Jak się rodzi demokracja?

Jak się rodzi demokracja?

„Demokracja performatywna” – ten tytuł brzmi obco, zapowiada tajemnicze rozważania. Tymczasem – nic z tych rzeczy! Autorka, profesor socjologii kultury i polityki w New School for Social Research w Nowym Jorku, prowadzi nas ku tematom, które są kluczowe dla polskiej demokracji.
I nie chodzi tu o partie polityczne, wybory parlamentarne czy też działania samorządów – lecz o „spontaniczną działalność jednostek i grup, które porozumiewają się ze sobą, artykułują swoje ideały i interesy, uczą się bycia sobą i ze sobą”.
Kiedy pod koniec lat 70. wybitny polski socjolog prof. Stefan Nowak analizował polskie społeczeństwo, zwrócił uwagę na pewien nienormalny stan – otóż Polacy albo postrzegali się jako członkowie małych grup pierwotnych (rodzina, przyjaciele), albo jako członkowie największej zbiorowości – narodu. Między dwoma poziomami tożsamości, mikro i makro, widniała więc ogromna socjologiczna próżnia. Próżnia, która w państwach demokratycznych jest przestrzenią wolnych stowarzyszeń, wolnych mediów, a przede wszystkim dialogu i współpracy. Ta przestrzeń jest kluczowa dla demokracji. To tu uczymy się rozmawiać, nazywać rzeczy po imieniu, rozumieć innych, rozumieć inne punkty widzenia, dogadywać się, współpracować. Protezy, w rodzaju organizacji koncesjonowanych, które władza popiera, a czasami i tworzy, niewiele tu pomagają… Choć, oczywiście, zapełniają próżnię, tworzą złudzenie wolności.
Każdy więc bunt, każda zmiana zaczyna się właśnie w tej przestrzeni. Spontanicznie. Takim, w czasach PRL, spontanicznym działaniem był niezależny ruch teatralny. Pozornie apolityczny – dawał uczestnikom poczucie wolności, możliwość wyrażania własnego ja.
Bunt mógł być też wyrozumowany – to przykład KOR, działania Jacka Kuronia i Adama Michnika. „Nie palcie komitetów, twórzcie nowe”, wołał Kuroń i był w tym zawołaniu głęboki sens.
Gdy Kuroń mówił o zakładaniu komitetów, Michnik mówił o konieczności walki ze zniewoleniem duchowym. Szukał więc języka, którym można by opisywać rzeczywistość, który byłby orężem. Nazywał rzeczy nienazwane.
Jeżeli więc Michnik wprowadził do polskiego życia słowo „podmiotowość”, jako opis i jako marzenie, to stało się ono jednym z momentów sprawczych antysystemowej opozycji. Zalążków społeczeństwa obywatelskiego. To eksplodowało w czasach pierwszej „Solidarności”, w latach 1980-1981. Wtedy zapełniła się próżnia między „narodem” a „rodziną”.
A dlaczego później, już po roku 1989, kiedy wydawało się, że demokracja wytworzy w Polsce, tak jak jest to na Zachodzie, społeczeństwo obywatelskie, ta próżnia nie została zapełniona? Lub zapełniona w niewielkim stopniu?
Autorka tłumaczy to na dwa sposoby. Po pierwsze, jest… bezradna. „Nowa demokracja rozbroiła i zmarginalizowała swą własną akuszerkę – społeczeństwo obywatelskie”, przyznaje. A dlaczego to się udało? Czy tylko z winy systemu politycznego, który się ukształtował? Czy też z winy mediów, które sferę debaty, dyskursu przeniosły na boisko?
Wyraźnej odpowiedzi na te pytania nie dostajemy, za to mamy pokazaną inną perspektywę. Otóż w ciasnym gorsecie „nowej poprawności” tworzą się nowe wartości – zjawisko sztuki kobiet.
„Istnieje uderzające podobieństwo między działalnością artystyczną proponowaną dzisiaj przez kobiety i działaniami rozwiniętymi dwadzieścia lat temu przez kulturę dysydencką występująca przeciwko urzędującej władzy”, analizuje Elżbieta Matynia. „Ich sztuka stanowi nową sferę dissent – sferę sprzeciwu, emancypacji i dialogu”.
Znów więc zaczyna się wszystko od słowa, od sztuki, od nowego opisania świata. A jaki tym razem przyniesie efekt?

Elżbieta Matynia, Demokracja performatywna, Wydawnictwo Naukowe Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, Wrocław 2008

Wydanie: 25/2009

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy