Jak się goliło frajerów

Jak się goliło frajerów

Wyznania futbolowego grzesznika (2)

Forsa, forsa – wielka, mała.
Własnościowa budka, szałas,
własnościowy pierwszy zawał.
Awans, awans, awans, awans
Jonasz Kofta

Najsmutniejsze w piłkarskiej aferze łapówkowej jest to, że nikt nawet się nie zdziwił, że kogoś złapano, ale że „dopiero teraz”… Pod koniec maja 2005 r. znany piłkarski sędzia Antoni Fijarczyk w efekcie policyjnej prowokacji przyjął 100 tys. zł łapówki. No i się zaczęło! Futbolowa afera jest zawiła, trudna i – jak się wydaje – nie wszystkie fakty wyjdą na jaw, o czym świadczy dość często powtarzające się w pismach wrocławskich prokuratorów sformułowanie: „W toku prowadzonego śledztwa nie ustalono, kiedy, w jakich okolicznościach i w jakiej kwocie została wręczona korzyść majątkowa”. Bardzo często bowiem przeciw słowu jest słowo, pomówienie kontra pomówienie, a zamiast dowodów poszlaki.

Upłynęło sporo czasu, zanim udało mi się przełamać barierę nieufności osób zamieszanych w gigantyczną aferę futbolową. Niech nikt sobie jednak nie wyobraża, że skoro zdecydowano się cokolwiek powiedzieć, to opowiadano na wyrywki, jeden przez drugiego. Nic z tych rzeczy. Ten światek kryje wiele tajemnic i trzeba pogodzić się z tym, że wiele z nich nigdy nie ujrzy światła dziennego.

Dyskretnie i kulturalnie

Panie redaktorze, zaprzeczam, absolutnie zaprzeczam, abym należał do jakiejś siatki piłkarskich przestępców działającej na terenie całego kraju. Może coś takiego było, ale ja nie mam o tym zielonego pojęcia. Nie byłem od nikogo zależny. Najlepiej wychodziło się na tym interesie, gdy działało się dyskretnie, na osobności, można powiedzieć: schludnie i kulturalnie. Mimo że znałem wiele osób, nie należało rzucać się w oczy. I tak np. wiosną 2002 r. dostałem od pana Y 7 tys. zł, chociaż ani przed, ani w trakcie, ani po zakończeniu meczu ze sobą nie rozmawialiśmy. Nawet nie mieliśmy kontaktu telefonicznego. Dlatego byłem zdumiony, że pan Y tak wszystko ubarwił podczas przesłuchania u prokuratora. Spokojnie mogłem to uznać za oszczerstwo. Nie mogło, jak on twierdzi, dojść do rozmowy tuż przed spotkaniem, gdyż przybyłem na nie spóźniony. Co więcej, dla pewności, żeby nas nie łączono, przyjechałem pociągiem. Niech pan nie oczekuje, że opowiem, w jaki sposób pieniądze krążyły i trafiały do kogo trzeba. To nie ten adres, ale zapewniam: było wiele sposobów…

Wyższa szkoła jazdy to takie prawdziwe, jak ja to nazywam, zblatowanie z piłkarskimi sędziami oraz klubami. Wchodziło się w kontakt z takimi, którym – za wszelką cenę – albo zależało na awansie, albo bronili się przed spadkiem. Najlepsze interesy robiło się na zapleczu Ekstraklasy i w niższych klasach. To proste – jak najdalej od kamer, telewizji, tłumu dziennikarzy – tego całego szumu i zgiełku.

Zwyczajowa, obowiązująca wówczas stawka to nie mniej niż 15 tys. zł za mecz. Dla sędziego, bo obserwatorzy zadowalali się średnio 5 tys. Jednym z centralnych punktów przekazywania pieniędzy był dworzec kolejowy w Poznaniu. Ale podobne rzeczy działy się w Katowicach, Warszawie, Gdyni czy w Szczecinie. (Jak wynika z zestawień, do apogeum korupcji doszło w latach 2003-2005. Lista oskarżonych o udział w tzw. piłkarskim gangu obejmowała 46 nazwisk byłych i aktualnych arbitrów – przyp. M.P.).

Bywały przypadki, że sędzia dostawał 20-30 tys. zł. Czasami nawet więcej, bo niektóre spotkania obstawiało się dwutorowo. Musieliśmy mieć wszystko pod kontrolą. Dlatego najczęściej staraliśmy się dotrzeć do sędziego i kilku piłkarzy rywala. Na mecz z jednym z klubów z centralnej Polski poszło prawie 100 tys. zł. Z tego, co mi wiadomo, 70 tys. trafiło do piłkarzy. Resztę skasował sędzia. Widziałem to na własne oczy. Bez skrępowania przyszedł do klubu po pieniądze, jak po swoje. To było 30 tys., a ja je pakowałem. Po wejściu do budynku udawał, że niby idzie coś podpisać do sekretariatu, ale doskonale wiedział, gdzie ma skręcić. Wszedł do pokoju, schował pieniądze do małej sportowej torby i wyszedł. Przed jednym z drugoligowych spotkań w południowej Polsce sędzia przyjął propozycję łapówki, chyba 20 tys. zł, jednak zastrzegł, że gos­podarze muszą dobrze zagrać. Nie udało się – skończyło się remisem. Jak niepyszny oddał pieniądze, przez obserwatora, co do grosza!

Strony: 1 2

Wydanie: 22/2015

Kategorie: Sport

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy