w Bytomiu. Pracowałem dla kraju, dla miasta ponad 42 lata. Byłem górnikiem, potem przez 10 lat robiłem w Linodrucie. Byłem narażony na nieustanny kontakt z ołowiem, straciłem zęby, zdrowie, puchnie mi ciało. Kiedyś miałem normalne, piękne mieszkanie w Miechowicach. Po likwidacji Linodrutu mimo długiego stażu pracy nie miałem wieku emerytalnego, więc przyznano mi zasiłek przedemerytalny. Musiałem się przenieść do mieszkania komunalnego – jeden pokój, właśnie w tym budynku przy Technicznej. Ale to jest moje miejsce, hoduję tu kanarki, mam psy. I teraz chcą mnie przenieść do jakiegoś hotelu, bez dostępu do łazienki. Przy moich schorzeniach muszę mieć ciągły dostęp do toalety. Gdzie mam się zwrócić, co zrobić? Władze miasta traktują nas jak robactwo, więc po co mi dowód wydany przez tego prezydenta, po co mi prawa wyborcze itd.? I tak już na nikogo nie zagłosuję – mówi zdesperowany Edward Klimek, rocznik 1948.
W piśmie złożonym 19 sierpnia w kancelarii Urzędu Miejskiego w Bytomiu napisał: „Czuję się jak obywatel czwartej kategorii. Nie chcę należeć do kraju, gdzie jestem poniżany, oszukiwany, zniewolony…”.
– Wszyscy tak myślimy, ale tylko on miał odwagę powiedzieć to głośno. Jest taki potężny, że samym wyglądem budzi respekt, więc urzędniczka bała się odmówić mu przyjęcia pisma i dowodu osobistego – mówią lokatorzy feralnych budynków.
Jest godz. 9 rano, a na podwórkach między budynkami olbrzymi ruch. Ludzie czekają na jakieś decyzje, informacje. Każdy chce mi pokazać zniszczenia – w mieszkaniach, na klatkach schodowych, w piwnicach. Spękane schody, rozszczelnione ściany, opuszczone drzwi, których nie da się porządnie zamknąć, i straszny brud wynikający z odpadającego płatami tynku. Niektórzy przez szpary w ścianach mogą zobaczyć ulicę albo podwórko.
– Mieszkałam tu ponad 50 lat, od dziecka, w sumie w trzech mieszkaniach. Przez te wszystkie lata administracja nie wykonała ani jednego porządnego remontu, na nic nie było pieniędzy. Gdy niedawno chciałam wymienić okna, po cichu doradzono mi, żeby nie inwestować, bo z tymi domami coś się będzie działo. Zasugerowano, że może miasto będzie remontować. Do niedawna utrzymywano nas w takim przekonaniu, kilka tygodni temu nawet wyremontowano – no, może to za duże słowo, odnowiono – jedną klatkę, po dwóch tygodniach cały budynek pękł – opowiada Zofia Brzezińska. – Wychowałam tu szóstkę dzieci, na szczęście teraz moje meble wziął do siebie syn. Mąż całe życie był związany z kopalnią. Mam dwóch synów niepełnosprawnych, którymi muszę się opiekować – mają 25 i 13 lat. Teraz od dwóch tygodni mieszkamy w hotelu, w jednym pokoju. Synowie potrzebują stałej opieki, ja mam astmę i padaczkę. Mam jednak poczucie, że każdy nas lekceważy, niczego konkretnego nam nie mówią.
– Najgorsze jest to wyczekiwanie – dodaje córka pani Zofii, Beata, która czeka na decyzję o ewakuacji. – Pracuję w szpitalu po 12 godzin. A tu sytuacja tak szybko się zmienia, że boję się tego, co zastanę po pracy. Czy mnie wyprowadzą, co będzie z nami, z moimi dziećmi? Tu wszyscy się znamy, wbrew pozorom to małe środowisko, większość ludzi mieszka tu od wielu lat. To jest nasz dom – dodaje ze łzami w oczach.

Nie chcę tu zginąć
– Postanowiłem wyprzedzić sytuację i sam sobie pomóc. Byłem górnikiem, teraz pracuję jako ochroniarz. Znalazłem sobie mieszkanie, tu, niedaleko. Jest komunalne, ale wymaga remontu. Rozmawiałem z dyr. Trymbulakiem z kopalni i obiecał, że pomoże załatwić moją sprawę. Sytuacja wygląda tak, że każdemu lokatorowi wyprowadzonemu z tych budynków ma być zapewniony nowy lokal. Kopalnia podjęła się wyremontowania, ale mieszkania należą do miasta. I nagle się okazało, że miasto blokuje decyzje. W takiej sytuacji jest kilka osób, staramy się sami coś zrobić, a nikt nam nie chce pomóc – mówi Grzegorz Śliwa, mieszkaniec budynku przy ul. Technicznej. To jedyny zamieszkany jeszcze blok.
Pan Grzegorz jest zrozpaczony: – Dziś w nocy sąsiadce spadł kawał ściany, a wczoraj pojawiły się nowe, duże pęknięcia u podstawy budynku. Jestem z rodziny budowlańców, znam się na tym. My nic nie wiemy – kiedy nas wyprowadzą, dokąd. Po prostu przychodzą rano i każą szybko się wynosić. A przecież nie mogę spać na walizce, musimy normalnie żyć. Przecież to nie jakaś wojna. Mimo że pracuję, opłacam wszystko, czuję się jak bezdomny pies. Boję się, że dach zwali mi się na głowę. Żyjemy w strasznym stresie.
Ci, którzy tu jeszcze mieszkają, nie ufają nikomu. Słyszą, że podobno w hotelach brakuje miejsc, na pewno nie ma ich już na meble w magazynie.
– Gdybym szybciej otrzymał decyzję, mógłbym od razu przeprowadzić się do nowego mieszkania, a nie wegetować w hotelu. Jeśli jest taka sytuacja, czemu nie idzie to szybciej? – pyta pan Grzegorz.

Dlaczego już nikomu nie wierzą?
– Kilka dni temu, tu, pod tym drzewem na podwórku, stał prezes Kompanii Węglowej. Powiedział, że chcą wykupić od miasta ten teren, zburzyć budynki, uporządkować i nawet przekazać go miastu na jakieś inne cele, może rekreacyjne czy coś. Jednak – jak twierdził – miasto chce ubić interes na naszym nieszczęściu. Ponoć początkowo przyjęło warunki oferty, a teraz żąda wyższej ceny. To spowalnia działania. Według nas kopalnia Bobrek-Centrum i Kompania zachowują się w porządku. Widać, że chcą nam pomóc, ale miasto chce wyciągnąć jak najwięcej kasy. Ludzi z Pocztowej wyprowadzono w ekspresowym tempie, nas się trzyma w niepewności. Jeśli przyjdą chłodniejsze dni – już nieraz tak bywało – to nawet nie będziemy mogli nagrzać, bo kominy są nieszczelne – denerwuje się Grzegorz Śliwa. – Słowa prezesa potwierdził sam prezydent miasta Piotr Koj. Był u nas dwa dni temu. Powiedział, że nie odda Kompanii naszych budynków za 1000 zł za metr kwadratowy, bo chce dwa razy więcej. Jak go spytaliśmy, czy Kompania przesłała już miastu jakieś pieniądze, to najpierw powiedział, że 3 mln, potem, że 8 mln. Wyjaśnił gładko i uprzejmie, że są to pieniądze za szkody górnicze w ogóle i są przeznaczone na budowę dróg i dofinansowanie klubu Polonia Bytom. Tłumaczył, że tak zadecydowali radni. A dla nas ani grosza. Jak go spytałem, dlaczego nie wykorzysta tych pieniędzy na zbudowanie miejsc pracy, nie odpowiedział. Ma nas gdzieś – dodaje rozgoryczony były górnik. – Myśli, że znów go wybierzemy?
– Tempo powstania uszkodzeń mnie zaskoczyło – przyznaje bytomska inspektor nadzoru budowlanego Elżbieta Kwiecińska. – Nie ukrywam, że zniszczenia budynków nie są tylko wynikiem eksploatacji górniczej. Obiekty nie były remontowane od lat. A właściwie były, ale w rzeczywistości to była tylko kosmetyka maskująca dewastację. Jednak nie było tak źle. Pierwsze poważniejsze pęknięcia pojawiły się dwa lata temu. Obecne zniszczenia uniemożliwiające dalsze mieszkanie pojawiły się nagle. Kiedy to zobaczyłam, nie mogłam ryzykować. Bałam się, że w każdej chwili wydarzy się tragedia. Dlatego ul. Pocztowa była ewakuowana maksymalnie szybko. Zresztą moje obawy o nadmierne przechylanie się budynku potwierdził rzeczoznawca budowlany.

Nie dano nam czasu
Odwiedzam jeden z dwóch hoteli, do których skierowano lokatorów ul. Pocztowej. Przy Strzelców Bytomskich, w obiekcie należącym do grupy Twój hostel mieszka 90 osób. W hotelu zostało tylko ok. 20 miejsc (tę informację uzyskałam rano, a pod wieczór przywieziono grupę 35-osobową). W wielkich emocjach przydzielono ostatnie pokoje, a pozostałe osoby przewieziono do Chorzowa (w ten sposób pojawił się trzeci hotel). Dla nich to jeszcze większy dramat.
– Nas wywieziono miesiąc temu. O godz. 8 rano przyszedł dzielnicowy, zapukał i oznajmił, że o 11 podstawią autobusy i natychmiast musimy się wyprowadzić, wziąć dokumenty i najpotrzebniejsze rzeczy. Byliśmy w szoku, nikt się nie spodziewał ewakuacji. Przewieziono nas do hotelu. Rodziny z małymi dziećmi dostały pokoje z łazienką, ale reszta ma wspólne toalety i prysznice. Z tym jeszcze jakoś da się wytrzymać, chociaż rano do męskiej jest niezła kolejka, jak to po nocy, każdy ma swoją potrzebę, a sedes jeden. Najgorszy jest dostęp do kuchni – jedna kuchnia na tyle osób i jedna lodówka. Nic dziwnego, że jedzenie ginie, pewnie ludzie nie poznają swojego. To hotel, więc właściwie niewiele własnych rzeczy można tu przywieźć, nie mówiąc o zwierzętach. Proponowano nam nawet uśpienie psa, jeśli nie chcemy płacić 25 zł za dobę w schronisku. To było bardzo przykre. Pies był tam dwa tygodnie, a ma już 14 lat. Bardzo tęsknił. Potem ponoć wydano zgodę i przywieziono nam go tutaj. Chociaż jedna sprawa rozwiązana. Ten pierwszy dzień przesiedzieliśmy jak na szpilkach. Nikt nam nie mówił, co dalej. Nawet jedzenia i picia nie mieliśmy, a sklepu tu nie ma. Następnego dnia kazano nam wrócić do domów i przygotować rzeczy do wywiezienia. Musieliśmy wrócić tramwajem, bo nie było już autobusu. Każdy dostał cztery worki, w które mieliśmy się spakować. I dano nam tylko pięć godzin. Nikt nie zdążył zabezpieczyć mebli. Pakowaliśmy do toreb jak leci, ubrania i przedmioty codziennego użytku. Meble wynosiła ekipa, wiele uszkodzono. I przez jakiś czas stały na deszczu, zanim przyjechał wóz meblowy. Myślę, że większość osób już z tych rzeczy nie skorzysta. Są upchnięte w magazynie w starej szkole, bez opisów, nawet nie postawiono ich na paletach, tylko na betonie, w kurzu, bez zabezpieczeń – mówi Leszek Zaręba.
Rozmawiamy na podwórku przed hotelem. Co kilka minut przejeżdża rozklekotany tramwaj, hałas jest tak duży, że nie słychać, co się mówi. Dodatkowo obok trwają prace budowlane.
– To tak jest, nikt nie myśli o drugim człowieku. Na co dzień w tym hotelu mieszka niewiele osób, od czasu gdy wysiedlili stąd Czeczenów. Ale jak wiedzą, że tu teraz jesteśmy, czy problemem jest, aby tramwaj na tym odcinku jechał trochę wolniej? Tu są małe dzieci, w nocy co chwilę się budzimy, w naszej dzielnicy chociaż było cicho – dodaje Małgorzata Zając. – Jak nas wyprowadzali, to nie wzięłam okularów, no i nie mam ich, zostały zamurowane. Dobrze, że nie zapomniałam o gibisie (sztucznych zębach) – dodaje żartobliwie. – Leszek zorganizował kuchenkę, można pożyczyć w recepcji, to znaczy teraz już wszystkie pożyczone, więc coś tam sobie gotujemy. I czekamy już miesiąc. Nikt do nas nie przychodzi, nie dzwoni, niczego nam nie proponują. Tak wegetujemy.

Bez przydziału nic się nie należy
Sytuacja lokatorów jest różna. W mieszkaniach komunalnych żyją przeważnie ludzie niezamożni, bez pracy, na skromnych rentach albo emeryturach. Jednak wiele osób pracuje, ma dzieci, a mieszka tu z przyzwyczajenia, od małego. Kiedyś były to porządne domy, ale po likwidacji przemysłu w Bytomiu przeszły pod zarząd miasta i od lat nikt się nimi nie zajmuje. Część mieszkańców nie płaci czynszu, więc wygasły im umowy najmu. Powinni być przeniesieni do mieszkań socjalnych, ale tych w Bytomiu brakuje, chociaż kilka lat temu miasto przeprowadzało wzorcową akcję remontowania lokali na cele socjalne. Teraz nie należy im się nawet 2 tys. zł zapomogi, którą kopalnia wypłacała innym lokatorom, tym mającym najem i płacącym czynsz.
Gdy rozmawiałam ze zrozpaczonymi ludźmi, pod hotel podjechał czarny mercedes z urzędnikami. Miła, uprzejma, elegancko ubrana para. Podeszli do naszej grupki: – Mamy dla was ankiety, czy chcecie mieszkanie i kopalnia za nie zapłaci – rzuciła kobieta. Ludzie popatrzyli na nią zdezorientowani.
– A kim pani jest? – Przyjechaliśmy z dyrekcji kopalni. Chcemy zrobić rozeznanie, więc mamy ankietę. Wypełnicie?
Grupka ludzi nie wiedziała, co powiedzieć. Przysłuchiwałam się, nie przedstawiając, i w końcu pomogłam, zadając pytania. Oficjalnym, urzędniczym językiem kobieta wyjaśniła, że kopalnia chce zaproponować, aby ludzie znaleźli sobie jakieś mieszkanie do wynajęcia lub zamieszkali u rodziny, wówczas opłaci czynsz, ale za media muszą płacić sami. Takie rozwiązanie byłoby tymczasowe, dopóki nie znajdą się dla nich mieszkania docelowe. Kopalnia może też takie mieszkania znaleźć. Ale żeby podjąć działania, chce wiedzieć, czy są zainteresowani. Propozycja dotyczy tylko osób mających umowę najmu. Tym bez umowy nie należy się nic.

Bezpłatna pomoc
Mieszkańcom feralnej dzielnicy pomoc zaoferowały prawniczki wolontariuszki ze Stowarzyszenia „Mam Prawo”.
– Będziemy reprezentować ewakuowanych mieszkańców w zakresie prawnej ochrony ich interesów. Trzeba pamiętać, że pomimo jednego dramatu, z jakim przyszło im się zmierzyć, rodziny zgłaszają różne problemy, w rozwiązaniu których będziemy się starali im pomóc. Poczynając od prostych spraw dotyczących sporządzenia wniosków, po rozmowy z przedstawicielami miasta czy kopalni. Do tej pory pełnomocnictwa udzieliło nam 12 rodzin, ale ciągle jesteśmy w trakcie rozmów – informuje radca Katarzyna Zarychta.
– Stowarzyszenie „Mam Prawo” będzie wspierało mieszkańców w ugodowym zakończeniu sprawy odszkodowawczej. Mamy świadomość, że procedura sądowa wydłuży okres oczekiwania na odszkodowanie. W obecnej sytuacji mieszkańców wydaje się to niecelowe, zwłaszcza że kopalnia zadeklarowała w prasie pomoc, aczkolwiek jeśli nie uda się uzyskać odszkodowań w drodze postępowania ugodowego z kopalnią, konieczne może się okazać złożenie stosownych pozwów – dodaje Anna Kornecka-Trawka. – Najważniejsze w tej chwili jest zapewnienie osobom ewakuowanym lokali zamiennych, w których mogłyby zamieszkać rodziny, często z małymi dziećmi. Niepewność, strach o jutro, wielki smutek, rozgoryczenie mieszkańców, setki pytań – jak rozliczyć koszty energii elektrycznej, wody, gazu? Kto zapłaci za wymianę dokumentów i przeniesienie w inne miejsce linii telefonicznej czy internetowej? – to w wielkim skrócie obecna sytuacja ewakuowanych osób.

Trzeba się wywiązać z obietnic
– Z zainteresowaniem śledzimy coraz to nowe doniesienia prasowe dotyczące deklaracji miasta i kopalni, m.in. że rodzinie, która wynajmie mieszkanie na wolnym rynku, Kompania Węglowa miałaby zwrócić koszty wynajmu do 1000 zł miesięcznie. Proszę pamiętać, że oświadczenia prasowe mogą pociągać skutki prawne, dlatego z uwagą będziemy śledzić, na ile podmioty, które je wypowiedziały, faktycznie dotrzymają obietnic. Niestety, już dziś można zauważyć dysproporcję w udzielaniu pomocy ewakuowanym rodzinom. Odszkodowanie za uciążliwości przyznawane jest osobom, które miały umowę najmu lokalu, kilku z tych rodzin zaproponowano nowe lokale. Dziwi, że nie ma w tym względzie jednolitości. Odszkodowanie powinno być przyznane wszystkim osobom, bez względu na tytuł prawny do lokalu – każda ewakuowana osoba przeżyła chwile grozy i musiała w pośpiechu opuścić dom – podkreśla Karolina Blacha-Cieślik ze stowarzyszenia.

Jako dziennikarka powinnam obiektywnie przedstawiać fakty i unikać komentarzy. Ale jako bytomiance trudno mi się do tego ograniczyć. Wiele lat obserwowałam upadek tego miasta, aż rok temu wyprowadziłam się z niego. Gdy byłam dzieckiem, Bytom był jednym z najbogatszych miast w Polsce – najwięcej kopalń, dwie huty, ponad 400 tys. mieszkańców. Dziś liczy zaledwie 180 tys., została jedna kopalnia, a resztę zamknięto w pośpiechu w sposób skandaliczny. Skutek jest taki, że w Bytomiu jest nieograniczone bezrobocie i bieda. Całe kwartały w centrum pozostają niezamieszkane, okna są zabite deskami. Kolejni włodarze nie potrafią nic z tym zrobić, chociaż inne śląskie miasta podniosły się po ciosie restrukturyzacji, postawiły na rozwój innego typu.
Bytom jest jednym z najpiękniejszych śląskich miast. Większość budynków można uznać za zabytki architektury przemysłowej. Decyzje ekonomiczne wyrządziły bytomianom krzywdę, której nie da się opisać. Odebrano godność wielu ludziom ciężkiej pracy, którzy teraz wegetują, nie potrafią znaleźć sobie miejsca i nie mają żadnej nadziei na zmianę losu. Bo w ciągu ostatnich 10 lat w mieście nie przybył ani jeden znaczący zakład pracy, a tereny pokopalniane są zdewastowane. Najgorsza jednak jest sytuacja geologiczna. Dopóki w Bytomiu istniały kopalnie i wydobywano węgiel, mimo ruchów górotworu, tąpnięć itp. (byliśmy do tego przyzwyczajeni) ktoś dbał o stan wyrobisk. Po rabunkowym zamknięciu chodników i stosowanej powszechnie eksploatacji na zawał, Bytom stoi na jednej wielkiej, przepastnej dziurze.
A w końcu żyje w nim jeszcze prawie 200 tys. osób. Może więc czas, aby ktoś wspomógł miasto, które przez wieki, a szczególnie po wojnie, miało olbrzymi wpływ na rozwój gospodarki całego kraju?

Beata Znamirowska-Soczawa

PS W moim reportażu czytelnicy nie znaleźli oficjalnych wypowiedzi. Zrezygnowałam z tego świadomie – życie co innego, urzędnicze wypowiedzi co innego.


Urzędnicze zapewnienia

Joanna Strzelec-Łobodzińska, prezes Kompanii Węglowej
Każda rodzina otrzyma odszkodowanie. Za te uciążliwości, które spadły na mieszkańców, i taki dyskomfort psychiczny zapłacimy odszkodowania w wysokości 2 tys. zł na lokal, do którego prawo posiadała rodzina. (wypowiedź dla Telewizji Silesia)

Wicepremier Waldemar Pawlak, minister gospodarki
Kompania Węglowa nie będzie się uchylać od odpowiedzialności za powstałe szkody górnicze i zrekompensuje straty mieszkańcom Bytomia. Jestem w stałym kontakcie z zarządem Kompanii, który przedstawił już propozycje rozwiązania problemu i zrekompensowania strat poszkodowanym. Zarząd spółki ma zwrócić się do władz Bytomia i indywidualnych właścicieli mieszkań z ofertą wykupu uszkodzonych lokali. Do czasu sfinalizowania tych transakcji Kompania Węglowa pokryje koszty wynajmu mieszkań zastępczych.
Spółka zaoferuje również miastu do wykupu ok. 100 mieszkań z zasobów własnych oraz Spółki Restrukturyzacji Kopalń SA. Aby przyśpieszyć ich przekazanie poszkodowanym, KW deklaruje możliwość wyremontowania lokali we własnym zakresie i rozliczenia kosztów prac przy wykupie.
(oświadczenie)


Były inne procedury…

Dr Rudolf Mokrosz, który zajmował się analizą wpływu wydobycia węgla na obiekty użyteczności publicznej
W latach 70. Wyższy Urząd Górniczy wydał instrukcję dotyczącą sporządzania prognoz ochrony terenów górniczych. Na jej podstawie w Wojewódzkim Biurze Projektów w Zabrzu utworzono pracownię zajmującą się analizą skutków oddziaływania eksploatacji górniczej na powierzchni, na budynki mieszkalne i przemysłowe. Byli w niej zatrudnieni specjaliści różnych dziedzin budownictwa. Każda kopalnia przygotowywała projekty wydobywcze, na ich podstawie analizowaliśmy stan każdego budynku stojącego na terenie, spod którego wydobywano węgiel, i inne elementy zabudowy powierzchni. Wydawano zalecenia, czy budynek wytrzyma, czy należy zrobić np. dylatację lub kotwienie. Były różne kategorie odporności budynków. Zalecaliśmy też wyburzenia, o ile wpływ eksploatacji znacznie przekraczał tę kategorię odporności. M.in. wydaliśmy zalecenie w sprawie kwartału budynków na placu Kościuszki w Bytomiu, które wyburzono w 1975 r. Dziś stoi tam hipermarket. Dla ponad 60 kopalń robiliśmy analizy pięcioletnie, potem były aktualizowane, a kopalnie korzystały z tych zaleceń.
W 1991 r., po przemianach gospodarczych pracownię zlikwidowano, analizą zaś zajęły się same kopalnie. Teraz zabezpieczanie budynków zależy od kopalń. Analizę stanu budynków powinno się zrobić przed eksploatacją, a nie podczas niej. Po zlikwidowaniu pracowni utworzono w urzędach miast specjalne komórki ds. szkód górniczych, zazwyczaj przy wydziałach zajmujących się ochroną środowiska. I właśnie miasto powinno wymuszać na kopalni taką analizę, przyglądać się dokładnie, samo powoływać ekspertów.
W Karbiu podjęto eksploatację kolejnego pokładu. To bardzo zmęczony teren, przez lata osiadł już kilkanaście metrów. Zawsze gdy dochodzi się do jednej krawędzi górotworu, mogą się pojawić nagłe uszkodzenia. Z dnia na dzień. Podobne sytuacje jak w Bytomiu występują w innych miastach, tam gdzie miała miejsce wielokrotna eksploatacja.
Można powiedzieć, że cały Śląsk jest zagrożony, bo przecież mieszkamy na węglu i musimy się dostosowywać do specyficznych warunków deformującego się terenu. Mimo że nie ma już tylu kopalń, trzeba pamiętać, że było ich bardzo dużo, a ich zlikwidowanie nie jest równoznaczne z likwidacją szkód, które poczyniły pod ziemią. To właśnie górnicy powinni tak eksploatować, aby chronić powierzchnię. W końcu tam są ich domy…


Stowarzyszenie „Mam Prawo” będzie działało na rzecz ewakuowanych mieszkańców m.in. zgodnie z ustawą z dnia 4 lutego 1994 r. (Dz.U. Nr 27, poz. 96) Prawo geologiczne i górnicze. Określono w nim, że przedsiębiorca odpowiada za szkodę według zasad określonych w Kodeksie cywilnym. Naprawienie szkody powinno nastąpić przez przywrócenie stanu poprzedniego. Przywrócenie stanu poprzedniego może nastąpić przez dostarczenie gruntów, obiektów budowlanych, urządzeń, lokali, wody lub innych dóbr tego samego rodzaju. Obowiązek przywrócenia stanu poprzedniego ciąży na przedsiębiorcy. Jeżeli nie jest możliwe przywrócenie stanu poprzedniego lub koszty tego przywrócenia rażąco przekraczałyby wielkość poniesionej szkody, naprawienie szkody następuje przez zapłatę odszkodowania. Jeżeli poszkodowany poniósł nakłady na naprawienie szkody, odszkodowanie ustala się w wysokości odpowiadającej wartości uzasadnionych nakładów. W sprawach o naprawienie szkód orzekają sądy powszechne.

Wydanie: 35/2011

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy